Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko wewnętrzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko wewnętrzne. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 grudnia 2015

Coś miłego

Termin wyjazdu na rehabilitację już ustalony. 11 stycznia. Zatem już niedługo. Liczyłam, że po wyjęciu tego skupu złomu, będę sprawniejsza. Tak nie jest. Przeliczyłam się. Teraz liczę na rehabilitację.
Myślę nad tą 11- latką ze snu. Jest ze snu, ale istnieje na prawdę, to ona brała udział w konkursie, to ona wygrała tę lalkę. Z tego dziecięcego okresu mam w głowie pustkę, prawie nic nie pamiętam, a na zdjęciach widać zapatrzoną gdzieś, nieobecną dziewczynkę. Z długimi warkoczami, bardzo smutną. Co się wtedy wydarzyło ponad czterdzieści lat temu? Nie pamiętam, mogę się jedynie domyślać, że to coś co zabrało jej dzieciństwo, która ona pragnie odzyskać. Symbolem jest lalka.
No nic, zobaczymy czy te drzwi będę miała odwagę otworzyć i zobaczyć to coś. Teraz trzeba jeszcze wiele zrobić w domu, bo wieczorem przyjeżdża gość, zatem tylko jeszcze wprowadzę tu nastrój świąteczny i coś miłego: 

Zrodzony na sianie, w półmroku stajenki,
śpi w ramionach Marii Jezus malusieńki.
Świętą noc złocista gwiazda opromienia.
Gromadzą się wokół przyjazne stworzenia.
Lulajże Jezuniu snem cichym, szczęśliwym.
Obdarz nas radością i szczęściem prawdziwym.


piątek, 26 grudnia 2014

Strata i prezent

Sen przyśnił mi się jakieś dwa czy trzy dni przed 6 grudnia.W Mikołajki miałam spotkanie z przyjaciółką i kiedy siedziałyśmy przy stoliku w cukierni, opowiedziałam jej ten sen, bo ciągle byłam pod jego wrażeniem. Powiedziała, żebym koniecznie go zapisała, więc teraz to robię.
Moja pracodawczyni znalazła nową opiekunkę dla swojej córeczki. Nie mogłam zrozumieć dlaczego to zrobiła. Nie rozmawiała ze mną w ogóle na ten temat. Było mi bardzo przykro, byłam jeszcze w jej domu i widziałam tak jakoś z daleka małą jak kompletnie nie akceptowała nowej niani. Głośno i rozpaczliwie płakała, a nowa opiekunka była bezradna. Ta decyzja o zwolnieniu mnie nie wiedziałam czym była spowodowana, ale była ze szkodą dla dziecka.
W rzeczywistości w pracy są ze mnie zadowoleni i w żadnym razie nic nie zapowiada bym miała stracić zajęcie, ale... jakiś niepokój we mnie został zasiany. Okazało się, że to nie ja, ale przyjaciółka, której opowiedziałam mój sen, straciła za kilka dni niespodziewanie pracę. I tak jak to było tam pokazane, z wielką stratą dla podopiecznej - chorej, sparaliżowanej starszej kobiety. A ja przed świętami dostałam podziękowania za pracę i prezent. Właśnie  piję sobie z niego herbatkę. 
Zaś moja przyjaciółka teraz jest zadowolona, bo praca była bardzo wyczerpująca ze względu na pracodawczynię i jej okropne zachowania. Nawet nie wiedziała jak bardzo ją ta cała sytuacja wykańcza, dopiero niepójście do pracy spowodowało, że unormowało się u niej ciśnienie i  w ogóle uspokoiła się. A ta pracodawczyni już daje do zrozumienia, że chce powrotu do pracy mojej przyjaciółki, tyle, że ona już nie chce tam wracać.


środa, 23 stycznia 2013

Pajęczynka i zamek

Dwa sny z dwóch ostatnich nocy tu zapisuję. Trzeci sen, nie mój, ale najmłodszego, nie mogę. Opowiedział mi go, ale zastrzegł sobie bym go nie publikowała. Szkoda, bo takiego fantastycznego snu to ja po prostu nie słyszałam. Gotowy materiał na film. Dobry film. 
Obudziłam się w nocy i byłam pod wrażeniem snu i wiedziałam, że muszę sen zapisać, bo rano już nie będę go pamiętała. Wstałam, poszłam do pracowni, wzięłam kartkę i długopis i tak to zapisała.
Sny to delikatna materia. Będę pod wrażeniem tego jak łączą i wykorzystują różne elementy by utkać fantastyczną tkaninę.
Sen o koniach i dziecku.
Miałam konia, inni też. Wiem, że był dyszel. Coś odgradzało ode mnie mojego konia. I spotkaliśmy, bo szłam z grupą, taki opuszczony wóz z koniem. I ten  koń każdego gryzł. I mnie także chciał chwycić zębami, ale mój koń tak się ustawiał, by tamten nie mógł mnie dosięgnąć. Tak ustawiał dyszel by mnie odgrodzić, ale w końcu już nie mógł. Musiałam sobie radzić sama z tym niedobrym koniem. To było bardzo męczące.
Tam (w śnie) była jakaś opowieść o pewnej rodzinie. Oni wywodzili się od kogoś znakomitego. Cały ten ród był właśnie taki znakomity i oni się czuli tacy lepsi od innych. ale ten ród już był bardzo nieliczny. Niknął. A oni się temu dziwili. U nich wybór kandydata czy kandydatki na męża czy żonę poprzedzony był długim przyglądaniem i badaniem tej osoby pod względem tego czy nadaje się, czy może wejść do tego rodu. I to było takie, no właśnie: czysta kalkulacja, ani słowa o uczuciach. Tam w ogóle te uczucia pomijano jako coś zbędnego. I w tym rodzie ktoś był taki zamknięty w sobie, smutny. I było dziecko tej osoby, jasny kilkuletni chłopiec. I chyba rozmawiałam z nim o tym koniu? (nie pamiętam) i on połączył coś w swojej główce i poprosił mnie abym poszła do jego rodzica ( to chyba była matka), powiedział: " Bo dotyk rozprasza smutek". Pomyślałam w śnie, że to dziecko jest bardzo mądre. Te słowa były dla mnie bardzo odkrywcze, że aż się obudziłam. Myślałam o tym złośliwym koniu, że to przez to, że nie był czule dotykany. A potem poczułam, że jak tego snu nie zapiszę, to go po następnym obudzeniu nie będę pamiętała. Że sny są zbudowane z różnej materii. Jedna jest nie do zdarcia, pamięta się sen przez całe życie. Inne są tak delikatne jak pajęczynka i że byle co potrafi ją porwać. Więc trzeba takie sny szybko utrwalać na papierze. Jak zdjęcia.
Ostatniej nocy miałam sen o zamku.
Miałam dom, a raczej go budowałam, bo był częściowo zbudowany. A może raczej to była przebudowa z remontem? W okolicy też ktoś robił to co ja: przebudowywał dom. Ta okolica jest mi znana z realnego świata. I poszłam zobaczyć i byłam i zdziwiona i nie bardzo mi się ten pomysł podobał. Ten ktoś miał spore fundusze. I na dole miał zrobione mieszkanie dla siebie i takie pomieszczenia z grami dla dzieci. Jakieś huśtawki, zjeżdżalnie, pojemniki z piłeczkami. Byłam z najstarszym synem, który w śnie miał 6 lat i był bardzo szczęśliwy, radosny mogąc się tam bawić. Górę tego budynku stanowił zamek. Był z wieloma wieżyczkami i bardzo, bardzo wysoki. Widziałam go z pewnej perspektywy jak niemal sięgał chmur, taki był lekko zamglony. Był taki bajkowy, w pastelowych kolorach: niebieski, kremowy, żółty, różowy. Kolorowy. Wpierw to wydawało mi się takie głupie, nie na miejscu, by dom przerabiać na takie coś, ale potem kilkakrotnie spoglądałam na ten zamek i coraz bardziej mi się podobał.  I wiedziałam, że ten człowiek całkiem dobrze prosperuje. Na dole jest ten niby plac zabaw dla dzieci, który daje profity, a ze szczytu tego zamku rozpościera się piękny widok i dorośli mają z tego frajdę, chętnie wykupują wejściówki by podziwiać  z góry piękną panoramę. W śnie rozmawiałam z synem tego gospodarza. Miał około 20 lat i to on mnie zaprosił.

niedziela, 6 stycznia 2013

Sen z początku roku

To sen najmłodszego, który śnił w nocy  i w sobotni poranek mi sen opowiedział. Takie sny z początku roku czasem niosą przesłanie dla ogółu i myślę, że ten do takich należny.
Był anioł-kobieta. I ona została uwiedziona przez króla diabłów, Szatana. Spędziła z nim noc i zaszła w ciążę. Ta ciąża szybko w niej się rozwijała, dziecko bardzo szybko urosło. Jak się miało urodzić to wszyscy aniołowie chcieli się go pozbyć i stworzyła się grupa, która planowała dziecko zabić zaraz po urodzeniu. Diabły utworzyły swoją grupę by dziecko chronić. Po urodzeniu zajęły się nim. To się działo w świecie ludzi więc diabły i anioły wyglądali jak ludzie. To dziecko to była dziewczynka. Była bardzo podobna do aktorki grającej w filmie "Igrzyska śmierci" (Amandla Stennberg). 
Odbyło się kilka walk między tymi dwoma grupami.
Diabły uczyły dziewczynkę wielu pożyteczny umiejętności jak np. łowienie ryb w wodzie. 
W pewnym momencie jeden z diabłów-mężczyzna, poprosił o spotkanie z jednym z aniołów. Spotykają się na samotnej, piaszczystej plaży, rozmowa jest w cztery oczy. Zjawiają się inne anioły. Przekonuje je o bezsensie tej walki, że mają przecież doczynienia tylko z dzieckiem. Aniołowie w końcu zrozumieli, że ich zachowanie przypomina w tym wszystkim takie jakie przypisuje się diabłom. Postanawiają odpuścić i dać żyć dziewczynce. Wtedy pojawiają się inne diabły, niosą dziewczynkę w poprzek na rękach. I wtedy ten, który rozmawiał z aniołami, mówi że to iż ich przekonał nie ma już znaczenia dla życia dziewczynki, bo ona nie żyje. Dziewczynka uległa wypadkowi - spadła ze schodów i zginęła. Chodzi by anioły zrozumiały, że ich zachowanie nie było właściwe, prowadziło do ogólnej przegranej dla wszystkich. Ja tego, tej rozmowy nie słyszę, bo nie padają żadne słowa, ja to widzę i interpretuję.
Jak na początku tych dwoje rozmawiało na plaży to między nimi w tym piasku był dołek. Ta dziewczynka, jej ciało przybrało formę urny i potem z wielkim namaszczeniem pochowano ją w tym dołku. Po niedługim czasie ten dołek zaczął się zapadać, zapadać i zapadać, a oni po kolei zamieniali się w takie świetliste kule światła i wpadali tam. I wiem, że oni wszyscy poszli do nieba. Jedni i drudzy zostali zbawieni. To co mieli zrobić na ziemi, zrobili i poszli do świata idealnego. Dołek zaś potem "wypluł" kule światła, które zamieniły się w grupę The Rubettes, W tych białych garniturach z czerwonymi chustami na szyli grali i śpiewali "Sugar baby love" a nikogo nie było tylko ja, a były jeszcze dwie kule światła, które zamieniły się w ludzi i ci pierwsi to byli ci co ulepszają świat (było ich znacznie więcej), a ci pozostali (tych dwoje) mogli robić to samo lub też nie, działać na szkodę. Zależy co zrozumieli. I tak jest zawsze, taki proces się powtarza. Tyle, że przedtem grupy były ilościowo podobne, a teraz druga grupa jest znacznie mniejsza.
http://www.youtube.com/watch?NR=1&feature=endscreen&v=0FDYu1gQqms

poniedziałek, 5 listopada 2012

Sahelu

Z badania charakteru pisma podobno grafolodzy potrafią bardzo wiele powiedzieć o osobowości piszącego. Myślę, że o wiele łatwiej dowiedzieć się o osobie z tego nie jak, ale o czym  pisze. Czasem dostrzec można coś bardzo osobistego, co wyraża nie tylko poglądy autora, ale też wskazywać może na głębsze sprawy. Tak też dzieje się przy malowaniu, rzeźbieniu i innej twórczości. Choćby blogowaniu.;))
Kilka dni temu znowu oglądałam "Avatara". Jest obraz i słowa, i oczywiście muzyka. Wróciłam do tego filmu by znowu zachłysnąć się lotem Ikranów. Ni to ptaków ni smoków, fantastycznych stworzeń.
Sam film... cóż z przekazem jakby od 12-latka, ale wart obejrzenia ze względu na piękne obrazy, efekty specjalne. Film oglądałam już bodaj trzeci raz, ale tym razem zanim obejrzałam loty na Ikranach, moją uwagę zwróciło coś innego. Pierwsze spotkanie dwójki głównych bohaterów. Jake - weteran wojenny w ciele avatara i Neytiri- córka wodza plemienia Navi. On w ciężkich tarapatach napadnięty nocą w dżungli przez wygłodniałe stado niby wilków, ona ratuje go, ale jednocześnie zła obarcza WINĄ za zaistniałą sytuację.
I taki dialog:
-Cokolwiek zrobiłem, wybacz.
-Twoja wina, nie musiały ginąć. Twoja wina. TWOJA WINA.

To ja sobie tu wstawię cytat z wypowiedzi Johna Powella:
Z poczucia winy mogą zrodzić się dwie reakcje: frustracja lub zahamowanie. Tak czy inaczej wywołuje ono złość, agresję, żal. Doświadczając poczucia winy człowiek nie rozwija się. Poczucie winy jest ulubionym narzędziem tych, którzy chcą tobą manipulować, rządzić. Poczucie winy nie zmienia jednostki. Uniemożliwia jej oderwanie się od wcześniej zajmowanej postawy. 
A do tego reprezentantka Navi dodaje wielokrotnie:
-Jesteś jak dziecko: hałaśliwe i niepoprawne. (...)
-Ale jesteś głupi, jak dziecko.
-Jesteś jak dziecko.

Uważam, że ktoś kto nie ceni dzieci, kto ma do nich niechęć, ma problem. Bo to oznacza, że nie akceptuje jakiejś części siebie, nie ma z nią kontaktu lub ten kontakt jest zaburzony. Brak zdrowej więzi.
Neytiri staje się nauczycielką Jake. A w nim jest to wszystko co uosabia dziecko: omylność, niedojrzałość, ale i nieograniczona chęć uczenia się, zapał, ciekawość, radość życia, chęć zabawy. I tym zaraża też 
Neytiri. To przy nim zaczyna się śmiać. I kiedy pierwszy raz spotykają się w dżungli i Jake pyta, co spowodowało, że Neytiri przyszła mu z pomocą, ona odpowiada:
-Masz mężne serce. Ale jesteś głupi jak dziecko.
Ja myślę, że on ma jak dziecko czyste serce. Po prostu nie tylko potrafi nawiązać wieź zwaną przez Navi "sahelu" z ogromnym Torukiem,
ale przede wszystkim ma wspaniały kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. I o tym od początku dobrze wie Drzewo Dusz. Ono widzi - I see you, jak mają w zwyczaju witać się Navi. 
hm... A w wiosce Navi nie ma ani jednego dziecka. Ani jednego. I can't see you.  Tylko same dorosłe osoby. Dlaczego Panie Cameron? Bo dzieci są hałaśliwe, głupie i nieznośne...?

sobota, 2 czerwca 2012

W Dzień Dziecka

Skończyłam TEN list. W Dzień Dziecka. A o dziecku w nim przede wszystkim mowa. O mnie. Jutro list trafi do adresata. Zamykam pewien rozdział. I wyjeżdżam nad morze. Wielka Droga przede mną. A potem  już będę oglądać wielką wodę.





sobota, 12 maja 2012

Demon i miłość

Nie zdając sobie sprawy z tego, że nie mamy cienia, ogłaszamy, iż ta część naszej osobowości po prostu nie istnieje. A wówczas część ta przechodzi do królestwa nieistnienia, które w ten sposób się powiększa, przybierając niesamowite rozmiary. Jeśli nie potrafimy przyznać, że posiadamy takie cechy, wówczas po prostu karmimy nimi diabła. Ujmując sprawę w kategoriach medycznych stwierdzamy, że każda właściwość psychiczna posiada pewną wartość energetyczną, jeśli zaś uznajemy, iż wartość taka nie występuje, to zamiast niej pojawia się diabeł. Jeśli przepływającą obok naszego domu rzekę uznajemy za nieistniejącą, wówczas woda zaczyna przeciekać, zalewa nasz ogród, a kamienie i piasek pod naszym domem zaczynają się przemieszczać, podmywając mury. (…).
Jeśli pragniemy pozbyć się nieodpowiadających nam cech w ten sposób, że po prostu im zaprzeczymy, wówczas znika nasza świadomość tego, kim właściwie jesteśmy; własnymi ustami stwierdzamy, że nasze istnienie zanika, a diabły, które karmimy własną krwią, coraz bardziej obrastają w sadło.
Objaśnia Jung – Analiza marzeń sennych, seminaria 1928-1930
To tyle Jung, a w "Tybetańskiej księdze życia i umierania"   Sogial Rinpocze przytacza słowa Szantidewy i pisze dalej:
Skoro wszelkie zło,
Lęki i cierpienia tego świata
Wyrastają z lgnięcia do własnego ja,
Na cóż mi ów wielki demon?
 "Wtedy zrodzi się w nas postanowienie, by demona tego, naszego największego wroga, zniszczy. Wraz z jego śmiercią znikną wszystkie przyczyny cierpienia i rozbłyśnie nasza prawdziwa natura- w całym przepychu swej przestrzeni i dynamicznej szczodrości. Nie ma większego sojusznika w walce ze śmiertelnym wrogiem lgnięcia do własnego ja niż praktyka współczucia".
 Tia..... No właśnie: na cóż ten wielki demon? t A tak w ogóle to demon źle się kojarzy, a anioł? Może ten demon to ten sam anioł tylko wściekły? W szale? Bez rozeznania? Działający na oślep? 
To może  współczucie dla tego diabła, od tego zacząć. Jeśli już tak ćwiczyć się w tej miłości;). A konkretnie to :
Poznać i zrozumie, a nie walczyć i niszczyć. Wtedy może całkiem ciekawej odpowiedzi się człowiek doczeka, na to pytanie: Na cóż mi ten wielki demon?:)
Przypomnę sen Kamila:
Sen o pięknym koniu

Byłem zwierzęciem. Byliśmy my, czyli zwierzęta na wolności. Było nas dużo różnych gatunków. Bardzo długo tak żyliśmy. Nagle przyjechali ludzie i zaczęli nas dawać do klatek. Były one ułożone jedna na drugiej.  I ja byłem w klatce z moją rodziną. Nie byliśmy wtedy jednym gatunkiem. Byliśmy różni. Mieliśmy najmłodszego braciszka i to był chyba miś. I mama spytała się tych ludzi, czy może zejść po tych klatkach, bo musi się napić. I pozwolono jej. Naprawdę ona chciała uciec. Ale nie sama. Wzięła nas i zaczęliśmy schodzić. Klatki były na świeżym powietrzu. Ale coś się działo, nie wiem co i musieliśmy wrócić. Weszliśmy z powrotem do klatek. Mama chciała  pójść z innej strony, ale było zbyt stromo. Tu pojawił mi się obraz, że jesteśmy żółwiami i stoimy jeden na drugim. Mama powiedziała, że to jest zbyt ryzykowne i mały nie chciał iść. Wszystkich nie mogła wziąć i poszliśmy w trójkę, jak te żółwiki piętrowo na mamie, a najmłodszy został. To była prawdziwa ucieczka. Większość zwierząt uciekła, część została.

Uciekliśmy na działki, ale były dzikie, opuszczone przez ludzi. Opuścili ten teren, wygnani przez tych, co wcześniej nas złapali. Byliśmy tam kilka lat. Papugi powiedziały mi o skarbie, który jest w takim starym zameczku, zarośniętym jak w dżungli. Przyszedł do mnie pewien mężczyzna i chciał żebym mu pomógł zdobyć ten skarb. Ja się zgodziłem i znaleźliśmy ten skarb. Nagle zrozumiałem, że coś jest bardzo niebezpiecznego w tym domu i uciekłem zostawiając tego człowieka. Ten mężczyzna już stamtąd nie wyszedł. To chyba była pułapka.

Przeżyliśmy parę lat na tych działkach i postanowiliśmy wrócić. Coraz mniej przypominaliśmy zwierzęta, a coraz bardziej ludzi. Wróciliśmy do tych klatek, ale nie byliśmy w klatkach. Nie miałem żadnego uczucia, po prostu znudziło się nam i postanowiliśmy wrócić. Inne zwierzęta też wracały. Te zwierzęta, co nie uciekły i były w klatkach, zostały sprzedane. I zostało tylko jedno zwierzę. Nikt go nie chciał kupić. To był właśnie nasz brat. Był to piękny czarny koń z piękną grzywą. Był dziki. Był naszym bratem, ale o tym nie wiedział.  Ludzie go zwali Błyskawicą. Był piękny, ale nie dał się oswoić. Tylko ja pamiętałem i wiedziałem, że to nasz brat. Miałem wyrzuty sumienia, że go zostawiliśmy.
I cudowny sen, którym na komentarzu podzieliła się ze wszystkimi Kundzia:
kiedy przeczytalam Twój wpis, nie wiedziec czemu przypomniał mi się jeden sen: jestem w swoim mieszkaniu i szukam czegoś czym będę mogła się bronic przed BESTIĄ. Czekałąm na tę niby bestię wiedziałam ze się zbliza kiedy się pojawiła, najpierw gonił(a) mnie po domu.Chowałam się w róznych miejscach dziwnych, az postanowiłam uciec na balkon, na przeciwko stoi blok tez z balkonami, wtedy ku mojemu zdumieniu zauwazyłam ze neimal na kazdym balkonie siedzi oswojone stworzenie-smok, włochacz czy wilkołak, ludzie stawiali im miski z woda i jedzeniem, ktos swojego potwora czesał, a kto inny uczył go podawac łapę....byłam zszkokowana i zaskoczona, obudziłąm sie w momencie gdy otwierały się drzwi balkonu. Wstyd się przyznac ale oglądając trenera smoków miałam w niektórych momentach łzy w oczach.
Pozdrawiam Cię Mirabelko...przesyłam całuski i światełko.

~Kundzia (kolowa pucharow), 2010-06-14 07:46
Ostatnio wyjechałam za miasto z mężem i najmłodszym synem. Pogoda dopisała i atmosfera też. Miałam ze sobą książkę Hanny Krall. Zapytałam czy mogę im przeczytać "Dybuka", a potem spytałam syna co myśli o naszym dawnym spotkaniu z dybukiem. Trzeba przyznać, że od kilku lat syn odciął się od pewnych spraw i odnosiłam wrażenie, że nie chce o tym rozmawiać, bo ani nie podejmował sam rozmów, a ewentualne ignorował. Tym razem jednak odrzekł, że praktycznie nic nie pamięta i żebym przypomniała mu, co wtedy się wydarzyło... Słuchał z zainteresowaniem, czasem coś, jakiś urywek sobie przypominał, czasem było to jedynie uczucie, a gdy w pewnym momencie przerwałam opowieść, bo akurat trzeba było zająć się zdejmowaniem upieczonych kiełbasek z ogniska, ze zniecierpliwieniem oczekiwał na ciąg dalszy historii. Gdy skończyłam i powiedziałam, że chciałabym to opublikować na blogu, ale się waham, bo sprawa jest i delikatna, i dotyczy wielu osób. Odrzekł, że najlepiej byłoby, abym napisała o tym książkę, a on chętnie ją zilustruje. Dawno o tym myślałam, a Canada w piękny sposób zainspirowała mnie do tego, dowodząc niezbicie, że pomysł mama pisze a dziecko ilustruje potrafi się wspaniale sprawdzić. Ale dla mnie w tym wszystkim najważniejsze było, że syn się otwarł, że reakcja męża już nie była taka jak dawniej. Była ciekawość. Pojawiło się zrozumienie, ufność, aprobata. Strach i niechęć gdzieś znikły. Fajnie…Po prostu fajnie. Rozmawiałam potem o dziecku wewnętrznym, które zamieszkuje splot słoneczny, a potem o mieszkańcu czakry korzenia, którego najczęściej widzi się pod postacią zwierzęcia: psa, konia, ptaka, węża, jaszczurki itd. 
I spytałam Kamila czy pamięta jak z tymi istotami rozmawiał, jak je malował? Pamiętał niektóre wydarzenia, choć upłynęło sporo czasu. Szczególnie jeden z tych demonów utkwił w jego i mojej pamięci, miał na imię Pik. Polubiłam go choć z początku było bardzo trudno, bardzo. Jest taka scena w Avatarze, gdy Jake Sully ma na Pandorze jako avatar dosiąść ni to ptaka ni smoka. Pyta jak pozna, który to jego. Dostaje odpowiedź, że to ten, który zechce go zabić. Tak właśnie jest z demonami, że początki znajomości są bardzo trudne. Mojego demona  Kamil kiedyś narysował. Przypominał ptaka, choć skrzydła nie pozwalały wznieś mu się w powietrze, to jednak nawet spadając z największej wysokość nigdy nie doznawał uszczerbku, a umiał sobie poradzić. Wtedy okazywało się, że potrafi posłużyć się skrzydłami. Czasem wyobrażam go sobie pod postacią konia. Albo psa.
Jest nieufny, bardzo łatwo go zranić, ale kiedy w końcu uwierzy i zaufa jest najradośniejszą istotą na świecie.  
Kiedy współgra czakra korzenia i splotu słonecznego to wspaniale zaczyna funkcjonować czakra sakralna i wtedy człowiek staje się pełen twórczych możliwości. A pomarańczowy to wszak kolor przyjaźni.
W starym czasopiśmie National Geographic przeczytałam krótki artykuł, który chyba najlepiej oddaje idee tego jak czuję to wszystko. Otóż jest dziki koń mongolski zwany takhi, który praktycznie wyginął w 1969 roku. To inaczej koń Przewalskiego, jedyny dziko żyjący koń. Władze Mongolii objęły ochroną takhi. We współpracy z ogrodami zoologicznymi na świecie udało się odbudować populację tych zwierząt. W 1992 wypuszczono około 200 osobników na wolność. Jeden z członków Międzynarodowej Grupy Miłośników Koni Przewalskiego mówi: To zdumiewające, jak szybko się adoptują. Pierwsza zima była surowa, mimo to poprawił się wygląd zwierząt. To prawdziwe święto, kiedy wypuszczamy je na wolność. Każdy chce być tym, który otwiera im bramę.
Charles C. Finn - Nie pozwól abym cię zwiódł

Nie pozwól abym cię zwiódł
Niech nie zwiedzie cię moja twarz.
Noszę bowiem tysiąc masek - masek, których boję się zdjąć,
a żadna z nich nie jest mną.

Udawanie jest sztuką, która stała się moją drugą naturą.
Ale ty nie daj się oszukać.
Zaklinam cię na Boga, nie pozwól się oszukać.


Sprawiam wrażenie, że jestem pewny siebie,
Że jestem radosny i nie mam problemów,
Ani na zewnątrz, ani w środku mnie,
Że pewnoć siebie jest moim imieniem, a opanowanie moją zabawą,
Że wody są spokojne, a ja panuję nad wszystkim
I że nikogo nie potrzebuję.

Ale nie wierz mi, proszę.
Z wierzchu moja dusza wydaje się gładka,
ale ta powierzchnia jest moją maską,
która wciąż się zmienia i bezustannie skrywa wnętrze.

W środku jednak nie ma ukojenia.
W środku ukrywa się mój umysł - zagubiony, zalękły, samotny.
Ale ja to ukrywam.
Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział.
Przeraża mnie myśl, że moja bezsiła i strach zostaną odkryte.

To dlatego szaleńczo tworzę swoje maski by się za nimi skryć;
Nonszalancka, wymyślna fasada,
Która pomaga mi udawać - chroni mnie przed spojrzeniem,
które Wie.

Ale takie spojrzenie jest moim wybawieniem.
Moim jedynym wybawieniem. I gdzieś, głęboko, ja to wiem.
Jest tak, jeśli podąża za tym akceptacja, jeśli podąża za tym miłość.

To jest jedyna rzecz, która upewni mnie w tym,
w czym ja upewniam siebie -
Że jestem czegoś wart.

Ale ja tobie tego nie mówię. Nie śmiem. Obawiam się tego.
Obawiam się, że z twoim spojrzeniem nie przyjdzie akceptacja i miłość.
Boję się, że będziesz mi miała za złe, że będziesz się ze mnie śmiać,
I że zobaczysz moje wnętrze i mnie odrzucisz.
Tak więc gram moją grę - w desperacji.
Z maską pewności siebie na zewnątrz i drżącym dziecięciem wewnątrz.

I tak zaczyna się parada masek, a moje życie staje się linią frontu.
Mówię do ciebie o niczym, słodkim tonem płytkiej pogawędki.
Mówię wszystko, ale to wszystko jest niczym,
Gdyż nie mówię nic, co byłoby wszystkim,
Nie mówię o tym, jak coś wewnątrz mnie roni łzy;
Więc kiedy zaczynam moją grę, nie daj się oszukać moim słowom.
Posłuchaj uważnie i spróbuj usłyszeć to, czego nie mówię.
Co chciałbym być w mocy powiedzieć,
Co muszę powiedzieć, aby przetrwać, ale powiedzieć nie mogę.
Nie chcę się ukrywać, naprawdę!
Nie chcę tej gry zewnętrznych złudzeń, którą gram - gry pozowania.

Chciałbym raczej być szczery i spontaniczny - być sobą,
Ale musisz mi pomóc. Musisz wyciągnąć do mnie rękę,
Nawet jeśli zdaje ci się, że to jest ostatnia rzecz jaką chcę.
Tylko ty możesz zerwać z moich oczu
tą zabójczą kurtynę duszącej śmierci.
Tylko ty możesz przywołać mnie do życia.

Za każdym razem kiedy próbujesz zrozumieć,
i dlatego że naprawdę tak chcesz,
Mojemu sercu rosną skrzydła - bardzo małe skrzydła,
kruche, ale jednak skrzydła.
Z twoją czułością i współczuciem i twoją mocą zrozumienia
Możesz tchnąć we mnie życie.
Chcę żebyś to wiedziała.
Chcę żebyś wiedziała jak jesteś dla mnie ważna,
Jak możesz, jeśli zechcesz, być stwórcą osoby, którą jestem.


Błagam cię - chciej to zrobić. Tylko ty możesz zburzyć ten mur
Za którym ja drżę; tylko ty możesz zdjąć moją maskę.
Tylko ty możesz uwolnić mnie od mrocznego świata paniki i niepewności,
Od mojej samotnej osoby.
Nie omiń mnie obojętnie.
Proszę... nie omijaj mnie obojętnie.

To nie będzie dla ciebie łatwe;
Długie skazanie na bezwartościowość tworzy grube mury.
Czym bardziej się do mnie przybliżysz,
tym mocniej będę walczyć w zaślepieniu.

Gdyż walczę przeciwko tej samej rzeczy, za którą tęsknię.
Ale mówią, że miłość jest silniejsza nisz mury,
a w tym moja cała nadzieja.
Spróbuj, proszę, zburzyć te mury stanowczymi dłońmi,
Ale muszą być one łagodne,
bo dziecko w środku jest bardzo wrażliwe.


  

sobota, 3 września 2011

Specjalnie dla Jagi

Specjalnie dla Jagi piszę ten post :) Dotyczyć będzie snów, interpretacji i czegoś tam jeszcze, a czego to pewnie się okaże.


A więc wpierw poprzedni post, a w nim sen o fryzurze i lustrze. Jaga pyta: Jaka jest wg Ciebie interpretacja?
Fryzura... a więc włosy. W opowieści o Samsonie włosy są źródłem mocy, czym dłuższe tym jest ona większa. Ale w tym śnie nie o taką symbolikę chodzi. Bo w rzeczywistości kiedyś miałam długie włosy, ale w końcu niedobrze się z nimi czułam, ale ze względu nie na siebie, ale czyjeś upodobanie, nie ścinałam ich. Aż pewnego dnia po kłótni, podjęłam decyzję i praktycznie cały czas noszę krótkie włosy, gdy zaś są trochę dłuższe, denerwują mnie, bo są dość grube i sztywne i nie bardzo chcą się układać. Robi się na głowie nieład. Poza tym długie włosy w moim przypadku więcej ważą, a to dla cebulek stanowi obciążenie i osłabienie. A więc odwrotnie jak u Samsona, długie  osłabiają, krótkie wzmacniają:). A tak w ogóle na marginesie, to takie skojarzenie przyszło mi do głowy, że zawiłe problemy życiowe przypominają długie równanie matematyczne. Powinno się je skrócić do najprostszej postaci. Włosy w śnie czasem symbolizują myśli:)
W tym śnie informację o sobie i swoim wyglądzie czerpię z umysłu, bo widzę siebie jedynie oczami wyobraźni. 
Lustro pozwala zobaczyć siebie naprawdę. Tak jest w realnym świecie, a w śnie  lustro symbolizuje  proces stwarzający okazję by siebie prawdziwie poznać. Tutaj dygresja. Moi rodzice bardzo chcieli mieć dziecko. Bardzo. I choć otrzymali to, czego tak bardzo pragnęli, okazało się... no właśnie, zdaje się, że nie poznali się na tym kimś. Tak dalece byli w końcu niezadowoleni, że i dziecku się to udzieliło. A sen pokazuje, że w końcu poznaję prawdziwy obraz siebie, i zaczynam samą siebie darzyć miłością. To bardzo ważny proces, by odrzucić narzucony nam obraz siebie, który jest destrukcyjny dla psychiki.
Przypomniał mi się nie sen, ale wizja mojej przyjaciółki, którą miał kilka lat temu, a dotyczyła mnie. Wizje to takie sny na jawie. A taką otrzymałam od niej:
Widzi mnie w domu, to trochę wygląda jak dom na prerii, coś jak z westernów. W tym domu nie ma światła, mam tylko świeczkę w dłoni. Mój mąż i dzieci mają na twarzach maski i co jakiś czas któreś z nich z tej ciemności wyskakuje i mnie straszy. Postanawiam iść na strych, ale przypominam sobie, że jest tam pełno pajęczyn i od świeczki mogą się one zająć i wywołam pożar, a tego nie chcę. Idę po schodach do sypialni. Siadam przed lustrem i przyglądam się sobie. Potem nagle wyciągam z włosów szpilkę, taką do przytrzymywania fryzury i idę tam, gdzie wiem, że jest skrzynka i korki. Watuję tą szpilką korek, a w całym domu zapalają się światła. Dokładnie widać maski na twarzach moich bliskich. Strach znika.
Lustro-proces pozwala tu znaleźć sposób na rozwiązanie konfliktu. A sposób nosimy w sobie. To świetne ukazanie wewnętrznej mądrości, która zawsze zna rozwiązanie. Wystarczy tylko do niej dotrzeć przez proces samopoznania.

PS.1 Myślę, że  nie bez powodu w moim i Jagi życiu zaistniała sytuacja, że mamy kontakt z małymi dziećmi. To nie tylko świetna okazja by przypomnieć sobie dzieciństwo, nawiązać kontakt z własnym wewnętrznym Dzieckiem, ale poznać też wewnętrznego Rodzica, a co za tym idzie poznanie też procesów wychowawczych jakim byłyśmy same poddawane w dzieciństwie. Zrobienie małego remanentu. Albo jak kto woli inwentaryzacji:)
PS. 2 Wiem, że istnieje w każdym z nas silne tabu by nie mówić źle o rodzicach, ba jest bardzo trudno obiektywnie ich ocenić samemu.  Przypomniało mi się jak kilka lat temu czytałam zwierzenia pewnej internautki o własnym dzieciństwie, która własnych problemów ze zdrowiem zaczęła doszukiwać się w korzeniach, I słusznie. Ciekawe było dla mnie skonfrontowanie jej dorosłej z nią jako dziecko w świadomym śnie. To rozbicie na Dziecko i Rodzic naszego Ja. O ile pamiętam nie bardzo potrafiła się sama ze sobą dogadać. Dziecko było jej dość obce i nie nawiązała z nim kontaktu. Co zaś tyczy rodziców to jej strach przed łamaniem tabu w pewnym momencie był tak duży, że wolała oskarży o własne problemy siebie i innych, ba nawet o to, że pisała o rodzicach źle, także okazało się winą tych innych, co ją do tego, jak tłumaczyła, zmusili. Miałam nawet pewne obawy, czy i ja nie znalazłam się w gronie tych innych.
PS.3 Obiecałam kiedyś Jadze pomóc zinterpretować sen o iguanie, a więc o symbolice snów o jaszczurkach i inszych gadach już kiedy indziej.

piątek, 1 lipca 2011

Zabawa w chowanego

Nie bójmy się tego, który się schował. Ani siebie nawzajem.
                                                                          Muriel Rukeyser

PS.Jutro i pojutrze biorę udział w ustawieniach systemowych. Niech stanie się jasność...

wtorek, 17 maja 2011

Dziękczynienie

Tak sobie myślę, że na jakimś poziomie wszystkie umysły się łączą w jeden UMYSŁ, to sny, choć śnią się każdemu z osobna, gdzieś tam dotyczą wszystkich. I tak się dzieje, gdy opowiadamy komuś sen, albo czyjegoś wysłuchujemy. Na pewnym poziomie staje się on wspólny, choć na innym dotyczy indywidualnie każdego. Ale to jest w tym wszystkim fantastyczne, że snami można się dzielić, a im i tak nic nie ubywa. Wręcz odwrotnie - przybywa. Ważne, by tak się dzielić, jako czymś delikatnym, cennym, wartościowym. Bo takie właśnie są sny.
Dzisiaj już nie mam siły, ani czasu, ale w najbliższym dniach chcę podzielić się z Gosią i innymi tym, co w bardzo dużej mierze dotyczy jej snu o Indiance. Tyle, że u mnie stało się to nie w śnie, a w realu i wywołało stan gdzie albo człowiek decyduje się głęboko zweryfikować wszystko w co do tej pory wierzył, albo ... zwariować. To drugie bodaj jest łatwiejsze. :)) A za możliwość zapoznania się ze snem dziękuję, bo to kolejny dowód na to, że to co kiedyś mnie spotkało jest prawdą, i dziękuję sobie za to, że wtedy zaufałam temu co przeczyło wszystkiemu czego do tej pory mnie uczono.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Skoro przyszedł na to czas

Obejrzałam zdjęcia, na których jestem ja we wczesnym dzieciństwie. Dotarło do mnie, że niektóre fotki mają ponad 50 lat... To takie ćwiczenie, na nawiązanie kontaktu ze samą sobą, dorosłego z dzieckiem, tym którym kiedyś byłam i które nadal jest we mnie. Nie wiem co osiągnęłam, ale właśnie nastawiłam do pieczenia ciasto z wiórkami kokosowymi, miły zapach rozchodzi się po kuchni. I zauważyłam, że śpiewam, a już dawno tego nie robiłam. A śpiewam to:
Dlaczego to...? 

piątek, 12 listopada 2010

Pomoc c.d.

-A możesz narysować jak to zwierzę wygląda?
Dziesięciolatka na skrawku papieru narysowała coś, co przypominało jakby byczka.
-To mi wygląda na jakąś krówkę.
ZARAZ! Olśniło mnie. Najciemniej pod latarnią.
-Róża, czy to jest Thymuline?!
-Tak.
Aż się sobie dziwiłam, że wcześniej nie przyszedł mi do głowy ten lek. Opowiedziałam córce co to takiego. Otóż dla pobudzenia układu odpornościowego stosuje się lek sporządzany z grasic cieląt. Homeopatia wykorzystała ten lek, robiąc z niego właśnie lek homeopatyczny Thymuline.
I tak syn zaczął brać dwa leki, Apis i Thymuline, ale córka czuwała, bo któregoś dnia narysowała mi coś takiego: byczek przeszkadza małej pszczółce w pracy, straszy ją.
-I co teraz?
-Wiesz mamo, jest lek, który pomoże, Kamil będzie brał kolejny, ten trzeci dopilnuje, żeby ten byczek nie przeszkadzał pracować pszczole. Bo Apis to bardzo pracowity lek i dużo robi dobrego dla Kamila, a Thymuline też potrzebna. Ale czasami tak się dzieje, że leki przestają pracować zgodnie.
-Więc co tym razem?
-To też jest lek ze zwierzęcia i już nawet wiem jak się nazywa. To Asteria rubens. (rozgwiazda)
-Asteria rubens?! Ależ Róża, ten lek podaje się w sumie starszym kobietom przy guzach piersi. A Kamil ani kobieta, ani starszy.
-Ale ma piersi, choć nie kobiece.  Mamo zaufaj mi.
-Ufam ci, ale jestem zdziwiona, bo żadna materia medica na takie dolegliwości jak u Kamila nie proponuje tego leku...
-Rozgwiazda będzie byczkowi bronić dostępu do pszczoły, więc będzie mogła spokojnie pracować, a jeszcze do tego ta rozgwiazda będzie wytwarzać taką substancję trującą grzyba. To znaczy dzięki lekowi organizm Kamila sam ją wytworzy.
To mi się bardzo spodobało. A grzyb przestał już być taki miły, teraz milej rozmawiało mi się z synem.
Potem jeszcze dołączył jeden lek: Sulfur jodatum. Po kilku miesiącach grzyb, który czasami nawet klął, a w ogóle to przestał się odzywać, w końcu zaczął pisać testament. Tyle, że oko syna jeszcze nawet po śmierci pasożyta ropiało. Córka wytłumaczyła mi, że po pierwsze to organizm nauczył się wyrzucać toksynę przez to oko, a poza tym ma sporo do zrobienia, bo musi usunąć martwego grzyba. Po niecałym miesiącu faktycznie oczy były zdrowe, ale w sumie leczenie zajęło kilka miesięcy.


 Przypomniałam sobie, że był moment, kiedy grzyb poczuł, że gronkowiec zbyt silnie się namnaża i że mu zagraża, więc zlikwidował bakterie. Gdy pozostał sam na placu boju, okazało się, że jest mu trudniej. Robiąc zaś ostatnio porządki znalazłam jeden z zapisów rozmowy z grzybem, z czasu kiedy już przestawał być miły i zaczął okazywać swoje niezadowolenie. Oto dokładny zapis:
Córka: Witaj
Grzyb: Czego?
C: Chciałam z tobą porozmawiać.
G: No?
C: Dlaczego tutaj jesteś?
G: Nie jestem filozofem.
C: Czy podoba ci się tutaj?
G: A co innego miałbym robić niż tutaj być?
C: Pytam, czy nie masz jakiś zmartwień.
G: Jedzenie. Brak jedzenia. Czy to jakaś głodówka?
C: Czy masz jeszcze jakiś problem?
G: Tak. Ale nie powiem jaki.
C: Powiedz.
G: NIE!
C: No dobra. To papa.
G: Ychy.
Żałuję, że nie znalazłam tych rysuneczków córki z tamtego okresu, bo ten byczek wyszedł jej przezabawnie, gdy tak patrzył spode łba na małą pszczółkę na kwiatku i nastawiał rogi. Wiem, że to gdzieś jest, bo na chwilę wpadło mi w ręce przy porządkach, ale potem znów... przepadło:)

czwartek, 11 listopada 2010

Pomoc

Oto w jaki sposób dziecko wewnętrzne mojej córki pomagało nam na co dzień.
Mój młodszy syn miał wtedy 8 lat (teraz ma prawie szesnaście) i właśnie wtedy od jakiegoś czasu zaczęły ropieć mu oczy. Ropa wydostawała się w miejscach, gdzie rosną rzęsy. Przemywanie niewiele dawało. Syn wyglądał przez to zaropienie tak biednie, niechlujnie, choć nic go nie bolało. Poprosiłam córkę, aby zobaczyła swoim wewnętrznym okiem, co to takiego się dzieje. Orzekła, że w głowie, tuż nad okiem jej brata, wewnątrz, umiejscowił się grzybek. I gronkowiec złocisty. Pokazała palcem to miejsce. Hm... poszłam z dzieckiem do pediatry, który oczywiście przepisał mi antybiotyk. Córka powiedziała, że antybiotyk początkowo pomoże, ale później będzie jeszcze gorzej, bo grzyb chroni gronkowca. Razem współpracują. To pomyślałam, że spróbuję zastosować homeopatię, wtedy już coś się znałam. Wybrałam Mercurius solubilis (rtęć) w niewysokiej potencji. Konsultowałam się z przyjaciółką, która to była moim pierwszym nauczycielem na ścieżkach homeopatii. Któregoś dnia zadzwoniła, informując mnie, że mentalnie przebadała mojego synka i ten grzyb korzeniami sięga dziecku od oka do... śledziony. Oniemiałam. 
Zaraz poprosiłam córkę, nic jej nie mówiąc, aby przyjrzała się bratu i powiedziała mi gdzie kończą się korzenie tego grzybka. Pokazała na sobie tak do pasa. To mnie przeraziło, bo jakoś wcześniej nie docierało do mnie, że to może być taki olbrzym i widziałam to jako coś malutkiego.
Po jakimś czasie podawania Mercuriusa jedno oko było zdrowe, ale to drugie dalej ropiało. Lek co miał zrobić, zrobił. Czas było zastosować coś innego. Sięgnęłam po  lek homeopatyczny Chamomillę (rumianek), bo syn stał się też trochę nerwowy.
Z początku była poprawa. Uspokoił się, ale potem zaczęły się "schody". Po podaniu leku miałam w domu aniołka, a gdy lek przestawał działać, w syna wstępował demon.
Wpadłam na pomysł, aby z pomocą córki i jej dziecka wewnętrznego z tym grzybem porozmawiać. I tu niespodzianka. Prawdziwy dżentelmen. Spokój, opanowanie, dobre maniery. To w pewnym momencie większą przyjemnością było mieć kontakt z tym pasożytem, niż z własnym dzieckiem, które dostawało ataków szału. Spytałam córki co tak naprawdę się dzieje, bo nie rozumiem, wiem tylko, że lek nie działa tak jak bym oczekiwała - albo jest bardzo dobrze, albo bardzo źle z synem. Taka amplituda nas i jego wykańcza. Tym bardziej, że nigdy nie było wcześniej z jego strony takich agresywnych zachowań. Wtedy córka rozrysował mi na kartce co dzieje się w środku ciała jej brata. Otóż można powiedzieć, że grzyb wytworzył taki strumyczek, którym płynie do niego pokarm. Kiedy podawałam Chamomillę, kranik zostawał zamknięty i grzyb był głodny, więc w momencie kiedy lek przestawał działać, grzyb ze zdwojoną mocą domagał się pokarmu. Płyną już nie strumyk do niego, ale strumień. I w krótkim czasie brakowało przede wszystkim witamin z grupy B, a wiadomo, że zapasów organizm z nich nie potrafi robić, więc syna organizm był tych witamin pozbawiony i całkowicie siadał układ nerwowy. I taka wytworzyła się huśtawka. Trzeba było coś zmienić w terapii. Nie można było tego kranika do końca zamykać. Świetnie pasował do mojego syna lek Apis (pszczoła). To z resztą do dziś jest u niego taki lek wiodący. Ale potrzebny był jeszcze jeden. Córka, która prawdę mówiąc nie znała wtedy leków homeopatycznych jeszcze dobrze, podpowiedziała, że to jest lek ze zwierzęcia. Zaczęłam wymieniać: Moschus (piżmowiec), Mephitis (tchórz), Bufo rana (ropucha), Lachesis (grzechotnica-wąż), Asteria rubens (rozgwiazda), Lac caninum (mleko suki) To nie ten. Cantharis (mucha hiszpanska), Sepia, (mątwa) Calcarea carbonica (muszle ostryg). Żaden z nich. W końcu leków pozyskiwanych ze zwierząt jest w homeopatii o wiele mniej niż z roślin, ale nam się nie udawało trafić. Poprosiłam, aby coś bliższego opowiedziała mi o tym zwierzęciu.
-Jak wygląda?
-Ma cztery kopytka.
-Kopytka? To ssak więc... ale...
-Ma też rogi.
-Rogi?

Oczami wyobraźni zobaczyłam jakiegoś egzotycznego jelenia. Boże, nie znam takiego leku, co to może być?!
  

Świat dziecka

Ten świat nie był constans, ale się ciągle zmieniał. Ważne było dosłownie wszystko, imię dziecka wewnętrznego, na jaką zaczyna się literę, data urodzin, jego nazwisko, kolor oczu, włosów, jak wygląda dom, ulubione zwierzę, roślina, na co się uskarża itd. Poznałam wspaniały symboliczny alfabet, który ułatwiał rozszyfrowanie znaczenia naszych imion. I nie tylko. Były dzieci wewnętrzne, których domy były otoczone drutami kolczastymi, które szczuły psami, hodowały nietoperze, ale były też takie, które miały plaże, ocean, zielone trawniki, lasy, które uwielbiały się bawić. Przygoda goniła przygodę. Fantastyczny świat, o którym nie bardzo było komu opowiedzieć, choć zjawiali się i tacy, którzy faktycznie chcieli się coś dowiedzieć o swych dzieciach. Kiedyś młodszy syn mi powiedział, że dziecko wewnętrzne Jezusa to dorosła kobieta. Płeć dziecka była ważna i u człowieka, który był że tak powiem w wewnętrznej harmonii, dziecko wewnętrzne miało płeć odwrotną niż własna człowieka. Z czasem moja wewnętrzna dziewczynka stała się chłopcem. Nie sposób opisać tu tego, co wydarzyło się w przeciągu kilku lat. Pamiętam tę astrolog, która zrobiła horoskop dla córki. Ona właśnie pożyczyła mi książkę o tytule "Boskie dziecko" i wtedy pełniej zrozumiałam z czym mam doczynienia. I że temat jest znany nie tylko mnie. Nie jestem osamotniona.

Kocie drogi

Gdy pierwszy raz rozmawiałam z tym wesołym dzieckiem wewnętrznym to kipiało ono takim entuzjazmem i energią, że aż się ciut przestraszyłam o córkę i zrobiłam przerwę, chcąc by troszkę wyhamowała. Pod wieczór, kiedy kładłam dzieci spać, przyszło mi do głowy, aby córka sprawdziła, czy u jej młodszego brata też jest takie dziecko. Okazało się, że jest. Dziewczynka mieszkająca w ładnym domku z werandą. Towarzyszyły jej zwierzęta leśne: sarny i wiewiórki. Przywitała córkę bardzo serdecznie, przytuliła się do niej mówiąc: kocham cię. Widziałam łzy wzruszenia u córki. 
Zwróciłam się do syna z zapytaniem czy ja też mam dziecko wewnętrzne i czy mógłby to sprawdzić. Syn przez chwilę trzymał ręce nad moim splotem słonecznym, po czym powiedział:
-To dziewczynka, ma domek, ogród pełen kwiatów i wszędzie u niej jest pełno kotów, dużych, małych. I mają różnego koloru futerka.
 -Wiesz, tam w salonie śpi tato, możesz sprawdzić i jego dziecko wewnętrzne?
Syn poszedł, by po chwali wrócić i ze zdziwieniem oświadczyć, że dziecko wewnętrzne mojego męża to chłopiec, ale trudno go zobaczyć, bo skrył się w jaskini, w której z resztą mieszka. I nie ma u niego żadnych zwierząt. On się czegoś boi.
To były pierwsze kroki w stronę jednej z największych przygód mojego życia. Poznałam wiele dzieci wewnętrznych, ich język, który jest językiem snów, bo to one „piszą sny”. Zaczęłam wiele spraw rozumieć, uczyć się diagnozowania zdrowia poprzez dziecko wewnętrzne. Te koty u mojego dziecka wewnętrznego oznaczały symbolicznie chodzenie własnymi drogami.

Pierwsze spotkanie

Leżę grzecznie w łóżku. Znaczy się choruję jak przyzwoity człowiek. Najstarsze dziecię pozwoliło, acz niechętnie,  korzystać z jego laptopa. Zabieram się zatem za porządkowanie wspomnień tych snowych i z jawy, gdzie czasem te ostanie bardziej sen przypominają. Nawet znalazł się ktoś, kto zaczął z wielką energią krucjatę organizować w necie przeciwko mnie i mojej rodzinie, bo w jego ograniczonym racjonalnością umyśle wytresowanym przez "szkiełko i oko", wszystko czego nie widać i czego w szkole nie uczyli, tego nie ma. Gdyby ta osoba miała większą władzę i żylibyśmy w średniowieczu, to teraz ja i moi najbliżsi skwierczelibyśmy na jakimś stosie. Na szczęście czasy inne choć ludzi dalej łatwo podburzać. Poszukałam więc ciszy i schronienia na blogerze. Oby to był dobry wybór, bo nie mam ochoty na powtórne kontakty z tą wichrzycielką:)
  To było wiele lat temu. Zrobiłam pierwszy stopień reiki i to reiki robiłam każdemu, kto tylko chciał. Przeczytałam wtedy książkę Jacka Skarbka i w jednym z rozdziałów było dosłownie na pół strony na temat dziecka wewnętrznego. Autor zachęcał by temu dziecku robić zabiegi reiki. Byłam na etapie eksperymentowania z tą energią, więc któregoś wieczoru zrobiłam taki właśnie zabieg. Córka miała wtedy jakieś dziewięć lat. Był wieczór, leżała na tapczanie, kiedy uniosłam dłonie nad jej brzuchem i poprosiłam o reiki dla jej dziecka wewnętrznego. Energia poszła. W pewnym momencie córka spytała: 
-Mamo, co ty robisz z moim brzuchem?
-Nic, nawet go nie dotykam, a co?
-No bo czuję jak cały się rusza.
Zdziwiłam się, przerwałam zabieg. Nie rozumiałam co mogło się stać, książka o czymś takim w ogóle nie wspominała. Na drugi dzień o coś spytałam córkę, odpowiedziała mi, ale gdy jeszcze o coś spytałam, odpowiedziała tak jakoś sarkastycznie. 
 -Wiesz mamo, ja nie wiem co się stało, ale ja te odpowiedzi widzę jako takie obrazy. Jak pytasz, czy dobrze by było pogłębić znajomość ziół, to ja widzę taką trochę pokraczną babuleńkę jak zbiera te zioła na łące. To znaczy tak, ale to takie... sama przyznasz, trochę złośliwe takie jest.
-Skąd te obrazy płyną do ciebie?

Chwila zastanowienia i…
-Widzę go… to taki niby krasnal, niby gnom.
 Serce zabiło mi mocniej. Pomyślałam: Boże, z czym ma doczynienia moja córka, czego dotykam?! Poczułam niepokój, tym bardziej, że znikąd odpowiedzi. Przemyślałam sprawy, trochę porozmawiałam sama ze sobą. W końcu powiedziałam do córki: 
-Masz jeszcze kontakt z tym gnomem?
-Tak.

Popatrzyłam dziecku w oczy i powiedziałam:
- Przekaż, że choć nie wiem kim jest to go kocham, bo jest częścią ciebie.
W tym momencie oczy córki zrobiły się ogromne, po czym rozpłakała się głośno, zakryła twarz dłońmi, a jej ciałem wstrząsał dreszcz. Kiedy się uspokoiła, powiedziała do mnie:
-Mamo, to nie jest gnom. To… mały chłopiec. 
Ja go nie widziałam, ale ona bez problemów. Tak poznałam pierwsze dziecko wewnętrzne. Chłopiec okazał się bardzo wesoły i miał ogromną chęć pomagania nam, widać też było, że czerpie z tego ogromną satysfakcję. Miał dostęp do zasobów całej wiedzy, do takiej jakby ogromnej biblioteki, a informacje najczęściej przekazywał za pomocą obrazów. Tak zaczęła się też moja znajomość ziół, bo wystarczyło bym pokazała córce jakąś roślinę, a ona bezbłędnie określała jej właściwości. I to często takie, których trudno by było doszukać się w książkach.

środa, 10 listopada 2010

Adopcja

Ze snami jeszcze nie wiem jak będzie na tym blogu, to pewnie one, sny, to ustalą;). Co zaś do pandy, którą adoptowałam, to kilka słów wyjaśnienia. Kiedyś, a konkretnie w połowie sierpnia 2003 roku, miałam sen.
 Córka dostaje  w nim ode mnie trzy pluszowe zabawki, które mają ją chronić od złego, bo wyrusza dokądś. Pamiętam tylko środkowego pluszka. To panda. Dając jej tę zabawkę podkreślam, że to szczególne zwierzę: jest biało-czarne, jak ing i jang. Odżywia się bambusem, a to najsilniej rosnąca trawa. Jest to zwierzę bardzo rzadkie. I do tego jedyny drapieżnik na Ziemi odżywiający się tylko pokarmem roślinnym.
 Kiedy się obudziłam, zapisałam sen, bo był bardzo realistyczny i dużo w nim mówiłam. Dla mnie było zaskoczeniem, że faktycznie połączyłam pewne fakty dotyczące tego zwierzęcia. Córka zapisała nazwę panda pismem dziecka wewnętrznego: jest to ktoś szczery, ufny, który nie stoi w miejscu, jest schronieniem i opieką dla zwierząt.
Mojej adoptowanej pandzie dała na imię Spes, co po łacinie znaczy nadzieja.