Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współuzależnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współuzależnienie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 kwietnia 2020

Jak Jackowski nie zrozumiał co wieszczy jasnowidz Jackowski i o ciepłych kluskach zwierzeń parę

Swoim starym sposobem wzięłam z półki na chybił trafił książkę i otwarłam też na chybił trafił. Fragment z opowiadania Williamasa Forresta brzmiał: „Apacze wysoko cenili widzenia - sądzili, że pewni ludzie je miewają. W istocie miewało je niewielu. Widzeniom łatwo dawano wiarę. Wszyscy pragnęli wierzyć w ich prawdziwość”. Moim zdaniem zdolność jasnowidzenia przejawiają wszyscy ludzie, w większym bądź mniejszym stopniu. Co z tym zrobią zaś to już inna sprawa. Większość pragnie poznać przyszłość. I wielu faktycznie pragnie zawierzyć jasnowidzom. A czasem najbardziej oni sami sobie. Co do daru jasnowidzenia jaki prezentuje Krzysztof Jackowski nie trzeba mnie przekonywać. Wiem, że go ma. Natomiast on sam czasami bardzo stara przekonać do tego innych i samego siebie. No i powstaje wtedy z tego przewrotna historia choć dotyczy poważnych spraw.
Pamiętam jak Jackowski mówił, że rok 2018 to ostatni rok spokoju i wieszczył jakąś światową wojnę. Kiedy minął rok 2018 a potem trwał rok 2019, a wojny nie było, Jackowski twierdził, że to już jest, ze zaczęło się niewidoczne dla ludzi to coś, to zarzewie, we wrześniu 2019 i z początkiem roku 2020 zacznie się dla świata ukazywać. W październiku 2019 Jackowski, to ciekawe, doszukiwał się tej wojny na bliskim wschodzie, gdzie zachowania Turcji mogły stać się faktycznie zarzewiem militarnych działań może nawet USA. I tu Jackowski upatrywał tego o czym mówił wcześniej. Pamiętam jak użył słowa masakra, i to masakra na ludności cywilnej. No cóż, nie dziwię się mu, bo słowo wojna najczęściej zarezerwowane jest dla działań ludzi przeciwko ludziom. Kiedy koronawirus ruszył do Europy, jasnowidz jasno nie widział, że to co wieszczył właśnie się ziszcza. Ba, na początku marca 2020 jeszcze wyśmiewał obawy Polaków, by za kilkanaście dni już mówić inaczej nie kryjąc swego zaskoczenia i niepokoju. Jaki wniosek z tego? Nie warto dopasowywać za wszelką siłę swojej przepowiedni do realiów. Nie trzeba przekonywać innych, że ma się dar, kiedy się go ma. Natomiast uzmysłowić sobie należy, że czasem te przepowiednie mogą przerosnąć nasze wyobrażenia. Słowo wojna zaś to nie koniecznie wojna powszechnym rozumieniu. Czasem przeciwnik jest mikroskopijny i niewidoczny. I nie interesują go tereny, dobra materialne, zdobycze technologiczne. Nie posiada broni. Nie można podpisać z nim paktu o nieagresji.
W grudniu 2011, opuszczając swoją rodzinę na wigilię, gdyż wirus kłamstw, oszust, nielojalności i bezwzględności coraz mocniej się szerzył, zostawiłam do nich list. Pamiętam, że pisząc go doznałam nagle bardzo silnego przeświadczenia, coś istotnego zostało mi przekazane, a to przekazałam rodzinie w liście: „ Na sam koniec. Sytuacja z dziadkami to w sumie pikuś do tego co w przyszłości nas czeka. To jedynie małe lusterko by przyjrzeć się jak rodzina funkcjonuje. Nie wiem kiedy, nie wiem co się wydarzy, ale wiem jedno – będziemy wystawieni na coś bardzo trudnego. Jeśli teraz wygląda to jak wygląda, cóż po prostu nie przetrwamy. Jestem bez Was nie dlatego, bo nie szanuję i nie kocham i się odwróciłam. Jestem bez Was, bo właśnie kocham i szanuję. Ale to jedyny dzień i jedyny sposób jaki przyszedł mi do głowy, by coś ważnego zasygnalizować.[...]
P.S. Najchętniej obejrzałabym z rodziną taki anonimowy film o wdzięcznym tytule ”Iniemamocni” .
W liście była ta pogrubiona kursywa. Film obejrzałam sama spędzając wigilię i święta w samotności. Nikt nie zadzwonił. Potem cóż, wirus obojętności przekształcił się w wirusa okrucieństwa i jak powiedział mój lekarz, we wspieranie i uznawanie za normę czegoś czego absolutnie nie wolno za normalne uznać. Kwintesencję tego mogłam pozna 6 lutego w sądzie, gdzie moja matka zeznawała jako świadek powoda. Nie przyszło mi do głowy, że po złożeniu przysięgi będzie przez godzinę kłamać. Powiedziała tylko jedno prawdziwe zdanie, gdy sędzia spytała, czy ja zawsze byłam taka harda, powiedziała, że były kiedyś ze mnie takie ciepłe kluski. Cóż dodać, tylko to, że
leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 
Kluskami już nie jestem, za to ciągle pozostałam ciepła.;)
obrazek stąd https://sprawdzonakuchnia.pl/kluski-slaskie/

wtorek, 1 stycznia 2013

Memento noworoczne

Weszłam machinalnie na pewien blog i, co zdarza mi się dość ostatnio rzadko, napisałam komentarz. Czy  się opublikuje, nie wiem, bo program miał trudności i powiadamiał mnie co rusz, że nie może zaakceptować kodu.
To sobie zostawiam go tu (nie kod a komentarz oczywiście) i tylko przez chwilę się wahając:
Hm.... nowy rok a ja weszłam akurat tu:) Wiesz, oglądałam niedawno film o różnych rodzajach związków, był też poliamoryzm. To co tu przedstawiasz nie ma z tym nic wspólnego, nie wystarczy być w układzie z dwoma mężczyznami by taki układ nazywać poliamoryzmem. Tam jest nie tylko pełna akceptacja każdego przez każdego, ale i miłość każdego do każdego. Jeśli wchodzi ktoś nowy do takiego układu, to jest to nie tylko jawne, ale wymagana jest akceptacja połączona z sympatią, a też miłością wszystkich. Jeśli Twój mąż i kochanek znają się, akceptują, darzą uczuciem i do tego w pełni akceptują Twoje związki, a Ty akceptujesz związki ich z innymi partnerkami to tak, to coś na kształt właśnie poliamoryzmu miałoby tu miejsce. Uważam, że to wyższa szkoła jazdy i mówiąc całkiem serio to daleko mi do takiej formy związku. Jak i widać Tobie też:)) Natomiast to co opisujesz, to po pierwsze są oblicza chorego związku, zdrady i do tego w pełnej krasie można zaobserwować jak coś, co ja nazywam chorobą czyli współuzależnienie, wpływa na życie osoby współuzależnionej. "Był szczery do bólu. Nie słuchał mnie. Nie był ciekawy mojego życia, ale nie było chwili, w której mogłabym się zawahać." Cóż można by sobie w tej sytuacji życzyć? Sporego zawahania? Chyba tak, bo to świadczyłoby, że stajemy się i świadomi i dbający o własne granice. Nie wpuszczamy do własnych ogrodów kogoś kto wiadomo, że go zniszczy. Współuzależnienie zaś ZAWSZE na to pozwala, ba robi ta choroba wszystko by do tego doszło.
Po coś to dla mnie było, że tu zawitałam, jakieś memento. Dobrego Nowego Roku życzę Ci, Tobie i sobie "wahań" wtedy, gdy są potrzebne i ich braku gdy mamy pełną świadomość i rozeznanie i WIEMY co jest czym. Buziaki.*


niedziela, 1 kwietnia 2012

Śliwki

Mam do napisania chyba najtrudniejszy tekst. List. Bo to ma być taka kropka nad i. Zakończenie czegoś, pewnego etapu. A wyglądało wszystko tak niewesoło. Pomogli przyjaciele, ci z reala i wirtualni. Pomogły bardzo ustawienia, astrologia, psychoterapia, choroby, wizje i sny. Te, która śniły się mi i innym. Zrodziło się zrozumienie, a za nim odpowiednie wnioski i działanie. Coraz mocniej ufam sobie.
Przyjaciółka zobaczyła "śliwki" pod oczami tej osoby, po przeczytaniu ode mnie listu. Przystopowało mnie. Pęcznieje to we mnie nie znajdując ujścia. A przecież inni wypowiedzieli się w moim imieniu, więc...
Psycholog wysłuchawszy moich obaw, powiedziała:
Siniaki pod oczami to nic takiego, wygoją się. 
Kiedy więc TO urodzę, a bezboleśnie się nie da, wszystko inne zda mi się łatwizną...


poniedziałek, 19 marca 2012

Ta kobieta

Wiosenne sny coraz mocniej do mnie przemawiają . Ten sen nie mi się kiedyś przyśnił, ale znam tę kobietę ze snu co demoluje dom. Niech sen tu zatem pozostanie:
http://bez-sennosc.blog.onet.pl/Sen-XXVIII-Feniks,2,ID313297078,n

niedziela, 4 marca 2012

Marcowe sny

Sny sprzed 3 lat: 

4 marca 2009
Śniło mi się, że widzę Kamila jak jeździ takim samochodzikiem-zabawką. Jest w sumie w tym śnie jeszcze dzieckiem. Nagle okazuje się, że ten samochodzik ma kilka biegów i Kamil porusza się bardzo szybko, oddala. To, dostaję informację, jest niebezpieczne, bo za bardzo oddalił się ode mnie. Zostanie bez opieki. Postanawiam dogonić go, biegnę zanim.
Potem jest sen, że idę takim zadrzewionym chodnikiem przy ulicy, jest lato, ładna pogoda. Jest dom dla osób z zaburzeniami umysłowymi, to mi się kojarzy z domem który znam, gdzie jest prowadzony taki ośrodek. Ale w śnie budynek jest nowszy, jaśniejszy, zadbany. I tak jak i w rzeczywistości jest otoczony niby parkiem i wysokim ogrodzeniem. I jest też zadrzewiony chodnik. Na drodze widzę małą myszkę. Pojawia się nieduży, młody kotek, taki biało szary. I martwię się o tę myszkę, bo kot się na nią czai. Ale nagle role się odwracają, to mysz atakuje kota, który zaczyna przed nią uciekać. Wpadają na ten niby park. Mysz jest rozzłoszczona i pełna agresji, kot zdezorientowany i taki biedny. 
W trakcie jak obserwowałam tę gonitwę, to wpadłam niechcący na przechodnia. To mężczyzna taki już po trzydziestce, wysoki i dość szczupły. Oboje patrzymy na zwierzaki, a ja postanawiam dostać się do tej myszy pod spodem, bo jest siatka wokół parku, a ma dziurę na dole. Nie boję się zwierzęcia, wiem że nie zrobi mi nic złego, jest tylko wkurzone na kota. Ten mężczyzna mówi, że nie można być zbyt grubym, bo się nie dostanie przez tę dziurę. Robi mi się bardzo przykro, że tak pije do mnie. Mówię, że wiem że mam tuszę, ale wiem też uda mi się przecisnąć dołem. Wtedy jemu robi się tak głupio, bierze mnie w ramiona i tuli i tłumaczy, że nie to miał na myśli, że nie chciał mnie zranić. Uświadamiam sobie, że pierwszy raz ktoś tak wysoki mnie przytula. I wtedy też czuję, że to przytulenie dla mnie dość miłe, dla niego jest jeszcze milsze. Wyczuwam, że stał się pobudzony, że podniecenie wzrasta. Ponieważ jest wysoki, to to wyczuwam u siebie przez swoje i jego ubranie na wysokości serca. Naprężoną męskość. Tulimy się namiętnie się przez chwilę i wszystko zmierza do stosunku, ale ja nagle mówię, że nie. Że nie mam nic przeciwko przypadkowym kontaktom u innych, że to może być i fajne, ale ja tak nie chcę. Bo wpierw chcę go bliżej poznać, bo przecież go nie znam, ani nie kocham. Czekam co powie, czy zaproponuje jakieś dalsze spotykanie się. Budzę się.
Teraz to się dzieje, jest odwrócenie tego co zwykle takie oczywiste: kot atakuje mysz, a tu mysz nie respektuje tej zasady i atakuje kota i... czekam na propozycję spotkania. Sama jestem ciekawa co dalej...


6 marca 2009:
To jakiś duży plac, trochę przypomina deptak, wyłożony taką ozdobną kostką. Ma to być miejsce swobodnych spotkań dla mieszkańców miasta, a także tu mają się odbywać imprezy, koncerty. Spotykam znajomą. Ona jest z dorosłą córką. Ta znajoma w pewnym momencie daje mi worek (chyba cementu) do niesienia. Ten worek, choć nie jest duży, ciąży mi i niewygodnie mi się go niesie. W pewnym momencie róg, za który go trzymam, obrywa się. W końcu dochodzi do mnie dlaczego ja mam nieść ICH ciężar. Zgodziłam się mimowolnie, one uważają to za rzecz oczywistą, a dla mnie już to takie nie jest. Oddaję worek córce znajomej. Widzę niezadowolenie znajomej, ale nic nie mówi. Dochodzimy do trybun, to takie schody ciągnące się dość daleko. Władze miasta pozwoliły niektórym na zakończeniach tych trybun dobudować takie okryte kopułą miejsca dla całych rodzin. To właśnie ta znajoma jest w trakcie takiej budowy i pokazuje mi jeszcze nieukończoną lożę. Zastanawiam się, czy z tych miejsc będą też mogli korzystać inni. Idę już górą tych trybun. W pewnym miejscy nie zauważam kolejnej przebudowy i nagle ześlizguję się po kopule następnej takie budowli. Nie ma tam jeszcze piętrowych siedzeń. To jakieś trzy, cztery metry w dół. Zastanawiam się czy udami się z tej wysokości spadając nic sobie nie zrobić, ale jednocześnie czuję strach. Widzę oczami wyobrażani jak spadam na boki i jestem chyba ranna. Myślę jeszcze, że przecież to straszliwa lekkomyślność budowniczych, że nie zabezpieczyli niebezpiecznych miejsc. Budzę się.
Wtedy, 3 lata temu, zapisując sen dodałam uwagi:
Sen z ostatniej nocy chyba przed czymś ostrzega. Trzeba mi uważać bo zmianie uległo coś na mojej drodze. Jest nie bardzo widoczne, jak nie będę patrzyć pod nogi i uważnie stąpać, a zdam się na rutynę to łatwo się poślizgnę i polecę w dół.
Teraz zaś staje się ważne dla mnie przekazanie tego worka co ciąży. Muszę to zrobić z wyczuciem, choć będzie, czuję, dużo niezadowolenia.

sobota, 4 lutego 2012

Dobra inwentaryzacja snów

Czytam:
Głównym celem inwentaryzacji jest ustalenie rzeczywistego stanu aktywów i pasywów. W szczególności sprowadza się to do:
1.uzgodnienia zapisów księgowych ze stanem rzeczywistym,
2.rozliczenia osób materialnie odpowiedzialnych za powierzony im majątek,
3.dokonania oceny przydatności gospodarczej składników majątku objętych spisem,
4.przeciwdziałania stwierdzonym w czasie spisu nieprawidłowościom w gospodarce składnikami majątku (nadmierna ilość, niechodliwość).
Mój bilans:  stan rzeczywisty był w snach już siedem lat (a nawet czterdzieści siedem) dokładnie znany, 
osób nie rozliczam, a jedynie dziękuję za podzielenie się snami,
nie stwierdzam nieprzydatnego żadnego składnika majątku snowego, 
zaś stwierdzić mogę, że brak towaru niechodliwego i nie ma żadnych nieprawidłowości.

Tu zostawiam zaś na koniec bilansu: sen - drogowskaz-przepowiednia, który przyśnił mi się kilka lat temu:
Idę przez jakieś wysokie trawy. Obie ręce mam zajęte, bo trzymam do piersi przytulone gąsiątko. 
Jest mglisto i szaro, noc. Trawy są tak wysokie i gęste, że z trudnością udaje mi się przez nie przedzierać, aż bolą mnie ręce. Mam je zajęte bo  ochraniam pisklę, a ramionami rozdzieram trawy. W pewnym momencie, gdy już jestem na jakiejś polanie, atakuje mnie dziki, biały koń. Próbuję się jakoś bronić, on staje dęba, jest wściekły. Wtedy pojawia się chłopak i to na niego rzuca się zwierzę. Ja postanawiam chronić gąsiątko, a tego chłopaka, choć mi go szkoda, chcę pozostawić na pastwę konia. Ale w pewnym momencie widzę, że chłopak ma w rękach koniec sznura, na którym jest koń. Zatrzymuję się i pomagam chłopakowi uporać się z wściekle atakującym czworonogiem. Teraz jesteśmy ja i ten chłopak razem. Trzymamy się za ręce i idziemy przez jakieś łąki, trawy, ale już nie tak wysokie. Pojawia się mój pies  Dobra, czarna suka. Towarzyszy nam. Nagle widzę jak wypada na nas sfora obcych psów, choć wyglądem przypominają mojego. Też są czarne. Mój pies, mimo że jeden, dzielnie nas broni przed zgrają. Wiem, że sobie poradzi. Budzę się.
Moja Dobra

niedziela, 15 stycznia 2012

Zadanie

Tekst z postu Gosi-Magdy znaleziony w moim starym folderze przy porządkowaniu kompa. Sam się ujawnił nagle. Opowiada  w nim Gosia-Magda komuś o wizycie u mnie cztery lata temu i swoim śnie.

LÓD - SEN

... wracając w pośpiechu z Wrocławia, skąd - jak Ci wiadomo - zwiałam bez pożegnania, a o ucieczce powiadomiłam ją dopiero z przedziału pociągu.
To właśnie tej nocy miałam sen:
Kompletnie idiotyczny, bo śniła mi się ta jej 16-letnia córka. Ale tak niezwykle sugestywnie! Powiedziała tym swoim niesamowicie spokojnym i opanowanym głosem;
"Kontaktuję się z Tobą we śnie, bo tylko tak mi uwierzysz! Twoim zadaniem tu na Ziemi jest odczarować Kaja. Wszystko jest ze sobą powiązane! Nawet to, że Andersen wymyślił te imiona, a Twój tata się "pomylił" i dał Ci na imię Małgorzata, a dopiero później Magdalena. To był celowe zesłanie na niego czasowej nieświadomości, bo Gerda to przecież Małgorzata, a Kaj, to on.
Musisz to zrobić! Musisz go wyrwać z tych okowów lodu, w którym tkwi! Pamiętaj! To jest Twoje zadanie"
I wtedy, po tej pierwszej tabletce, znowu śnił mi się ten sam sen. Śnił mi się sen o tamtym śnie! To nie było powtórzenie snu! To było jego przypomnienie!
Cóż, ja miałam mieć na imię Małgorzata, jak moja nieżyjąca siostra, ale potem rodzice zdecydowali inaczej. Dałam tak na drugie imię mojej córce.

foto mojego najmłodszego

sobota, 3 września 2011

Specjalnie dla Jagi

Specjalnie dla Jagi piszę ten post :) Dotyczyć będzie snów, interpretacji i czegoś tam jeszcze, a czego to pewnie się okaże.


A więc wpierw poprzedni post, a w nim sen o fryzurze i lustrze. Jaga pyta: Jaka jest wg Ciebie interpretacja?
Fryzura... a więc włosy. W opowieści o Samsonie włosy są źródłem mocy, czym dłuższe tym jest ona większa. Ale w tym śnie nie o taką symbolikę chodzi. Bo w rzeczywistości kiedyś miałam długie włosy, ale w końcu niedobrze się z nimi czułam, ale ze względu nie na siebie, ale czyjeś upodobanie, nie ścinałam ich. Aż pewnego dnia po kłótni, podjęłam decyzję i praktycznie cały czas noszę krótkie włosy, gdy zaś są trochę dłuższe, denerwują mnie, bo są dość grube i sztywne i nie bardzo chcą się układać. Robi się na głowie nieład. Poza tym długie włosy w moim przypadku więcej ważą, a to dla cebulek stanowi obciążenie i osłabienie. A więc odwrotnie jak u Samsona, długie  osłabiają, krótkie wzmacniają:). A tak w ogóle na marginesie, to takie skojarzenie przyszło mi do głowy, że zawiłe problemy życiowe przypominają długie równanie matematyczne. Powinno się je skrócić do najprostszej postaci. Włosy w śnie czasem symbolizują myśli:)
W tym śnie informację o sobie i swoim wyglądzie czerpię z umysłu, bo widzę siebie jedynie oczami wyobraźni. 
Lustro pozwala zobaczyć siebie naprawdę. Tak jest w realnym świecie, a w śnie  lustro symbolizuje  proces stwarzający okazję by siebie prawdziwie poznać. Tutaj dygresja. Moi rodzice bardzo chcieli mieć dziecko. Bardzo. I choć otrzymali to, czego tak bardzo pragnęli, okazało się... no właśnie, zdaje się, że nie poznali się na tym kimś. Tak dalece byli w końcu niezadowoleni, że i dziecku się to udzieliło. A sen pokazuje, że w końcu poznaję prawdziwy obraz siebie, i zaczynam samą siebie darzyć miłością. To bardzo ważny proces, by odrzucić narzucony nam obraz siebie, który jest destrukcyjny dla psychiki.
Przypomniał mi się nie sen, ale wizja mojej przyjaciółki, którą miał kilka lat temu, a dotyczyła mnie. Wizje to takie sny na jawie. A taką otrzymałam od niej:
Widzi mnie w domu, to trochę wygląda jak dom na prerii, coś jak z westernów. W tym domu nie ma światła, mam tylko świeczkę w dłoni. Mój mąż i dzieci mają na twarzach maski i co jakiś czas któreś z nich z tej ciemności wyskakuje i mnie straszy. Postanawiam iść na strych, ale przypominam sobie, że jest tam pełno pajęczyn i od świeczki mogą się one zająć i wywołam pożar, a tego nie chcę. Idę po schodach do sypialni. Siadam przed lustrem i przyglądam się sobie. Potem nagle wyciągam z włosów szpilkę, taką do przytrzymywania fryzury i idę tam, gdzie wiem, że jest skrzynka i korki. Watuję tą szpilką korek, a w całym domu zapalają się światła. Dokładnie widać maski na twarzach moich bliskich. Strach znika.
Lustro-proces pozwala tu znaleźć sposób na rozwiązanie konfliktu. A sposób nosimy w sobie. To świetne ukazanie wewnętrznej mądrości, która zawsze zna rozwiązanie. Wystarczy tylko do niej dotrzeć przez proces samopoznania.

PS.1 Myślę, że  nie bez powodu w moim i Jagi życiu zaistniała sytuacja, że mamy kontakt z małymi dziećmi. To nie tylko świetna okazja by przypomnieć sobie dzieciństwo, nawiązać kontakt z własnym wewnętrznym Dzieckiem, ale poznać też wewnętrznego Rodzica, a co za tym idzie poznanie też procesów wychowawczych jakim byłyśmy same poddawane w dzieciństwie. Zrobienie małego remanentu. Albo jak kto woli inwentaryzacji:)
PS. 2 Wiem, że istnieje w każdym z nas silne tabu by nie mówić źle o rodzicach, ba jest bardzo trudno obiektywnie ich ocenić samemu.  Przypomniało mi się jak kilka lat temu czytałam zwierzenia pewnej internautki o własnym dzieciństwie, która własnych problemów ze zdrowiem zaczęła doszukiwać się w korzeniach, I słusznie. Ciekawe było dla mnie skonfrontowanie jej dorosłej z nią jako dziecko w świadomym śnie. To rozbicie na Dziecko i Rodzic naszego Ja. O ile pamiętam nie bardzo potrafiła się sama ze sobą dogadać. Dziecko było jej dość obce i nie nawiązała z nim kontaktu. Co zaś tyczy rodziców to jej strach przed łamaniem tabu w pewnym momencie był tak duży, że wolała oskarży o własne problemy siebie i innych, ba nawet o to, że pisała o rodzicach źle, także okazało się winą tych innych, co ją do tego, jak tłumaczyła, zmusili. Miałam nawet pewne obawy, czy i ja nie znalazłam się w gronie tych innych.
PS.3 Obiecałam kiedyś Jadze pomóc zinterpretować sen o iguanie, a więc o symbolice snów o jaszczurkach i inszych gadach już kiedy indziej.

niedziela, 3 lipca 2011

Niedosyt

Powiedziała, że możemy mieć sny. Bardzo symboliczne. Nic mi się nie śniło, przynajmniej nic nie pamiętam. Za to wstałam o piątej całkiem wypoczęta, a kładłam się wykończona. Wiem, wiem, że ta piąta dotyczy moich płuc. To smutek. A wyszło to co wyszło. Trauma z pierwszych godzin po urodzeniu. I to, że można było ładnie zaobserwować jak sobie radzę z lękiem. Powiedziała, że widać jaką dużą pracę w życiu wykonałam. Ale ja czuję jakiś niedosyt. 
 Gdzieś mam sny, kiedy byłam na pierwszych ustawieniach jako obserwator. Zaraz poszukam. Są. Z sierpnia 2010.
Cień 
Jestem nago, za taką kurtyną przypominającą bardziej zasłonę. Jest mi tak dobrze, do czasu, gdy jakiś mężczyzna chce mnie zobaczyć, jestem zawstydzona trochę, zawijam się w tą zasłonę, a on woła, że i tak widzi mój cień. Faktycznie, na ścianie można zobaczy mój cień. Mimo, że on ma takie nastawienie bardziej do żartów, ja tak się nie czuję, jestem skrępowana.
Mama
Jestem w kuchni, u siebie, to całkiem nie przypomina mojej kuchni w realu. Jest trochę bałaganu, jest skromnie, szykuję się do moich urodzin czy imienin, jest jakaś moja znajoma. Siedzimy przy stole, gdy nagle wchodzi moja mama z jakąś swoją znajomą. Jest zdenerwowana, pada na kolana przede mną i prosi bym jej wybaczyła, bo teraz już wiem jaką krzywdę mi zrobiła i prosi bym się już na nią nie gniewała. Jest mi bardzo niezręcznie, że tak przede mną klęczy, widzę jej krótkie blond włosy przycięte tak nierówno, jak u lalki, którą bawiło się dziecko. Głaszczę ją po włosach i mówię, żeby zaraz wstała. Głupio mi przed tymi znajomymi. Tak sobie myślę, że coś musiało się stać, że moja matka boi się o siebie. Ona siada przy stole i widać, że zaraz jej znowu wraca to co zawsze - ostentacyjnie zgarnia okruszki ze stołu i widać na jej twarzy ten wyraz dezaprobaty, czyli zobacz jaki to masz bałagan. I wtedy tak sobie myślę, że widać za mało jej tej wody do uszu się nalało, że te przeprosiny i błagania nie wypływają z prawdziwego zrozumienia, a jedynie z tego, by chronić siebie, że trwoga ją do mnie przygnała.
Gdy się budzę, skupiam uwagę na włosach, które kojarzą mi się z wyglądem włosów aktorki w niemym filmie grającej Joannę d'Arc przed egzekucją. 

 Już te sny tu zapisywałam, ale skoro wracają, i znów potrzebuję je tu umieścić, to znaczy...

wtorek, 28 czerwca 2011

Lustro

Sen, który opisałam jako ostatni w poprzednim poście. Nie daje mi to spokoju. Mam poczucie winy, jakbym była zbyt oschła, kogoś oskarżała, że nie wykorzystuje swoich talentów, potencjału, tkwi w marazmie. Ale to dotyczy wielu osób, ze mną włącznie. I chodzi tu o złość na samą siebie. Jakbym widziała się w lustrze.

sobota, 25 czerwca 2011

Bez szans

Shinead O'Connor:  
Jeśli próbujesz zmienić swoją osobowość, tylko po to, żeby kogoś zadowolić, to możesz tylko zgorzknieć. Bo i tak nigdy ci się to nie uda.
Od siebie dodać mogę, że w szczególności, gdy  tym kimś będzie wiecznie nieusatysfakcjonowany  rodzic. Cóż, trzeba być bardzo uważnym przy jego wyborze. Ja za bardzo się widać spieszyłam;)


 

niedziela, 19 czerwca 2011

Skutki

Skończyłam drugi semestr z informatyki. Nie mam złudzeń co do tego, że ta szkoła nie uczyni ze mnie fachowca w tej dziedzinie, ale zawsze czegoś się dowiem, kogoś poznam, baa... już poznałam kilka ciekawych osób. No i może lepiej zacznę rozumieć jak zminimalizować ilość błędów podczas implementacji algorytmów, poznając skutki błędów.:))
Gajbie odpisałam pod postem "Supeł" na temat odczuwania pełni kobiecości przez kobiety tak:
Tiaaa....Dochodzę do wniosku, że niemal każda kobieta ma z tym większy czy mniejszy problem, objawia się to różnie w ciele i umyśle, sama też nie daję pełnej zgody na kobiecość, ale.... tutaj mam coś, co daje nadzieję, że nawet straszliwe doświadczenia i okaleczenia nie stanowią gwarancji, że pełnia kobiecości jest nie do odzyskania:)))

sobota, 14 maja 2011

Przeróbka czyli wszystko przez lenistwo

Tu dalszy ciąg maila - snu od Gosi. Ta cześć dotyczy relacji z matką, partnerem i choroby. Intensywnie pracuję by zmianie uległy pewne sprawy w moim życiu, więc niech sen po inwentaryzacji zostanie, jako przestroga i jako pamiątka tego, że zawsze są wybory. Zmiany. Na lepsze. I że to jest możliwe.
Wiem, że w końcu poszłam. Źle mi się szło. Ciągle mnie popychano, szturchano... W końcu doszłam na skraj dużej polany. Nie było kwiatów. Sama zieleń.
[Tu luka ... Nie pamiętam co było]
Potem szliśmy razem... Między nami było OK, ale ta droga nie była miła. Znów szliśmy pod prąd i ciągle nas tłum rozdzielał, ale to nie było problemem. Para składająca się z dwóch odrębnych samotności. Każda samotność w swojej "bańce" Szliśmy pod bardzo łagodną górkę, taką max 25 stopni. W tej drodze umarł mój tata (zapomniałam na co, ale wiedziałam), umarła mama na raka prawej piersi. Miałam uczucie, że do tej mojej "bańki" próbują mi się wkraść: poczucie winy, dyskomfort psychiczny, itp., ale wiem, że byłam tak szczelna i tak skupiona na słowie: "DOŚĆ", że nawet nie pozwoliłam sobie na żałobę....
[Straszne to!!! Ale na szczęście zupełne nierealne]
W tej drodze pływałam z moim Pierwszym Bliźniaczkiem w ścianie z oceanu, która stanęła przed nami. Obserwowaliśmy to beznamiętnie, jak na nieme kino. Patrzyłam na tę 13-letnią Gosię baraszkującą w wodzie ze swą Młodzieńczą Miłością.
[Faktycznie:) Uwielbialiśmy nurkować w realu]
Potem byłam już Gosią w oceanie. Bliźniacy mi się podmienili i oceaniczna kipiel zamieniła się kipiel pościelową...
[Momentów nie było widać, poza nurkowaliśmy w tę pościel]
Dopiero kiedy już wszystkich pożegnałam lub pochowałam... wtedy dopiero Krzysiek mi uwierzył. Wiem, że już mi nie zależało. Miłe to było, ale po drodze wszystko umarło. Ja sama również żegnałam się z życiem, bo wyczułam guzka na piersi (też prawej), byłam wychudzona i zniszczona chorobą,. Nie chciało mi się już żyć. Mama (z zaświatów aż sfrunęła, żeby mnie opieprzyć konstruktywnie, na temat: "Walcz z chorobą, to wygrasz!" Krzysiek jej wtórował, ale ...
...wołałam się wybudzić...
Hm, no fakt - ten sen może nie był zbyt wesoły. Ale to nie tak!!! Może to wina psychotropów, bo obudziłam się po tym śnie bardzo radosna i nawet zaczynając go opisywać, nie przypuszczałam, że mi taki smutas wyjdzie!
Tiaaa.... hm... no dobra... piszę... piszę dalej, ale to trochę tak znowu jakby półnaga była, co prawda tak dla samej siebie?, bo może dla innych te sny niewiele znaczą, ale dla mnie są jasne, więc stąd ta myśl, że przecież wszystko widać.
(Moje ciało chce mi co ważnego powiedzieć, wiem to, bo buntuje się strasznie, wszystko to stany ostre, zapalne i połączone od jakiegoś czasu zawsze z bólem). 
Postanowiłam jakiś czas temu, że skorzystam z ustawień Hellingera. Poszłam jako obserwator i brałam udział w ustawieniach innych. W sumie dwa dni pracy, dziesięć ustawień, w trzech brałam udział. Byłam matką, żoną, siostrą. Wiem, że nie ma przypadków i każda sprawa z tych co obserwowałam w jakiejś mierze dotyczyła też mnie. Ostatnie ustawienie mną wstrząsnęła, nie tyle sprawa co rozegranie jej przez prowadzącą. Ta psycholog była dobra, czym mniej wiedziała - tym więcej. Ale... cóż... czułam, że to nie tak ma być rozegrane, bo to było jakby ktoś komuś podał ciastko na srebrnej tacy, a ten jedynie je rozgrzebał.


Bunt. We mnie był bunt. Jak się jakoś poskładałam, to umówiłam się na rozmowę z nią. Długa rozmowa, ale wyszła ze mnie ta obawa, czy słuszna? Intuicja podpowiadał mi, że tak, chciałam się zabezpieczyć i być dobrze zrozumiana co do własnego strachu. (To tak jakby ktoś zwrócił się po pomoc w sprawie gwałtu jaki na nim dokonano, a to co dostał to był powtórny gwałt. Bo przecież coś takiego już raz mnie spotkało, więc nieufność zaraz się pojawia.
Odniosłam wrażenie, że ta psycholog to zrozumiała, zrozumiała moje obawy. Umowa stanęła i byłam zdecydowana, termin zaklepany i wtedy... o tym może kiedy indziej, może w ogóle nie...  Nie było ustawienia. Mam już inny termin, inna psycholog. Czuję, że teraz to tak. Że to ma być kropka nad i. Garnitur na miarę:) 
Córka, spytana, mówi, że tak. Czyli dobrze czuję.:))
PS. Dzisiaj rozmawiałam z bliską koleżanką, znamy się od czasu, gdy nasze dzieci uczęszczały do przedszkola, więc już kilkanaście lat. Rozwiodła się jakiś już czas temu. Od kilku lat ma nowego partnera i dzisiaj tak sobie uświadomiłam w rozmowie z nią, że choć ja partnera życiowego nie zmieniłam, to jednak... jestem z kimś zupełnie innym. Znikło w nim coś, co wydawało się nie do zniknięcia. Nie do strawienia. A on... pewnie powiedziałby, że ma też inną kobietę przy swoim boku, choć to ciągle ta sama istota:) I pomyślałam sobie, żartując w duchu, że moja mama orzekłaby, że to wszystko przez moje lenistwo, bo nie chciało mi się kogoś szukać, organizować nowy związek, więc wolałam przerabiać stary.:)))

niedziela, 8 maja 2011

Podmiana postaci

Ostatnio w pracy byłam półtorej doby, czyli w niej nocowałam. I prawdę mówiąc to był taki mój sen jak myszy pod miotłą, bo cały czas nasłuchiwałam czy dziecko nie płacze. Uff...


Ale był taki moment w dzień, gdy pani, która przyszła posprzątać, (notabene bardzo ją lubię) spytała beztrosko małą:  
A ty kogo bardziej kochasz, mamusię czy tatusia?  
No a we mnie mały demon kopytkami zaczął wierzgać, ale się nie odezwałam, mała też nie, bo na szczęście jeszcze nie mówi.:))
 I przypomniałam sobie wtedy pewien sen. Nie mój on, ale dostałam go kiedyś od kogoś, a ponieważ w nim występuję i ponieważ JAŹŃ jest tak naprawdę  jedna, to sen użyteczny jest dla każdego. A tu sobie go zostawię, bo go się prawdę mówiąc naszukałam. A gdy patrzę z perspektywy, to był czas, że dokładnie szłam tą drogą, straciłam nadzieję i  zakleszczyłam serce by nie czuć bólu. Osamotnienie. Było trudno, miejscami jak po grudzie. Mogę powiedzieć, że "rok orki na ugorze".   

Myślę, że pewne sprawy zmieniły się na lepsze. Podzieliłam je na te które mogłam zmienić i zmieniłam pozytywnie, i na te, na które wpływu nie mam. Te ostatnie w dużej mierze zaakceptowałam. No i uczę się z mężem rozmów na poziomie serca:)


A oto mail i sen, choć nie mój, to jednak dla mnie, był i jeszcze jest potrzebny:

To będą takie poszatkowane fragmenty... Trudno. Piszę. Lato, słońce, ciepło, kolorowo, jakaś nadmorska mieścina. We śnie przeważały dwa kolory: jaśniuteńki błękit (tego koloru była ta ... bryza, mgiełka) To było nad morzem, ale ja śniłam "ocean" - zapamiętałam to! Dość usilnie starałam się to pamiętać! "SEN ZNAD OCEANU" mógłby brzmieć tytuł snu. To był w zasadzie kolor wodnych kropelek bryzy w słońcu. Kropelki lśniły, mieniły się. Śliczne:) Drugim dominującym kolorem była ciemna zieleń (gęsty las zroszony bryzą, trawa,..) mnóstwo zieleni.

W tym śnie były tłumy ludzi, alej a pamiętam tylko Izę, Krzyśka i siebie. Sen się dział w wielu miejscach, ale przeważał pas między lasem, a oceanem, taki ładny, choć wybetonowany, nadmorski deptak. Widziałam orkiestrę przygotowującą się do przedstawienia... Bo w muszli koncertowej miało się rozpocząć przedstawienie "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa. Konferansjer bardzo mnie, albo nam dziękował za coś tam. Kompletnie nas to nie interesowało. 
Tu się aż wybudziłam, bo tak mnie zaszokowały słowa konferansjera: ".... szczególnie pragnę podziękować Wam za sprytne podmienienie postaci" (wtedy się obudziłam ...na moment).

Wszędzie były tłumy ludzi, ale nie wokół nas. Byliśmy niby w tłumie, ale jednak nie z tłumem. Ktoś z nich, Iza lub Krzysiek stał na tle ciemnozielonej ściany lasu. Krzysiek był obrażony, urażony, nadęty. To pamiętam, bo wiem, że byłam na niego zła, w sensie "zniechęcona. Miałam dość". Kojarzy mi się z "zapachem łez". Potem była ta druga osoba (jedno z dwóch), potem - luz - potem ja, najbardziej oddalona od wszystkich, potem ludzie, muszla koncertowa, deptak, ocean. Stałam taka ...wyalienowana i rozdarta między tłumem a nimi.  

Uczucie w stylu: "Pójdziesz z mamusią czy z tatusiem? Wybieraj!" (mnie podobno takich pytań nie zadawano, ale kto ich tam wie) We śnie byłam dorosła. W końcu nie wytrzymałam panującego między naszą trójką napięcia i weszłam w mgłę. Przebiłam się przez tłum, przez tuman mgły i siadłam na pustym nadmorskim deptaku na ławce tyłem do oceanu. Właśnie wtedy było tak chłodno niebiesko i błękitnie. Wyjęłam coś zza pazuchy... coś co czytałam i czułam się bezpieczna, że nikt mnie nie widzi w tej mgle. Nagle nade mną stanęła Iza. Skradła się jak duch:) i powiedziała do mnie: "Dlaczego się z tym ukrywasz?" ... "chowasz to?" (coś tym stylu) Wiem, że we śnie płakałam, czułam, że to JA płaczę (ten ciężar na piersiach charakterystyczny dla płaczu, czułam nawet "zapach" łez) więc to byłam JA, ale JA to również obserwowałam jako niewidzialny obserwator.

Teraz mi się przypomniały dalsze słowa Izy.. [słowa - dla mnie bez sensu TU I TERAZ. W tamtej rzeczywistości były OK]

... Mówiła stojąc nade mną:"... A, to ty go w sercu schowałaś? To dlatego nic nie było widać..." I mówiąc to wskazywała na to co "czytałam". Okazało się, że czytałam lusterko. Takie babcine, z metalową podpórką. Namawiała mnie, żebym znowu poszła porozmawiać z Krzyśkiem. Powiedziałam: "Nie! Nie będę się za nim więcej uganiać! Z nim nie można rozmawiać, bo on nie daje sygnałów zwrotnych." Iza przyznała mi rację, ale dalej nalegała, mówiąc że on na mnie czeka. Nie wierzyłam. Długoś my się szarpały i w końcu zapytałam ją: "Co ja mam mówić? Znowu mu się coś nie spodoba.." Odpowiedziała: 'NIC. Ty masz milczeć. On też będzie milczał. Porozmawiają sobie wasze serca" 

[Sorki. To jest bez sensu. Przyznaję. Ja opisuję sen.]


piątek, 25 marca 2011

Oswoić Sobka

 Sen sprzed roku.
Jestem w Ameryce wraz z grupą aktorów. Idę z kimś, to wygląda jak byśmy znajdowali się na Dworcu Głównym. Na podłodze widzę porzucone linijki, gumki i ołówki. Takie drobne przybory szkolne. Podnoszę niektóre i zabieram dla syna. Tym bardziej, że są nowe, a wiem, że jemu się przydadzą. Potem dostrzegam wystawione stoły, a na nich odzież. Tak sobie to leży jakby nikomu nie było potrzebne. Biorę płaszcz z myślą o córce. I jeszcze kilka drobiazgów. I udaję się do wyjścia, spieszę się, ale dowiaduję się, że tych ubrań nie można tak sobie brać, że one są z przeznaczeniem dla biedoty i że jak będę wracać do kraju, to będę mieć duże kłopoty na granicy. Postanawiam sobie, że rzeczy później odniosę, bo teraz spieszę się. Mamy wszyscy zakwaterowanie w jakimś hotelu. Orientuję się, że nie mam swojej torby podróżnej. Nie mogę sobie przypomnieć, co z nią zrobiłam, czy gdzieś oddałam na przechowanie czy zgubiłam. Bardzo jest to dla mnie męczące ten brak pamięci. Odczuwam to jako taką dziurę. W końcu torbę znajduję i udaję się do wyznaczonego pokoju.
Ten pokój to w sumie jedno długi, wąskie, poprzedzielane łóżkami pomieszczenie. To taka metalowa konstrukcja, że jak są potrzebne pokoje, to się tę konstrukcje rozciąga jak harmonię i wtedy powstają ściany i te łóżka i małe szafki. Brak jakichkolwiek wygód. To jest takie dość prymitywne, żadnej intymności. Zauważam, że ktoś z trupy teatralnej jest też z małym około dwuletnim dzieckiem. Ja ruszam na poszukiwanie męża. Znajduję go na samym końcu. Leży na łóżku zadowolony i zrelaksowany, jakieś dwie dziewczyny zabawiają go rozmową. W ogóle na mnie nie zwraca uwagi, nie zauważa mnie. Wpierw mnie to trochę martwi, że jesteśmy rozdzieleni, ale potem dochodzę do wniosku, że to może by pożyteczne doświadczenie taka rozłąka, tym bardziej, że widzę, że mąż nie czuje się z tego powodu nieszczęśliwy, a wręcz jest mu dobrze. Nagle do moich uszu dociera taki odgłos huczenia. Wyglądam przez okno i widzę że pali się cała piwnica sąsiedniego budynku. To w realu jest podobne do budynku w Ogrodzie Botanicznym, gdzie na dole są laboratoria, chyba dla studentów, to zaplecze mieści się w takiej suterynie, okna są na wysokości ziemi. W śnie patrzę przez okno i widzę to pomieszczenie w budynku całe w ogniu, to ten ogień tak huczy. Ale nikt nie zwraca na to uwagę. Dociera do mnie informacja, że to zrobili Cyganie i że tak często robią, to taka ich lokalna tradycyjna, zabawa. Słyszę na sygnale straż, zaraz zagaszą ogień. Na dworze jest już dość ciemno. Orientuję się, że mój mąż gdzieś wyszedł. Biegnę za nim, wołam po imieniu, ale on mnie nie słyszy. Wchodzi w wąską uliczkę między budynkami. Jest widno. To miejsce przypomina mi Ostrów Tumskim. Chce wejść w tę uliczkę by dogoni męża, ale w tym momencie wychodzi z niej mężczyzna w garniturze z głową krokodyla. Wygląda to jak egipskie bóstwo. Nie wchodzę w tę uliczkę, tylko w następną, licząc że uda mi się gdzieś skręci i spotkać męża. Ale ten człowiek z głową gada wchodzi w tę samą uliczkę co ja. Jego wzrok jest taki bezwzględny, zero empatii, ciepła. Czuję i wiem, że ma złe zamiary w stosunku do mnie, że chce mnie zjeść. Boję się, wołam męża, ale nigdzie go nie ma. Uliczką, po tych kocich łbach, biegnie sobie taki dość spory pies, kudłaty, ale nogi ma krótkie. Ma w sobie coś ludzkiego choć to pies. Obecność żywej istoty-świadka nie jest w smak mężczyźnie krokodylowi, chowa się za murem, nie chce być widoczny, nie chce świadków i nie chce żebym się zorientowała, ze idzie za mną. Pies truchtem mija mnie nie zatrzymując się. Podchodzę do takie małej jaszczurki na murze, ale ona jest taka mała, że choć to żywa istota, nie da mi oparcia, krokodyl nie będzie z nią się liczył. Znikąd wsparcia i ratunku. Wołam męża. Cisza. Brak odzewu. Nikogo. A we mnie strach.
Zerknęłam do książki o Egipcie w celu znalezienia tego bóstwa ze snu. Nazywane było Sobek. Dziwne, bo to prawie brzmi jak nazwisko moich rodziców. Taka pierwsza myśl to była, że to prawie nazwisko ojca. Sobek to też ktoś kto jest sam bo kompletnie nie liczy się z innymi. Pozbawiony empatii, bezwzględny.
W Egipcie temu bóstwu oddawano cześć jako życiodajnej sile wody. Cytat z książki: Sobek utożsamiany był z żyjącymi w wodnym środowisku krokodylami, które Egipcjanie uważali za święte. Wśród licznych jego przedstawień umieszczonych na ścianach grobowców i światy odnaleźć można takie, które prezentują go jako postawnego mężczyznę z głową krokodyla.


 Czasem Sobek przybierał także całkowicie postać tego gada z umieszczoną na głowie złotą koroną mającą przypomina o łączących go związkach z bogiem słońca Re. Gdy zaczęto go utożsamiać także z innymi egipskimi bóstwami, wyobrażany bywał jako krokodyl z głową lwa, byka, barana, sokoła lub szakala. 
Ponieważ sen zrobił  na mnie wrażenie, więc sobie tego Sobka jak umiałam oswajałam. No choćby nosząc w torebce zabaweczkę Lego. Tu na zdjęciu na tle karki od blogowej przyjaciółki Canady. Może zaprzyjaźni się pan Sobek z Mikołajem i zacznie rozdawać prezenty?:)

wtorek, 18 stycznia 2011

Wachlarz

Tak, mam zamiar pisać o chorobie, która bodaj zbiera największe żniwo. Ale żaden lekarz jeszcze nie umieścił na żadnym akcie zgonu jej nazwy. Napisze on owszem: choroba nowotworowa, zawał serca, udar itd. Ale jej nazwa nie figuruje. A gdy przyglądam się ludziom, nawet tym ze światka blogowego, to nie znajduję jednej osoby, o której mogłabym z całą pewnością napisać: nie przejawia żadnego z objawów tej choroby. Różnice polegają na stopniu zaawansowania i jeśli by można powiedzieć, to na pewnym zróżnicowaniu w wachlarzu objawów. 
Ta choroba niszczy człowieka psychicznie i fizycznie.
Ta choroba demoluje związki.
Ta choroba zabiera radość życia. 
Ta choroba ogłupia. 
Ta choroba jest uleczalna.
Ale, ale, jeszcze nie wiem do końca, ale czuję, tak czuję, że pisać będę o tym wszystkim gdzie indziej. Od jakiegoś czasu jest przy mnie Pierzasty:). Ja co prawda nie chcę, ale On podtyka takie fajne, proste pomysły, że chyba mu ulegnę. Baaa... już to zrobiłam, dałam się skusić i tekstu kawał napisałam, zanim się zorientowałam, że to Jego sprawka. Mam na Wordzie w dokumentach... Tiaa... tak to wygląda, niby przypadkiem wylatuje skądś notatka, tam artykuł, coś się przypomina, układa i zanim się człowiek obejrzy to ma fajny tekst. I co ja mam powiedzie? Że Cię kocham Pierzasty?;)) 
To teraz potrzeba ciut wolnego czasu, aby zgrabnie zakończyć i wyretuszować tekst, ale znajdę go chyba dopiero w piątek.  
PS. Na razie sny się nie śnią, ale ten o pomarańczowych piórkach coraz bardziej staje się zrozumiały:

piątek, 7 stycznia 2011

Korzenie

Dzisiaj już znacznie lepiej się czuję. Moja przyjaciółka Gosia mówi, że nieświadomie wysyłam sygnały: zobacz mnie, dostrzeż, nie bądź obojętny, zaopiekuj się mną, pokaż że ci na mnie zależy, JESTEM. I wiadomo w czyim kierunku to idzie;))). Moje dziecko we mnie dopomina się o uwagę. O poczucie bezpieczeństwa, uważność, ciepło. Tiaa....
A poza tym Gosia łączy to u mnie też z błędnikiem, czyli stanem równowagi i tej życiowej też, a z tym mam pewne "zawirowanie". Słowem pewien brak równowagi życiowej. A do tego cóż, sama wiem: kości to trwałe zasady, ich łamanie to brak elastyczności, a kość ogonowa to... czakra korzenia, a zatem moje korzenie, moi rodzice... 

...dobra, wiem, pracuję nad tym, a jednak... 
...a może trzeba czasem coś złamać, aby naprostować...? 
 Ale w końcu oprócz bólu faktycznie osiągnęłam w związku polepszenie i udało się: zostałam dostrzeżona. Takie delikatne w błękicie I see you w moją stronę. ;)) No to sobie obejrzę i posłucham, i przypomnę:))):
http://www.youtube.com/watch?v=O4jYr4502M0&feature=related 
A na koniec jednak to bym o czymś ważnym nie zapomniała, to tu pewien wykład zostawię :DD:
http://www.youtube.com/watch?v=cl3Igpu0x0Y&feature=player_embedded 


sobota, 1 stycznia 2011

Ładny dzień i coś niepięknego

Pierwszy dzień 2011.  Ładny. Niech się każdemu szczęści w Nowy Roku.:)

Już wieczór. Mam w głowie kilka mini wskazówek dla siebie i mini postanowień. 
Wychodzi mi, że gdy należymy do grona "cierpiących duchowe i egzystencjalne rozterki", to aby uwolnić się od cierpienia i rozterek, należy obejrzeć się i uważnie przyjrzeć własnemu dzieciństwu. To dobry sposób na to by uzdrowić własne życie. Trzeba WŁAŚCIWIE i ZE ZROZUMIENIEM odszukać i ZOBACZYĆ co też wydarzyło się tam wtedy i jaki ma wpływ na tu i teraz. Przy tym czasem bardzo potrzebny jest empatyczny terapeuta.
Czytając artykuł na Onecie o dziejach pewnej czeskiej aktorki, 
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/aktoreczka,4094169,8365890,artykul-fotoreportaz-duzy.html postanowiłam zachować z niego te kilka zdań z  wypowiedzi koleżanki aktorki:
"Myślę, że Adina nie potrafiła się naprawdę zakochać. Czasami kiedy mówiła o mężczyznach miałam poczucie, jakby ich raczej nienawidziła. Chyba z tym przyszła na świat albo coś niepięknego się jej stało w dzieciństwie."
Tu też zostawiam pewną dla mnie ciekawą wymianę zdań:

-Nastolatki to same są czasem jak demony. Oj, co moi rodzice mieli ze mną w wieku 15 lat. Wstyd.

-Rozumiem, ale tak jeszcze spytam, czy Twoi rodzice też mieliby powody powiedzieć, że Ty z nimi miałaś. I że im wstyd...?

-Aż się uśmiechnęłam po przeczytaniu Twego pytania. Ależ tak, miałam i powinni, na pewno.

niedziela, 26 grudnia 2010

Twórczość a dzieciństwo

Skończyłam książkę "Bunt ciała"  Alice Miller. I tu zostawiam ciekawy fragment. Tak sobie myślę, że nie tylko wielcy pisarze, ale także autorzy blogów, próbują uporać się z pewnymi własnymi problemami, ale przenoszą je nieświadomie na zupełnie inną kanwę. 
 "Jak widać wyraźnie, ludzie ci za przywiązanie do swoich rodziców zapłacili ciężką chorobą, przedwczesną śmiercią lub samobójstwem. Ubarwiana przez nich historia własnego dzieciństwie stanowiła skrajne przeciwieństwo prawdy zapamiętanej przez ich ciało. Prawdę tę odważyli się przedstawić w swoich dziełach, ale nie mieli odwagi jej sobie uświadomić. Dlatego ich ciało czuło, że nie jest ani rozumiane, ani szanowane. Z ciałem nie można sobie bowiem poradzić za pomocą norm etycznych. Jego funkcje, takie jak oddychanie, krążenie krwi czy trawienie reagują na to, co przeżywamy, nie zaś na nakazy moralne. Ciało trzyma się faktów. 
Od czasu, kiedy zajmuję się wpływem dzieciństwa na późniejsze życie człowieka czytuję często dzienniki i listy pisarzy, którymi się szczególnie interesuję. Wielokrotnie znajdowałam w ich wypowiedziach klucz do zrozumienia ich utworów, ich poszukiwań, ich cierpienia, tkwiącego swymi korzeniami w dzieciństwie, którego tragizmu nie potrafili ani odczuć, ani sobie uświadomić. Nutę tego tragizmu udało mi się natomiast odnaleźć w ich dziełach, na przykład u Dostojewskiego, Nietzschego, Rimbauda. Sądziłam, że udało się to także innym czytelnikom. Kiedy zaczęłam jednak czytać biografie pisarzy stwierdziłam, że zawierają one bardzo wiele szczegółów na temat ich życia, ale nie ma w nich słowa o tym, jak radzili sobie z traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa i jakie piętno wycisnęły one na ich życiu. Także podczas rozmów z badaczami literatury stwierdziłam, że są oni w najlepszym wypadku jedynie w bardzo niewielkim stopniu zainteresowani tym problemem. Większość z nich reagowała na moje pytania zażenowaniem, jakby dotyczyły one czegoś nieprzyzwoitego czy wręcz obscenicznego, i unikała dalszej rozmowy.
Jednak nie wszyscy. Niektórzy z nich wykazywali zainteresowanie tym aspektem życia pisarzy i dostarczyli mi niezwykle cennego materiału biograficznego. Był on im wprawdzie znany od dawna, lecz dotychczas uważali go za mało ważny.
Te właśnie powiązania, które większość biografów przeoczyła lub uznała za nieistotne, stanowią główny temat pierwszej części tej książki. Siłą rzeczy ograniczyłam się tylko do tego właśnie aspektu życia pisarzy, o których tam mowa, pomijając inne, równie ważne. Zdaję sobie sprawę, że w związku z tym mogę się spotkać z zarzutem jednostronności lub nawet tendencyjności. Wezmę jednak na siebie to ryzyko, ponieważ nie chcę obarczać czytelnika zbyt wielką liczbą szczegółów, by nie odciągać go od głównego tematu książki, a mianowicie problemu: ciało i moralność.
Żaden z pisarzy, o których mówię, być może z wyjątkiem Kafki, nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był w dzieciństwie krzywdzony przez rodziców i „nie miał im niczego za złe”, przynajmniej świadomie. Wszyscy oni idealizowali swych rodziców, nie mogli więc skonfrontować ich ze swoją prawdą, ponieważ wyparli ją ze świadomości i nie udało im się jej poznać nawet jako ludziom dorosłym.
Ta nieświadomość stanowi właśnie tragiczny rys ich najczęściej krótkiego życia. Moralność stanęła na przeszkodzie poznaniu rzeczywistości, uniemożliwiła tym zdolnym ponad miarę ludziom poznanie prawdy ich ciała. Mimo że byli orędownikami wolności (Schiller), próbowali przełamywać tabu obyczajowe (Rimbaud i Mishima) lub kanony literackie i estetyczne (Joyce), obowiązujące w ich czasach, nie umieli dostrzec, jakie więzy narzucili im ich rodzice. Także Marcel Proust, który potrafił na wskroś przejrzeć burżuazję, nie umiał dostrzec, jak bardzo cierpiał z powodu swej matki, tak silnie związanej ze swoją klasą. Skoncentrowałam się na tym właśnie aspekcie ich biografii, bo o ile mi wiadomo, nikt jeszcze nic na ten temat nie opublikował." 

wtorek, 14 grudnia 2010

Dwa razy "Fortepian"

Skończyłam "Malowanego ptaka". I już nie chcę wracać do tej książki. Nigdy. Ale był tam jeden moment - utrata głosu u dziecka na skutek traumatycznych przeżyć i stanie się niemową. Przypomniał mi się znów przez to film "Fortepian". Ten cały zapis-recenzja był u mnie gdzie indziej, ale go stamtąd zabrałam z pewnych względów. A ponieważ uważam, że ta recenzja jest dobra, to zostawiam ją tu.
Historia miłosna. Wydawałoby się banalna. Połowa dziewiętnastego wieku. Trójkąt. Kobieta i dwóch mężczyzn. Ona ma na imię Ada, nie mówi od szóstego roku życia. Ma nieślubną 9-letnią córkę Florę. Mieszka wraz z ojcem w Anglii. I przez niego któregoś dnia zostaje wydana za mąż za farmera w Nowej Zelandii. Wraz z córką i domowymi sprzętami wyrusza przez ocean na śmierdzącej łajbie w podróż do męża, którego nie widziała nigdy na oczy. Wśród kufrów znajduje się też ogromna skrzynia, a w niej fortepian. Bo choć Ada nie mówi, to potrafi na tym instrumencie przepięknie grac. Za jego sprawą nie czuje się istotą milczącą. To właśnie muzyka jest tym, co pozwala światu usłyszeć emocje, uczucia Ady. Całe bogactwo jej wewnętrznego świata. Łącznikiem z ludźmi mówiących jest córka Ady, która bezbłędnie odczytuje język migowy matki i przekazuje dorosłym jej sugestie. Niemowa ma też do dyspozycji karteczki i ołówek. Jest jeszcze coś, co słyszy jedynie Ada i bardzo nieliczni ludzie, to jej głos wewnętrzny. 
Mąż Ady, Alisdair Steward, już na początku daje się poznać, jako ktoś, kto kompletnie nie tylko jej nie rozumie, ale i się nie stara. Zmęczenie Ady po długiej podróży tłumaczy sobie udawaniem. Dokonał transakcji, kupił sobie żonę. Jego pierwsze słowa skierowane do niej, która noc spędziła z dzieckiem na plaży, oddają w pełni jego racjonalistyczne podejście do życia: „Proszę się obudzić, przyjechaliśmy po rzeczy.” I Ada się budzi, by trafić do koszmaru, gdzie traktowana jest niemal jak jeden z przywiezionych sprzętów. To, co się w koło niej dzieje, przeraża ją. Oto przypłynęła z jednej wyspy, gdzie rządził jej ojciec, na drugą, gdzie władcą okazuje się przyszły mąż. Przed wyruszeniem z plaży do domu Alisdair wypowiada do Ady zdanie, które stanie się symboliczno-proroczą zapowiedzią tego, co wydarzy się w życiu kobiety na nowozelandzkiej ziem: „Proszę się przygotować do ciężkiej podróży, krzaki mogą porwać pani ubranie, bagna miejscami są bardzo głębokie”. 



Oto zaczyna się opowieść o kobiecie chcącej zachować godność, entuzjazm, radość życia i możliwość samostanowienia, a także pragnącej zaznać miłości i partnerstwa w świecie rządzonym przez mężczyzn. To naprawdę ciężkie zadanie i zdaje się niewykonalne. Przyjdzie Adzie zmierzyć się z męską gruboskórnością, prymitywizmem, z racjonalnym podejściem do życia, a także z własną bezsilnością i niemocą. Z depresją, załamaniem. Przyjdzie jej lawirować między dwoma mężczyznami aż do niemal obłędu. Przejmująca jest scena, gdy Ada gra w lunatycznym stanie, która to gra jest wyrazem jej wierności samej sobie, swym uczuciom. I jak widać, że takie sprawy przerastają jej męża, jak on sam musi zmierzy się z nieznanym. Zapowiedzią tragedii są przygotowania do spektaklu wystawianego przez miejscową społeczność. Sztuką jest "Siwobrody", a gra cieni na ścianie w doskonały sposób przygotowuje widza do tego, co wydarzy się wkrótce naprawdę. 
To mężowi Ady przyjdzie w życiu odegrać rolę Siwobrodego. Czy jest on wyzuty z uczuć? Ależ skąd. Dba o pasierbicę, która szybko zaczynana do niego mówi tato. Widać jego starania by Ada zaaklimatyzowała się w nowych warunkach. By jego nowa rodzina miała zabezpieczony byt. Uważa jednak, że wystarczy dać żonie czas na oswojenie się z nowym dla niej środowiskiem. Jest cierpliwy, nie jest nachalny. I naiwny w swym myśleniu, że to wystarczy. Nie buduje żadnej relacji na poziomie serca. Ot, żona z czasem go pokocha i zacznie wypełniać małżeńskie powinności. Umyka mu to, co najważniejsze. Najważniejsze dla Ady. Fortepian. 
 Rodzina dla tego farmera to poświęcenie, więc Ada też musi się poświecić i fortepian staje się przedmiotem transakcji. Tu farmer staje się twardy, staje się tyranem, choć tego nie widzi. Rani. Głęboko. Gdy próbuje zrozumieć i rozwiać swoje obawy względem Ady, (bo wszak widok żony, która gra na stole, na wyrzeźbionych w nim klawiszach, to w jego mniemaniu może być objaw choroby umysłowej, a w żadnym razie nie z tęsknota do tego, co dla niej tak drogie i bez czego nie potrafi żyć,) to w swej naiwności zwraca się o wyjaśnienie do kogoś, kto budzi w nim szacunek i w jego oczach jest kwintesencją kobiecej mądrości, czyli do miejscowej bigotki - Ciotki Morag. I przyjdzie mu się zmierzyć ze słowami jak jad tarantuli, które ta kobieta z całą mocą sączyć mu będzie do uszu. Można mieć uznanie dla tego mężczyzny, który tak jak umie opiera się truciźnie i szuka na nią antidotum. Za to wydawałoby się prymitywniejszy sąsiad, bo analfabeta, który w cieniu popija kawę z pięknej filiżanki, zdobyte informacje świetnie będzie potrafił zrozumieć i wykorzystać.
 I z początku całkiem zgrabnie mu to idzie: zdobywa instrument, każe go nastroić. Dalej zaś to ja jako kobieta jedynie sobie westchnę z politowaniem. No i jeszcze może zrobię brrrr. 
 Tak, ale stanie się w końcu rzecz dziwna, bo choć w ostateczności dostanie ten sąsiad wszystko to, o co zabiegał - Ada odda mu dusze i ciało, to jednak jej głos wewnętrzny uda się usłyszeć tylko Siwobrodemu. Głos kobiecego serca. I mimo poniesionych strat, mimo całego bagna, w jakie ten mężczyzna zapadł się w swym życiu i które sam stworzył, to w końcu dzięki temu głosowi zrozumie, że nie można kogoś mieć na własność, jak ma się rzecz, że do serca Ady prowadzi inna droga, a on już nigdy tam nie trafi. Że zaprzepaścił swoją szansę. Ale dane mu było usłyszeć wewnętrzny głos kobiety i zrozumieć go. I odda Adzie to, co dla niej najcenniejsze. Wolność. Wolność samostanowienia o sobie. On zaś zapragnie jednego, zapomnieć o tym, co się wydarzyło jak zapomina się o koszmarnym śnie.
Myślę, że ten film w doskonały sposób pokazuje jak w spotkaniu dwóch światów: kobiecego i męskiego, dokonuje się transformacja obu. A gdy idzie ona we właściwym kierunku, to pozwala by zakwitła prawdziwa miłość, nawet na tak niesprzyjającym gruncie, jaki stanowi dla niej patriarchat i dewotyzm.

A potem, po kilku dniach obejrzałam ten film drugi raz. W dziwnych okolicznościach, mogę jedynie mniemać, że nikomu na świecie w takich ten film nie było danym obejrzeć. Mimo przejmującego fizycznego bólu, weszłam w obraz całą sobą. Odbierałam scenę za sceną o wiele żywiej, każda przemawiała do mnie. Barwy stały się wyraźniejsze. Fiolety, błękity, seledyny, sepia i kolor nowozelandzkiego błota. Muzyka działała tak, że sama stawałam się muzyką. Choć ból był dotkliwy, to jednocześnie gdzieś na niego robiłam blokadę. I zobaczyłam inną warstwę filmu, to tak jakby ktoś namalował obraz, ale pod nim był drugi. I ja ten drugi, dotąd mało widoczny, dokładnie dojrzałam. Teraz skupiona byłam na innym wątku tego filmu. Na relacji Ady i Flory. 
Gdzie z jednej strony są uczucia głębokiego przywiązania, ciepła, macierzyńskiej miłości, gotowości do poświęceń, dbałości o dziecko. Jak choćby ta początkowa piękna scena, gdzie Ada rozcina sznurówki butów na nogach śpiącej córki, by nie zakłócić jej snu. I ta scena na plaży, gdzie z halki i fiszbin tworzy mały namiocik i rozświetla go wewnątrz, by stworzyć dziecku poczucie bezpieczeństwa i miły nastrój. Ale jest też druga strona. Ada w wielu sytuacjach nie liczy się z uczuciami dziecka. Jego zadaniem jest grać zawsze drugie skrzypce. FIora jest tłem, jest tą do noszenia za matką z namaszczeniem brzegu sukni. 
 Niemal symboliczne jest też scena gdzie Flora idzie za matką w błoto. Córka podziwia matkę. Staje często w jej obronie. Ale jest tak jak i ona uparta i też ma swoje pragnienia. Ponieważ nikt jej poważnie nie traktuje, nikt jej niczego nie tłumaczy, zaczyna się buntować i po swojemu egzekwować coś, co uważa, że jej się należy. Chce mieć prawdziwą rodzinę. Skutki dziecięcych działań okażą się tragiczne. Flora przez krótki czas poddawana jest też działaniu Alisdair Stewarta. Widać jak szybko, mimo początkowej niechęci, akceptuje tego człowieka i zaczyna do niego mówi tato. Trzeba przyznać, że stwarza on warunki do tego by dziewczynka dobrze się czuła czyli  czuła się potrzebna, a jej pomoc się liczyła. Farmer zjednuje sobie jej akceptację, zaufanie. Jego światopogląd staje się i jej. Jego poglądy na choćby na sferę seksu także. Jakże wymowna jest scena z myciem drzew, które jakoby zbezcześciła Flora.
 I w końcu straszliwe, traumatyczne wydarzenie, które przyjdzie jej przeżyć w świecie dorosłych. Gdy u Ady pojawi się depresja i chęć odejścia z tego świata, to zdominuje to wszystko inne, przysłoni jej też całkowicie troskę i lęk o dziecko.
Czasem odnosi się wrażenie jakby w tym świecie dorosłych nie zauważono, że Flora jest prawdziwa,  jakby sami dorośli jeszcze do końca nie dorośli i potrzebowali na to czasu.  
http://www.youtube.com/watch?v=hdWLwRexMRA&feature=related 
 No cóż…. gdy film się skończył, ocean przestał szumieć, fortepian grać, a Maorysi tłumaczyć prostotę seksu, znikły też cudowne oczy Holly Hunter i niezłe pośladki Sam Neilla, to odezwała się nagle moja własna córka z sugestią co bym jednak pojechała na pogotowie. Przyjaciółka telefonicznie z całą mocą tłumaczyła, że jechać trzeba. No i w końcu pojechałam, bo ja wiedźmom ufam;)) (A ból dawał się we znaki). Chciałam sama, ale mąż miał obawy, że gdzieś po drodze to ja mogę zemdleć. Fajnie było, prawie pięć godzin na ławce w poczekalni. Trochę przysypiałam na mężowskim ramieniu, ale o dziwo to nie zostałam przez białe kitle strofowana, choć pewnie bym się nie obraziła. To myślę zadziałało to moje blond na głowie.  Bo zostałam potraktowana jako kobieta-dziecko, pochwalono mnie za dzielność, zrobiono prześwietlenie, zastrzyki, opatrunki, no i nie chciano zrobić jednego co było konieczne, ale po prostu w tym stanie powiedziano mi, że nie zniosę tego bólu, więc trzeba się pomęczyć. A to może wcale nie była taka prawda, bo na ból jestem dość odporna. Choć może jednak nie zawsze...?