Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Dusza i ciało

„- Idź na przód i nie zwracaj na mnie uwagi- powiedziała Dusza do Ciała, ponieważ ON i tak mnie nie słucha.
– Zachoruję – odpowiedziało Ciało- i wtedy zacznie Cię słuchać”.
(Vistara H.Haiduk)

Niedobrze

Najpierw poczułam przenikliwe zimno na wysokości serca. Niedobrze –pomyślałam. Potem nad ranem zaczęłam "chrobotać" - w czasie oddychania wydawałam takie odgłosy jak kot, który mruczy. Niedobrze, niedobrze. Tak zaczynało się szpitalne zapalenie płuc. Poprzedniej nocy miałam sen. Widziałam moje płuca. Całe były rozpalone. I znów rano "chrobotanie". Dzisiaj nad ranem zdecydowane "murmurando". A jutro wyjazd do Wlenia. Zaczynam się bać, jak to będzie. W czasie niedawnej relaksacji widziałam siebie nocą na Moście Pokoju. Refleksy na wodzie od świateł latarni od strony Ostrowa Tumskiego. Po drugiej stronie mój ulubiony piękny Most Grunwaldzki. Dlaczego tutaj, w mieście jestem? 



Odpowiedź sama przyszła. Głos naprowadził, że chodzi o Grunwald. Zwycięstwo nad tym co wydawało się niezwyciężone. Zaś jeśli chodzi o Most, to jego architekt załamał się przed samą generalną próbą na jego, czyli mostu, wytrzymałość, coś w pospiechu sprawdzając, doszedł do wniosku, że się pomylił, że most nie wytrzyma i się zawali. Ten człowiek popełnił samobójstwo. Najciemniej jest przed samym wschodem słońca, nie poddawaj się, przetrzymaj. 


Potem moją uwagę głos skierował na Ostrów Tumski. Przypomniał mi, że ten stary, ponad tysiącletni kompleks budynków uratowano przed powodzią bardzo prostymi metodami - kładzeniem worków z piaskiem. Pomogła wytrwałość i współpraca ludzi. A przecież wydawało się, że to miejsce jest bez szans. 
Nadal jestem pełna obaw... bardzo chcę mu zaufać... w końcu ten głos nigdy mnie nie zawiódł. Mąż i córka przypomnieli mi, że mam w Jeleniej wysiąść na trzecim przystanku. Zapamiętałam już wcześniej jaka to ulica. Mąż się zdziwił, gdy powiedziałam: Obrońców Pokoju. Bo od razu skojarzyłam to z Mostem Pokoju, na którym stałam w wizji na jawie.



wtorek, 5 stycznia 2016

Nocy?

Słucham na dobry początek dnia, a może nocy?: 
https://www.youtube.com/watch?v=hI_XWQU8YF8

Żałoba

Przeczytałam w Spektrum der Wissenschaft artykuł na temat żałoby, przeżywania jej... Coś zwróciło moją uwagę. Taki ukryty sens w zdaniu... i  moje niedowierzanie. ...chodziło o to, że naukowcy doszli do wniosku, że żałoba wywołuje u niektórych aktywację centrum nagrody w mózgu. Czysta perwersja? Co to ma być?. Kompensacja? Sama nie wiem.... Czy to prawda?... jestem trochę przerażona tym odkryciem. Może chodzi o to, że stan żałoby, smutku po stracie i kultywowanie go sprawia, że stajemy się w pewien sposób zależni od praktykowania go? Zależność... smutne to. Takie... rozpaczliwe... Jakby nie patrząc smutne. Przeczytałam to w biegu, nie wiem czy wrócę do tego tekstu... ale jest we mnie ważne pytanie, a nie znajduje na nie odpowiedzi. Na razie nie znajduję...

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Ptaszki

Sen z 2 na 3 stycznia 2016.
Kolorowy ptaszek
W nocy  miałam wiele snów, ale zapamiętałam tylko ten. Jest wiele ślicznych ptaszków, a mi udaje się jednego złapać. Wszedł do takiego niby domku - maleńkiej budki lęgowej.  Są dwa niewielkie otwory na przestrzał i ja je przytykam dłońmi, a ptaszek zostaje w środku uwięziony. Bez trudu go wyjmuję. Jest ślicznie ubarwiony, trochę jak żołna, 
ale jest mniejszy, bez takiego długiego ogonka i ciemnych barw. Tulę go w dłoniach, całuję,  a jednocześnie boję się, że może tego nie wytrzymać, że to dla niego bardzo stresujące i może przypłacić to życiem. Jest przecież dzikim stworzeniem. Waham się, są we mnie dwie tendencje: zatrzymać ptaszka - oczami wyobraźni widzę klatkę dla niego, albo go wypuścić. Mijają dwie godziny. Pojawia się poczucie winy, w końcu postanawiam zwierzę wypuścić. Otwieram okno, jest noc, ptaszek odzyskuje wolność. Znowu zastanawiam się czy nie był poddany zbyt długiemu stresowi, i czy w nocy da sobie rade, ale zaraz dociera do mnie, że przecież nocą się pojawił, więc da sobie radę, a w naturze zwierzęta są poddawane różnym traumatycznym wydarzeniom i że są dostosowane, to je nie zabija. Co innego gdybym zamknęła ptaszka na długo w klatce. Wtedy pewnie rano leżałby martwy na jej dnie. Czuje ulgę, że jest wszystko z nim w porządku.
Przypomniałam sobie, że w tej mojej Inwentaryzacji jest inny sen, zapisany jako pierwszy:

Tęsknota

I potem - może przede wszystkim potem - będę cię kochał i kiedyś dojdzie między nami do prawdziwych, wyczerpujących wyjaśnień - i wtedy już jakoś dopasujemy się do siebie, zetkniemy właściwymi krawędziami, rozwiążemy łamigłówkę: przeprowadzić z takiego to do takiego to punktu... tak, żeby ani razu... albo - nie odrywając ołówka... albo jeszcze jakoś inaczej... połączymy, przeprowadzimy i powstanie ze mnie i z ciebie ten jedyny w swoim rodzaju nasz wzór, do którego tak tęsknię.

niedziela, 3 stycznia 2016

Sprzymierzeńcy

Czytam książki Alice Miller. O trudnym dzieciństwie, mechanizmach obronnych i o tym jaki to ma wpływ na dorosłe życie i na historię ludzkości. Jest  mowa też o  tym jak ważne jest znalezienie kogoś, kto zrozumie co przeszliśmy i pomoże uporządkować przeszłość. Nazwać sprawy po imieniu. Pomoże uleczyć duszę i zachować w nas to, z czym przyszliśmy na tę Ziemię - zdolnością do miłości do siebie. Autorka nazywa taką osobę empatycznym świadkiem.
Znalazłam sen, nie wiem czyj, ale stanowi jakby symboliczny przekaz, kwintesencję tego o czym Miller pisze.
"Niebo i skały ciągnące się aż po horyzont, a gdzieś na tym pustkowiu
Mały chłopczyk ściskający kurczowo w swoich niewielkich dłoniach, krótką zieloną łodyżkę zakończoną niewielkim pąkiem. Gdy otworzył dłoń i spojrzał, jedyną jego myślą było skąd wziąć wodę. Zaczął iść przed siebie w nadziei, że jednak znajdzie wodę pośród tej skalistej pustyni i uda mu się uratować Kwiat.
W pewnej odległości pomiędzy skałami, dostrzegł kilka kropel, które były ułożone wzdłuż ścieżki. Podbiegł do nich, nachylił nad nimi jeszcze zieloną łodyżkę, a mały pączek wypił tych kilka życiodajnych kropel. Potrzeba było więcej, a przeciwności narastały, pojawiły się toczące brunatne kule, które chciały zrobić wszystko aby przeszkodzić chłopcu.
W tym momencie okazało się że nie jest sam i znikąd pojawili się sprzymierzeńcy, stanęli na drodze przeciwników i walczyli z nimi, by nasz bohater mógł iść dalej. Jeszcze kilka razy napotkał niewielkie skupiska kropel, dodawało mu to otuchy że jednak się uda. Kule robiły co mogły, ale nie na wiele im się to zdało, chłopiec dziwił się że ktoś mu pomaga, że nie jest sam i może liczyć na tak ogromną pomoc.
Gdy doszedł do niewielkiego wzniesienia, znalazł tam kolejną oazę kropel, nagle stał się mały cud, Kwiat gwałtownie zaczął rosnąć i rozkwitać. Pełen kolorów, błyszczący od kropel wody, był niczym esencją życia pośród pustynnych skał.
Tu też pojawiły się nieoczekiwane podpowiedzi, chłopiec nauczył się jak pielęgnować Kwiat i że powinien zaprzyjaźnić się z Pszczołą.
Chłopiec wciąż uczy się nowych rzeczy…"


Powtórka czyli senna pomoc


Jeszcze w starym roku w sylwestra postanowiłam pozałatwiać różne swoje sprawy. Trzeba przyznać, że poszłam kompletnie nieprzygotowana. U lekarza rehabilitanta okazało się, że nie mam przy sobie ani skierowania (czekałam na wizytę pół roku), ani ostatniego zdjęcia rentgenowskiego na płytce zrobionego już po operacji. Pani doktor popatrzyła na mnie  i powiedziała, że bez skierowania nie przyjmie i niech poszukam w przyniesionej dokumentacji. Płytka została w domu przy kompie, a skierowanie w przezroczystej koszulce na łóżku. Na szczęście lekarz, który wypisywał mnie ze szpitala, dał mi cały komplet różnych skierowań między którymi było też skierowanie do poradni rehabilitacyjnej. Miałam też zdjęcie na papierze z tymi stabilizatorami, więc pani doktor mogła zobaczyć co było przed. Ponieważ powiedziałam, że za kilka dni wyjeżdżam do Wlenia, to wyznaczyła mi wizytę po moim powrocie i wtedy zdecyduje co do dalszych zabiegów. Pocieszyła mnie, że ta opuchlizna jeszcze zejdzie. No i jeszcze wspomniała, że ta moja tarczyca i moja nadwaga nie pomagają, na co ja, że to bardzo miłe z jej strony nazywać moją otyłość nadwagą. A wtedy spojrzała na mnie i zdecydowanym głosem oświadczyła: No, bez przesady!
Trzeba przyznać, że jej "nadwaga" była zdecydowanie pokaźniejsza od mojej.
Potem poszłam za ciosem w tym całym załatwianiu i pojechałam do przyszpitalnej poradni ortopedycznej, bo lekarz wystawiający mi skierowanie czegoś tam nie wpisał.  Udało się bez rejestracji i kolejki. Wpisał, a potem spojrzał na to skierowanie. Niewielki papier, na którym naniósł kolejną poprawkę, bo trzeba było zmienić datę - pieczątka i podpis, dwu kostkowe złamanie zamienić na trój kostkowe - pieczątka i podpis,  i dopisać oddział dzienny- znów pieczątka i podpis. Mam nadzieję, że teraz już będzie dobrze, a jak coś to zobaczymy się w Nowym Roku. I uśmiechnął się od ucha do ucha jak kot z "Alicji w krainie czarów".
Ciutkę mnie ten jego uśmiech prześladuje...
No a potem postanowiłam zawieść kolejne skierowanie do sanatorium do NFZ. Tutaj mąż popisał się refleksem, bo zanim dopytałam się w informacji gdzie, co i jak, on już dzierżył w przedniej łapce numerek do pokoju 21. Za chwilę weszłam, a miła młoda kobieta, zapytała kiedy i gdzie chcę jechać. I tu okazało się, że znowu  jestem nieprzygotowana tym razem na pytania. Wpierw powiedziałam, że jak będzie ciepło, to ona: czerwiec? lipiec? sierpień? To w lecie też są sanatoria? - pomyślałam jak ta głupia. I jeszcze pomyślałam, że w sierpniu córa będzie już po obronie pracy. Zatem stanęło, że sierpień. Gdzie? Wyszeptałam: nad morze. -Dobrze, Kołobrzeg mamy w ofercie. I już widziałam siebie spacerującą po ciepłym nadmorskim piasku, kiedy głos wewnętrzny szepnął: pamiętaj! - Ciechocinek. Więc ja, że może Ciechocinek, bo basen, okłady z borowiny, solankowe kąpiele i....  to już pomyślałam: i sen-drogopwskaz.
Dzisiaj mija druga rocznica śmierci Widuna. Jego blog dalej fruwa w internetowej przestrzeni, ale ja na wszelki wypadek nie będę linkować, tylko  zamieszczę sobie raz jeszcze Widuna sen i naszą wymianę myśli sprzed równo 8 lat.

Widun:
 ...śnił mi się Ciechocinek, uzdrowisko znane mi tylko z nazwy i z wielu opowiadań zachwyconej solną kuracją ciotki. Nie mam solonego pojęcia w jakim celu tam sennie powędrowałem, ale chyba wolno mi pofantazjować na ten temat. Po mieście oprowadzała mnie nieznajoma kobieta, która opisywała zalety uzdrowiska, ale ostrzegła mnie, że jeśli nie nazywam się Ciechociński, to nie mam wielkich szans na znalezienie miejsca dla siebie. „Każdy kto tu przychodzi na leczenie ma takie nazwisko,” dodała z uśmiechem. Moja przewodniczka nie zabrała mnie do jaskini solnej, gdzie mógłbym poddać się speleoterapii, oddychając solnym aerozolem , co by z pewnością pomogło moim biednym oskrzelom. Czy mój senny „ciechocinek” był ostrzeżeniem, że mój organizm domaga się soli? A może mój anioł-dozorca zaprowadził mnie na kurację do jednego z tych rajskich ciechocinków? Na wszelki wypadek przeszukałem zasoby gugla i znalazłem dwie pięknie brzmiące rośliny z parku w Ciechocinie: miłorząb dwuklapowy i soliród zielny. Ten pierwszy budzi we mnie różne niecne skojarzenia i pomysły, ale soliród surowo ostrzega przed nadużywaniem miłorząbu, zwłaszcza w dwuklapowej wersji. W pobliżu Wzgórza Pierwiosnków rośnie ten pięknie zwany miłorząb, którego dziwne liście nawet sobie zasuszyłem. Anglicy nazywają to drzewo gingko biloba – jest to gatunek jednego z najstarszych gatunków drzew, które zadrzewiały ziemię 260 mil. lat temu. Na wszelki wypadek wsypię dziś do kąpieli dwuklapową dozę soli mineralnej i włożę pod poduszkę liść miłorząbu. Wprawdzie nie z Ciechocinka, ale liczą się dobre zamiary, nie?

02.12.2008
ja:
Hm… to oczywiście Twój sen, ale… opowiadając go światu niejako staje się on wszystkich, zresztą sny tak naprawdę nie mają właścicieli…:) Może takie moje skojarzenie. Ta kobieta zwraca uwagę na nazwisko czyli też nazwę, coś do czegoś musi pasować. Ciechocinek to dla mnie uzdrowisko, takie pierwsze co przychodzi mi do głowy. A oto co znalazłam o pewnej nazwie wsi Ciechr, cytuję: Po raz pierwszy z nazwą tej miejscowości spotykamy się w dokumencie królewskim Bolesława Śmiałego wystawionym dla klasztoru benedyktynów w Mogilnie z roku 1065. Nazwa wsi zapisana została w języku staropolskim, Cechre. Jak łatwo zauważyć współczesny zapis tej nazwy nie uległ daleko idącym przeobrażeniom. Pomiędzy pierwszymi dwoma literami przybyło "i" a końcową literę "e" zastąpiono literą z. Tak, więc współcześnie zapisujemy tą nazwę w formie Ciechrz.
Poszukując etymologicznego znaczenia tego słowa znajdujemy je w wyrazie "cieszyć" i wywodzącym się z niego wyrazie pocieszać, od nich ciecha jako człon wyrazów pociecha, uciecha, z kolei dalsze wywodzące się z nich słowa to ucieszny, cieszyciel, czyli dzisiejszy pocieszyciel. Człon nazewniczy ciech - znajdujemy w imiennictwie, czyli imionach takich jak Wojciech, Sieciech, z którego Szwieciech – Wszeciech, czy nazwach miejscowych: Ciechanowiec, Ciechanów, Ciechocin, Ciechocinek, Cieszyn, w końcu i nasz Ciechrz. Zdawałoby się, że na tym można byłoby już zakończyć wywód nazwy miejscowej Ciechrz, gdyby nie ten pierwszy zapis z 1065 r. Cechre, który zdaje się odnosić do słowa Cech – "kompania (rzemieślników)", z niemieckiego Zeche, słowo również znaczące tyle samo, co "kompania". Dlatego też tą pierwotną nazwę należałoby odnieś właśnie do słowa Cech, czyli do określenia grupy mieszkańców pierwotnej osady Ciechrz, zajmującej się jakąś dziś bliżej nieznaną czynnością zawodową świadczoną na rzecz grodu książęcego lub pobliskich grodów, granicznego w Rzadkwinie (Rodequino) i zaporowego dla Kruszwicy w Stodolsku (Stodólnie).
Pomijając zmiany w pisowni przyjmijmy nazwę miejscową Ciechrz jako tą wywodzącą się od słowa Ciecha, czyli miejsca radosnego zamieszkałego przez takąż ludność.
Hm… Stefanie, czy chodzi o osoby, które potrafią się cieszyć życiem i współpracować. To wtedy powstaje uzdrawianie? hm… :)))) pozdrawiam ciepło
02.12.2008
Widun:
...wspaniale to zrobiłaś naprowadzając mnie na etymologię senną, co powinienem był zrobić sam, ale jakoś nie przyszło mi do łba. To było pocieszne pocieszenie od moich Przewodników którzy skorzystali z uczynności ezoterycznej gosposi. Przewodniczka we śnie była jasnym symbolem. Nazwisko znaczy że trzeba przestawić Ego na radość, pocieszanie i współpracę z „uzdrowiskiem mądrości ziemskiej - sól jest tu symbolem. Mnie się „Ciecho” kojarzył ze słowem „cichy”, bo ciecha i cisza mają wspólny źródłosłów. Ciepło pozdrawiam w mroźno-słoneczny dzień i dziękuję za senną pomoc.