Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

niedziela, 30 listopada 2014

Ponad tydzień;)

Jutro będzie tydzień i 20 tysięcy dni jak jestem na tym świecie.
Miałem sen tej nocy. Byłam opiekunką kilkuletniej dziewczynki i byłam wraz z nią na jakiś wczasach(?). Było kilka rodzin z takimi małymi dziećmi. Rodzice młodzi i znający się i wspólnie opiekujący się dziećmi, taka niby komuna. Ja się denerwowałam, bo zostawiłam tą małą, a potem  widziałam niefrasobliwość kobiety opiekującej się gromadką maluchów. 
Była pora kładzenia się spać. Na wspólnej dużej sali na materacach. Mąż jednej z kobiet położył się za mną, niby tak dla żartów, ale ja wiedziałam, że brakowało mu ciepła, takiej zwykłej czułości, bo jego partnerka była oschła i nie okazywał uczuć. Przytulił się do mnie, leżeliśmy jak łyżeczki, a on całował mnie w szyje i było nam razem bardzo dobrze.

niedziela, 9 listopada 2014

Szkło bolesne zamiast radości

Jeden ruch na klawiaturze i ten cały post zniknął. Nie do odzyskania. Pozostał jedynie tytuł. A nie tak zamierzałam. Chciałam jedynie wstawić króciutkie imię przy cytacie. Doszłam do wniosku, że widocznie podświadomie jednak chciałam coś radykalnie zmienić. Zatem.... jak wrócę, to będę post pisać, teraz jadę za miasto pochodzić po lesie z mężem i Dobrą, spotkać się ze znajomymi i popatrzeć na opuszczone i zrujnowane gospodarstwo, które wymyśliłam, że będzie kiedyś moim domem. cdn.
Wróciłam. Las był piękny, cisza, miękki mech. Po dwóch godzinach chodzenia z opuszczoną głową by dojrzeć czasem pojedynczego podgrzybka, siadłam na pniu by odsapnąć, a spojrzawszy w górę zachwyciłam się rozłożystym majestatycznym dębem. Listopadowe słońce przenikało przez liście, które z cichym szelestem opadały. Te brązowe i złotawe, zielonkawożółte nie poddawały się jeszcze jesieni i trzymały się gałęzi. Dałam się i ja przeniknąć promieniom czując jak opadają ze mnie szarobure smuteczki, a pozostaje zielonkawa nadzieja i żółtawa spoko-radość.
Teraz tylko ten fragment snu, żeby tytuł miał sens:
śniłam ciepłą kanikułę, byłam z rodziną, choć bardziej wyczuwałam ich obecność niż widziałam. Byłam na skarbie, w dole rzeka, sporo ludzi, a ja po drugiej stronie dojrzałam znajomą. Bardzo się ucieszyłam na jej widok i zaraz chciałam do niej iść. Zauważyłam, że z tej skarby w trawie biegnie taka dróżka jak ślizgawka, domyśliłam się, że została wyślizgana przez tych którym się spieszyło. Zjeżdżałam i ja na pupie i to było takie radosne, taka dziecięca radość mnie ogarnęła. W ogóle to jak dostrzegłam tę koleżankę, to też cieszyłam się jak dziecko. Byłam już przy rzece, to była raczej taka rzeczka-bród, z wodą najwyżej po kolana. I kiedy już miałam wejść do niej, nagle sen stał się świadomy i oczami wyobraźni zobaczyłam na dnie rozbitą butelkę. Zastanawiałam się, że gdy na nią nadepnę, to czy od razu poczuję ból, ile będzie krwi...

Obudziłam się i byłam w lekkim szoku. Dlaczego nie umiałam pozostać w tym beztroskim nastroju, tylko ŚWIADOMIE wprowadziłam katastrofę? Skąd we mnie ta niewiara, że życie może być radosne i ta korekta w stronę tragedii?

wtorek, 4 listopada 2014

Listopadowo

Na poczcie informacja, że dawno na blogu nie pisałam. Faktycznie, cały październik minął a ja nic. Bo... piszę, ale gdzie indziej. Mam już 70 stron i dziesięć rozdziałów. Książka nabiera kształtów. W końcu ją urodzę. A co do tych co to już urodziłam, to cała trójka chorowała, każde na coś inszego. Lekarze, pogotowia, szpitale. Teraz już, mam nadzieję, z górki. W połowie listopada zaś planuję wyjazd do Łodzi. Ustawienia rodzinne i spotkanie z internetową przyjaciółką, gdzie znajomość z internetu przeniosła się do realnego świata. I dobrze. W moim mieście dziś listopadowe słońce w całej krasie.