Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Bez cięć

Kamil mi to puścił. 
No i jestem pod wrażeniem, że jednym pociągnięciem kamery to się dało zrobić. 
Ach, ta młodzież:)
http://www.youtube.com/watch?v=-zcOFN_VBVo

niedziela, 21 sierpnia 2011

Demoniczność

Pamiętam jak kilka lat temu eksperymentowałam z reiki i przyszło mi na myśl, by Froci zrobić zabieg na jej wewnętrznego, osobistego demona. Tu uwaga, koty z reguły nie lubią by robić im zabiegi, ponieważ same to potrafią. No chyba, że kot jest chory. Wtedy jest szansa. Ale Frocia była wtedy zdrowa. Byłam więc przygotowana na jej niechęć. Ale o dziwo, zareagowała bardzo pozytywnie. Zaczęła namiętnie mruczeć, przytulać się, łasić, słowem była wręcz nienasycona w braniu. I bardzo szczęśliwa.
Opowiedziałam o tym córce. No i postanowiłyśmy eksperyment pociągnąć dalej. Zaproponowałam, by Róża zrobiła reiki demonowi naszego psa - Dobrej. Psy z kolei bardzo lubią by robić im zabiegi, wielokrotnie obserwowałam jaką sprawia im to frajdę.  Ale nigdy nie robiłam tego dla ich wewnętrznego demona. 
Suka akurat wyszła ze swego legowiska. Była jakieś półtora metra od córki, kiedy ta rozpoczęła zabieg. Pies stanął,  zjeżył się, warknął, potem podbiegł, ugryzł Różę i uciekł. A córkę zamurowało, mnie z resztą też. Bo takiej reakcji kompletnie nie przewidziałyśmy. Tym bardziej, że nasz pies nigdy do nikogo z domowników tak się nie zachował, a do tego był z nami od kilku lat, od małego szczeniaka. Tak więc dane nam było poznać demona naszej Dobrej. 
No cóż, przekonałam się z czasem, że wiele osób nosi w sobie podobne demony, które kompletnie nie wierzą w miłość. A kiedy ona ich dotyka, bronią się, kąsając. Ale jako że są ludzkie, nie zębami się posługują, ale słowami. 

demoniczna Frocia

i dobra Dobra

Zerwana nitka

Przekonałam się jak krucha jest moja pamięć o snach. 
Zrobiłam wczoraj porządek w pracowni. Wszędzie było pełno papierów, karteluszek, porozkładanych czasopism, teczek, dokumentów. W zakamarkach zaś panoszył się kurz. Słowem bałagan total. Tylko Froci to nie przeszkadzało.


Potrzeba by było na dokładne uporządkowanie kilka godzin, ale ja dysponowałam niecałą godziną, więc choć kurz zniknął, podłoga czysta, a część papierów znalazła się tak gdzie ich miejsce, reszta, ułożonych w zgrabny stosik, czeka na swoją kolej. I właśnie przy tym porządkowaniu znalazłam zapisaną kartkę z własnym snem, tyle że nie skończyłam tego zapisu i teraz już niczego nie mogę sobie przypomnieć. Nitka się zerwała. A wtedy, gdy zapisywałam, byłam przekonana, że bez problemu wiem co dalej. Coś mi przerwało wtedy pracę i teraz już tego nie dokończę. A to co znalazłam na kartce:
Ktoś, jakaś rodzina, zajmowała się sprzedażą między innymi perfum. Ja sobie przeglądałam ten ich towar. I zwróciłam uwagę na taką sprzedaż wiązaną: dwa flakony takich samych perfum w żółtych flakonikach, a do tego dołączone korale z bursztynu. I to one, te korale, zwróciły moją uwagę. Były bardzo ładne. Zastanawiałam się nad kupnem, ale w końcu zrezygnowałam. Potem widziałam taką scenę:
To było niby w takich slamsach, trudno mi powiedzieć, ale był tam mężczyzna, Hindus. I był z nim chłopiec. To był jego synek i niechcący ten mężczyzna zrobił temu dziecku krzywdę, uderzył go w czoło. Między oczami. Teraz sobie uświadomiłam, pisząc, że to było w miejscu trzeciego oka. Matka chłopca bardzo troskliwie się nim zajmowała. Widziałam to wgniecenie, przez to trochę zniekształcona była twarz dziecka, a ojciec był z boku. Nie chciał się do nich zbliżyć, bo miał ogromne poczucie winy. Transformował je we wrogość do syna. Patrzyłam, obserwowałam i odczuwałam jednocześnie tę ogromną troską matki, jej zaangażowanie, niezłomność. Potem wróciłam do tej familii zajmującej się handlem i chciałam jeszcze...
Tu zapis się urywa. I moja pamięć też.
Sen przypomniał mi pewien obraz widziany na jednym z blogów:

  Gustave Doré (1832-1883) - Les Saltimbanques (Entertainers), 1874 
 
A to o koralach... już kiedyś także w śnie podobały mi się korale, ale były niebieskie. 
Rozumiem, że chodzi o  czakry, splotu słonecznego lub  sakralną, kolor żółty i pomarańczowy, słowem bursztynowy. Jeśli chodzi o połączenie, to sakralna łączy się z czakrą trzeciego oka. To nasza intuicja, nos. 
 Tiaaa...zaczynam sen do mnie przemawiać...no nic, dla kogoś kto sny rozumie, to ja tutaj jestem jakby naga, ale trudno... Z drugiej strony jeśli ktoś rozumie sny, to jednocześnie też rozumie i inne sprawy. I snów nie wykorzystuje by siać zamęt.


 Ostatnie zdjęcie jest z wystawy Harda Wenus
P.S. Pomocny link: 

środa, 17 sierpnia 2011

Matricaria Chamomilla

W pracy czytam małej bajki. Jeszcze nie słucha uważnie, bo po pierwsze ma dopiero skończony rok. A po drugie bardziej interesują ją żywe zwierzęta, niż te narysowane. I prawidłowo, ale bajki mają za zadanie  czegoś uczyć, więc na razie ja się uczę:)
"Nie ma na świecie nic piękniejszego niż mieć przyjaciela. Albo przyjaciółkę. Krecik miał myszkę - Szarusię."
Pewnego dnia Szarusia zachorowała, Krecik wezwał Sowę, a ta orzekła, że "Myszkę wyleczy jedynie kwiat o nazwie Matricaria Chamomilla."
Dla mnie to znajoma nazwa, wszak to rumianek. No ale dla Krecika nie, więc wędruje przez świat, by w końcu wrócić i zerwać zioło na łące przy własnym kopczyku.
Chamomilla pochodzi od słowa chamai - przy ziemi, na ziemi=niski, karłowaty.
Rumiankiem w homeopatii leczy się wybuchy złości, rozdrażnienia. (Dobrze działa  u niemowląt, które boleśnie ząbkują).  Kto ma kontakt z własnym demonem, to wie jak bardzo może się on zezłościć.  (Demony zamieszkują czakrę korzenia, tę najbardziej przy ziemi i która jako jedyna łączy się  z Ziemią).

A Matricaria co oznacza? Pochodzi od słowa matrix=macica. 
To ja sobie tę krecikową bajkę jeszcze dobrze przemyślę, bo coś mi świta, gdy dotykam jej drugiego dna. 

 

Ostrzeżenie przed zimą

Nie daje się zapomnieć. Więc skoro tak, to trzeba go tu umieścić. Choć przyznam się, że "trawiłam" go przez kilka dni. Jaki dać mu tytuł? 
Bury sen?
Jestem w tym śnie na górce, coś jak ta w parku koło mnie. Jest zima, śnieg mokry, ciężki, śliski, brudny. Próbuję wdrapać się na górę, ale nie daję rady. Coraz bardziej się zsuwam. Nawet jak trochę uda mi się wspiąć, to znów śnieg powoduję, że to tracę. Bilans jest ujemny. Koło mnie są mąż i młodszy syn, bardziej ich wyczuwam niż widzę. W pewnym momencie z mojej kieszeni wypada komórka. Chcę ją ratować, ale ona sunie szybko w dół. Widzę jak wpada do wody, a tam jest  taki bardzo stromy brzeg. Widzę tę głębię i to jak ta komórka po tej  stromej, niemal czarnej pochylni zsuwa się i niknie w otchłani zimnej, mrocznej wody. A ja zajęta ratowaniem telefonu sama także jestem prawie  u tej  strasznej wody, z której praktycznie nie ma wyjścia. Jestem przerażona, i  taka osamotniona.  Budzę się. Sen pozostawia takie wrażenie beznadziei, lęku, jest ciężki, szarobury. 
I nieadekwatny  do rzeczywistości, do mojego nastroju.
Śnieg to zima, brak uczuć. Komórka to narzędzie do komunikowania się. Za cenę ratowania jej narażam się bardzo. A pomocy  znikąd. Ten sen to ostrzeżenie. Tak może się stać, i wtedy będzie za późno, nie dam rady. Należy teraz zainwestować czas i energię w  porozumienie. W tworzenie dobrych, głębokich relacji. Inaczej znikną ciepłe uczucia, a stanie się to stać się pewnie musi. Co pokazuje sen.
    

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Boska kicia i boska łza

Jeśli chodzi o koteczkę, to zatelefonowałam do jej nowego domu, by dowiedzieć się czy wszystko z nią o.k. No więc o.k. Usłyszałam jeszcze, że jest boska. W pełni się z tym zgadzam i czuję się usatysfakcjonowana tym stwierdzeniem. Więcej dzwonić nie potrzebuję. Kicia świetnie sobie radzi z wychowywaniem ludzi.


Niedawno Róża właśnie kończyła czytać „Kosiarza” Terry Pratchetta, kiedy zajrzałam jej przez ramię i przeczytałam fragment dialogu Śmierci z panną Flitworth.  

-Ten wielki diament jest trochę ciężki. Chociaż ładny - przyznała niechętnie.-Skąd go wziąłeś?

-OD LUDZI, KTÓRZY WIERZĄ, ŻE TO ŁZA BOGA.

 -A jest nią?

-NIE. BOGOWIE NIGDY NIE PŁACZĄ. TO ZWYKŁY WĘGIEL, PODDANY WYSOKIEJ TEMPERATURZE I CIŚNIENIU. NIC WIĘCEJ.

-Wewnątrz każdej bryły węgla tkwi diament, który czeka, żeby się wydostać. Prawda?

-TAK, PANNO FLITWORTH.

 Myślę, że koty mają tę właściwość, że potrafią z człowieka wydostać to co boskie. Jeśli oczywiście  pozwoli im się na to .

sobota, 6 sierpnia 2011

Kotka i ludzie

Znalazłam dom dla koty. Wczoraj. I to jest bardzo dobra wiadomość. Jestem szczęśliwa. Ta osoba, co wzięła kotkę, też. I myślę, że i zwierzak, bo trafiły mu się bardzo dobre ręce. 
A od początku to było tak:
Pani J.-sąsiadka rodziny, u której pracuje, opiekuje się zgrają takich półdzikich kotów. W połowie maja okociła się jedna z kotek. Pani J. zaczęła zastanawia się jak tu zorganizować dom dla maleństw, bo warunki  to takie nie najlepsze mają: ruchliwa ulica i psy, więc co jakiś czas któryś z kotów znika. A ja się zgodziłam na ewentualne przetrzymanie  małych i poszukanie im domu, bo Pani J. ma psa, który co tu dużo mówić, koty chętnie goni. No, ale kociaki dość dzikie, więc w łapanie to ja się angażować jakoś nie miałam zamiaru. Zostawiłam to Pani J. Dwa tygodnie temu, sobota, siódma rano, komórka dzwoni. Zaspana odbieram:
- Przepraszam, że tak wcześnie dzwonię. Ale mam, udało mi się złapać właśnie jednego, to znaczy miałam dwa, ale jeden mi uciekł. To co, mogę przyjechać?
-Oczywiści, tylko się ubiorę, bo jestem jeszcze w łóżku,  w samych majtka.
-Ja też jestem w samych majtkach - daje się słyszeć obok  zaspany głos mojego męża. 
Ledwo wstałam i się ogarnęłam,a już zabrzęczał domofon.
Kotek pręgowany, mały, brudny i dziki.  Z oczu leci mu ropa. W ogóle to te oczy w strasznym stanie, trzecia powieka napuchnięta, czerwona, niemal do połowy sięgająca oka. No i z nosa cieknie woda. Koci katar. A kociak syczy i prycha. I nie pachnie zbyt ładnie.
Umówiłyśmy się, że Pani J. pokryje koszty leczenia, karmy i piasku, zaś opiekę i poszukanie domu biorę na siebie.
Pojechała, żeby za chwilę wrócić z piaskiem i karmą. Zostawiła też 50 złotych na weterynarza. Za parę godzin miała wyjazd nad morze, więc jeszcze sama musiała się naszykować do podróży. Tymczasem kocię postanowiło wyskoczyć przez lustro, potem schowało się pod łóżkiem Róży. Kiedy udało się córce je złapać, przemyłam mu oczy solą fizjologiczną, zakropiłam kroplami Homeoptic. Próby nakarmienia spełzły na niczym. Otworzyłam puszkę z mlekiem  dla kocich osesków. Kiedy smoczkiem wlewałyśmy ciepłe mleczko do pyszczka jedną stroną, drugą wylatywało. Żadnego odruchu by cokolwiek połknąć. Kiepsko. Weterynarz potrzebny. Zadzwoniłam. 
-Tak, przyjmują w sobotę  do czternastej. W niedzielę nieczynne.
Mamy półtorej godziny, zdążymy. Jest już koszyk do przewozu, bilety na autobus, pieniądze, tylko kociaka... nie ma. Przeszukałyśmy cały pokój.  Może udało mu się wydostać? Niemożliwe, no ale... Szukamy po mieszkaniu, pozostałe dwa pokoje. Kuchnia?  No, ale w końcu nasza kota by syczała, a piesa też szczekaniem dałaby znać. Więc jeszcze raz pokój kociaka. Czas zaczyna przyspieszać, kurczyć się. Robię się nerwowa. Zadzwonić by poczekali? Ale jak, kiedy nie możemy znaleźć pacjenta? No nic, spokojnie. Wiadomo, że już nie zdążymy. Na razie dajemy spokój poszukiwaniom. Jeśli to kot, a to kot, to nie wyparował, znajdzie się, a wizytę przekładamy na poniedziałek. Dla odzyskania równowagi serwujemy sobie małe cappuccino.


Faktycznie nie wyparował.   Znalazł się po kilku godzinach.  Wcisnął się w szparę nad książkami na dolnej półce. Niewidoczny, cichy, zlany z tłem mały kociak.
 Dwa dni nic nie je, nic nie pije. Drugą noc ja śpię w pokoju córki, bo ona jest i zmęczona, i zniechęcona. Kociak budzi w niej raczej uczucie wstrętu niż współczucia. A w nocy cały czas słychać jego miałkopłacz.  Mąż już chce zawieść go skąd został wzięty, ale obie nie zgadzamy się na to. 
W niedzielę wieczorem zaczyna lizać podawane mu mleko. Oczy po śnie ma zaropiałe, sklejone, że jest ślepy póki mu się ich nie przemyje. Podaję mu pierwszy posiłek z whiskasa. Zjada z miseczki. I okazuje się, że bezbłędnie wie do czego służy kuweta. Ale jest apatyczny i bezwolny. Obrał taką taktykę. Postanawiam zwierzątko umyć by zniwelować ten wstrętny zapach. Kompletnie nie protestuje. Może to nie jest dobry pomysł w jego stanie, ale z drugiej strony nawet trudno przytulać takiego "skunksa".  Kąpiel króciutka, ale skutecznie uporała się z zapachem. Wizyty u weterynarza.  Do soboty włącznie jeździmy z kotką  na zastrzyki,  teraz już pewność,  że to ona.. Oczy nabierają blasku, apetyt dopisuje. Świerzb w uszach znika, w płucach też coraz czyściej. Chronimy naszą Frocią przed kontaktem z leczonym kociakiem, bo dla niej mogłoby to okazać się śmiertelne. Ma szesnaście lat i nie wychodzi z domu.
Zastrzyki, zakrapianie oczu, czyszczenie uszu, i spokój przynoszą efekty. Zniknął bezpowrotnie nocny płacz. Koteczka pokazuje swój prawdziwy charakter. Ciekawość, zabawność, gracja, murmurando. I słodkie leniuchowanie. U weterynarza czasem się buntuje, szczególnie Róży się dostało, nosi ślady pogryzień i podrapań. Któregoś dnia, gdy koteczka stoi spokojnie, za nią weterynarz z termometrem, a ten w kociej pupie, i gdy kota odwraca do tyłu główkę, nie wytrzymuję, i mówię w jej imieniu do weterynarza:
-No skoro to już tak wygląda, to możemy przejść na ty
Śmiech.
Córka daje ogłoszenia w necie na kilku portalach. Nic. Rozklejamy na murach ulotki. Telefon. Miła pani, która już miała kotka, znalazła ogłoszenie i chce wsiąść naszego. Umawiamy się na wieczór na ósmą. Jest już po, gdy mija kwadrans, dzwonię. Odbiera, gdy mówię, że w sprawie kotki dzwonię, jej komórka się rozłącza, potem już tylko słychać, że abonent niedostępny. A wcześniej dzwonił chłopak, że chciały wsiąść koteczkę, ale odmówiłam, gdyż miała przyjść ta kobieta. No dobra, po godzinie, kiedy już wiem, że nikt po kota nie przyjedzie, dzwonię do chłopaka. Tak, chce, ale przyjedzie jutro o dwunastej, bo jeszcze musi kupić coś dla kotka. Niech będzie. Dzień rozpołowiony, ale w końcu córka ma wakacje, a kota zaraz będzie miała dom. Dwunasta. Kwadrans po, nikogo. Dzwonię. Nie odbiera telefonu. Za to dzwoni do mnie moja przyjaciółka-wiedźma.
-Jak czujesz tego chłopaka?
-Nieodpowiedzialny małolat.
-A tę kobietę?
-Zobaczyłam taką pindzię z pazurkami.
Dobra, ani małolat, ani pindzia kotki nie dostanie, bo skoro zachowują się tak, gdy wiedzą, że za takie zachowanie nie poniosą odpowiedzialności, to co zrobią z kotem, gdy się znudzi?
Trzeba szukać dalej. Telefony po znajomych, nowe ulotki. 
Telefon. Kobieta. Jej znajomy znalazł ogłoszenie, bo wiedział, że chce kotkę. I  widziała zdjęcia w internecie i że kotka jest  śliczna. I dzwoni, żeby się dowiedzieć czy to jeszcze aktualne.
-Aktualne.
-A czy wolno spytać dlaczego chcę się pozbyć takiego wspaniałego kociaka?
Wolno, więc mówię, że mam już kotkę i po prostu nie chciałabym mieć więcej kotów, bo moja nie bardzo toleruje współbraci, jest zazdrosna. W w głowie konotuję sobie dla tej telefonującej osoby DUŻY plus. Zapisuję jej telefon jako Koteczka pewne. Umawiamy się na drugi dzień na siódmą wieczór. Mówię, że gdyby coś jej wypadło, albo zrezygnowała z adopcji, to proszę o telefon. Kiedy dzwoni o szesnastej, to lekko zamieram w środku, że pewnie odmówi. Nie, tylko pyta czy można spotkanie przesunąć na osiemnastą, bo jest zależna od kogoś jeśli chodzi o transport. Czyli czy można spotkanie przyspieszyć. Oczywiście. Kiedy kończę pracę ciut wcześniej i dojeżdżam do domu, dzwonię, że jeśli chce może przyjechać jeszcze wcześniej. Ona zaś mówi, że przestraszył ją mój telefon, bo myślała, że dzwonię, żeby powiedzieć, że już kotki nie mam. Przyjedzie na pewno, będzie, będzie, na pewno o osiemnastej już będzie.
Osiemnasta, kwadrans po, cisza, dwadzieścia po, nie wytrzymuję, gdy Róża mówi że  to może jakieś fatum. Dzwonię. Jedzie, ale utknęła w korku, czego nie przewidziała. Za dziesięć minut są. Obie młode, wchodzą.  Wita je Frocia. Gdy mówię, że to ten kotek, widzę zdziwienie, śmieję się i wprowadzam do pokoju. Na kanapie leży koteczka. Jest ładniejsza w rzeczywistości niż na zdjęciach. No i jest miłość od pierwszego spojrzenia. Na razie w oczach tej młodej, sympatycznej kobiety. Rozmawiamy, daję kartkę od weterynarza, gdzie są informacje o leczeniu. Jeszcze ostatnie pogłaskanie, ukochana zabaweczka, czyli dwa pomponiki na sznurku ląduje wraz z koteczką w klatce do przewożenia. Za drzwiami, już na schodach kobieta pyta, czy nadałyśmy kotce imię. Róża odpowiada, że nazwała ją Rysia.
Ja szczęśliwa, kobieta szczęśliwa, i kota... jak nie teraz, to na pewno za dni parę.

 Rysia chora

Rysia już zdrowa:


PS. Coś mi się przypomniało, co pisałam dawano temu:

niedziela, 31 lipca 2011

Szukam domu dla kotki

A w domu ciszę przerywa mała rozrabiaka. Tu zostawiam ogłoszenie, może tędy znajdzie się dla niej dom:
Oddam w troskliwe ręce 2,5-miesięczną koteczkę. Przeżyła traumę, gdy jej mama zginęła pod kołami samochodu. Dwa dni nie chciała nic jeść. Na szczęście wróciła do równowagi i dała się poznać jako ciekawskie i towarzyskie zwierzę. Ma apetyt. Korzysta z kuwety. Kontakt:
 mojaskrzynka1960@o2.pl
A oto kicia: 


Jestem, jestem... ukryta między słowami

Jestem, jestem, ale.... Jakoś pisać o tym co u mnie teraz w duszy gra  nie bardzo mam i ochotę, i odwagę. Pewnie to skutek tego co kiedyś mnie spotkało, ale i nałożyły się też sprawy z tu i teraz. Myślałam, że to tylko brak czasu, ale mam urlop, a do pisania mnie nie ciągnie. Zastygam i szybko szukam sobie zastępczego zajęcia.
W domu cisza, spokój. Zaraz idę oglądać film, czuję wręcz przymus, aby właśnie teraz w tym obrazie się zanurzyć. O filmie kiedyś pisałam tu:
 

sobota, 9 lipca 2011

Nitka snu i przygotowania

Zapach kawy z nutką cynamonu. 
Spokój. 
Cisza. 

Złapałam nitkę snu, lekko pociągnęłam i... jest.:) 
Piszę szybko na kartce, potem go tu zostawię, teraz czas się zacząć szykować, bo przyjeżdża moja przyjaciółka. Będzie nocować, (mój mąż tę noc spędza na rybach), więc teraz zakupy (dla męża coś na ognisko, coś dla zwierzaków, a dla nas ciasteczka i owoce), sprzątanie i gotowanie. A na wieczór szykujemy z córką seans filmowy. Róża wybrała: Don Juan De Marco


Będzie romantycznie, refleksyjnie, śmiesznie i słodko... No i na koniec... pogaduchy do poduchy.:)) 


Pogłaskać tego co we mnie

Wstałam wcześnie i byłam cała we śnie, chciałam go zapisać, ale weszłam na czyjś blog, przeczytałam ostatni wpis i zaczęłam pisać komentarz, gdy usłyszałam męża:
-Co tak wcześnie wstałaś?
-Tak jak zawsze.
-Jak skończysz, to przyjdź do pokoju, chciałem pogadać na temat niedzieli. I sprawdź, jak możesz, pogodę na jutro.
Poszłam, jak wróciłam i chciałam sen zapisać, to w głowie miałam kompletną pustkę. Sen się ulotnił z pamięci. We mnie w środku narastała złość, na siebie, na świat. Żal za snem i smutek. I chciałam jeszcze kogoś delikatnie pogłaskać, pocieszyć. Tego co we mnie odczuwał smutek...

niedziela, 3 lipca 2011

Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie...

Jestem po ustawieniach. Duży wysiłek, praca z emocjami wyczerpuje czasem bardzo... 
Słucham na zakończenie dnia
http://www.youtube.com/watch?v=v3yKgJ02PB8&feature=related

Niedosyt

Powiedziała, że możemy mieć sny. Bardzo symboliczne. Nic mi się nie śniło, przynajmniej nic nie pamiętam. Za to wstałam o piątej całkiem wypoczęta, a kładłam się wykończona. Wiem, wiem, że ta piąta dotyczy moich płuc. To smutek. A wyszło to co wyszło. Trauma z pierwszych godzin po urodzeniu. I to, że można było ładnie zaobserwować jak sobie radzę z lękiem. Powiedziała, że widać jaką dużą pracę w życiu wykonałam. Ale ja czuję jakiś niedosyt. 
 Gdzieś mam sny, kiedy byłam na pierwszych ustawieniach jako obserwator. Zaraz poszukam. Są. Z sierpnia 2010.
Cień 
Jestem nago, za taką kurtyną przypominającą bardziej zasłonę. Jest mi tak dobrze, do czasu, gdy jakiś mężczyzna chce mnie zobaczyć, jestem zawstydzona trochę, zawijam się w tą zasłonę, a on woła, że i tak widzi mój cień. Faktycznie, na ścianie można zobaczy mój cień. Mimo, że on ma takie nastawienie bardziej do żartów, ja tak się nie czuję, jestem skrępowana.
Mama
Jestem w kuchni, u siebie, to całkiem nie przypomina mojej kuchni w realu. Jest trochę bałaganu, jest skromnie, szykuję się do moich urodzin czy imienin, jest jakaś moja znajoma. Siedzimy przy stole, gdy nagle wchodzi moja mama z jakąś swoją znajomą. Jest zdenerwowana, pada na kolana przede mną i prosi bym jej wybaczyła, bo teraz już wiem jaką krzywdę mi zrobiła i prosi bym się już na nią nie gniewała. Jest mi bardzo niezręcznie, że tak przede mną klęczy, widzę jej krótkie blond włosy przycięte tak nierówno, jak u lalki, którą bawiło się dziecko. Głaszczę ją po włosach i mówię, żeby zaraz wstała. Głupio mi przed tymi znajomymi. Tak sobie myślę, że coś musiało się stać, że moja matka boi się o siebie. Ona siada przy stole i widać, że zaraz jej znowu wraca to co zawsze - ostentacyjnie zgarnia okruszki ze stołu i widać na jej twarzy ten wyraz dezaprobaty, czyli zobacz jaki to masz bałagan. I wtedy tak sobie myślę, że widać za mało jej tej wody do uszu się nalało, że te przeprosiny i błagania nie wypływają z prawdziwego zrozumienia, a jedynie z tego, by chronić siebie, że trwoga ją do mnie przygnała.
Gdy się budzę, skupiam uwagę na włosach, które kojarzą mi się z wyglądem włosów aktorki w niemym filmie grającej Joannę d'Arc przed egzekucją. 

 Już te sny tu zapisywałam, ale skoro wracają, i znów potrzebuję je tu umieścić, to znaczy...

piątek, 1 lipca 2011

Ruch duszy jest nieomylny

Obraz mówi sam za siebie...
http://www.youtube.com/watch?v=ChS1rwUE1Cc

Zabawa w chowanego

Nie bójmy się tego, który się schował. Ani siebie nawzajem.
                                                                          Muriel Rukeyser

PS.Jutro i pojutrze biorę udział w ustawieniach systemowych. Niech stanie się jasność...

wtorek, 28 czerwca 2011

Lustro

Sen, który opisałam jako ostatni w poprzednim poście. Nie daje mi to spokoju. Mam poczucie winy, jakbym była zbyt oschła, kogoś oskarżała, że nie wykorzystuje swoich talentów, potencjału, tkwi w marazmie. Ale to dotyczy wielu osób, ze mną włącznie. I chodzi tu o złość na samą siebie. Jakbym widziała się w lustrze.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Sny o ciążach, porodach i dzieciach


Cztery sny. Moje. Piąty już nie.

Sen pierwszy

Moja mama i ja jesteśmy w ciąży. Rodzę wcześniej chłopczyka. Nawet go nie widziałam, ale wiem, że to chłopiec, którego oddałam do adopcji. Rodzi moja mama. Robi to bardzo szybko w kuchni. Zdejmuje majtki, kuca, tak jak kobieta do sikania, a za chwilę podciąga majtki i obciąga sukienkę. Poprawia włosy. Ja biorę dziecko i układam się z nim na tapczanie. W dużym pokoju rodziców. Mama jest zadowolona, że ja zajmę się dzieckiem. Ja czuję się szczęśliwa i trochę zmęczona. Ale czuję do tego dziecka wielką miłość. Jest to dziewczynka. Zaczyna do mnie mówić. Dziwię się, bo przecież to niemowlę. Jej twarz jest śliczna i taka dojrzała. Jestem taka szczęśliwa jakbym otrzymała wielki skarb. Tata jest naprzeciwko nas i coś czyta w gazecie. Odsłania ją i zaczyna mówić coś do mnie z pretensjami. Jest mi przykro, bo czuje się też zmęczona. Nic mu nie odpowiadam. Nagle mama bardzo ostro go „ustawia” i staje po mojej stronie. Powoduje to natychmiastową zmianę nastawienia do mnie ze strony ojca. W tym momencie zauważa on dziewczynkę koło mnie. Widzi, że jej oczy i jego są takie same i rozumie, że to jego dziecko. Jest zadowolony, że będę zajmowała się dziewczynką.

Dziecko-chłopiec jest symbolem pewnego pomysłu. Nie realizuję go, ale powierzam komuś innemu. Za to z miłością i zaangażowaniem podejmuję się realizować pomysł mojej mamy. Dla mnie jest wspaniały. Ojciec jest przeciw mnie, mama za, a gdy on dostrzega, że pomysł jest po części też jego, uspakaja się. 
Sen ten można też odczytać na innej płaszczyźnie. Dziecko jest tu pewną schedą po rodzicach, którą ja postanawiam się zająć. Jeden odczyt nie wyklucza drugiego. 

Sen drugi

Kobieta koło 50 lat i mężczyzna też w tym wieku spotykają się. Jest to jakiś plac zabaw czy lunapark. Coś dla dzieci. Spotkanie dwóch osób „po przejściach”. Oni jakby nie wierzyli, że jeszcze coś miłego może ich w życiu spotkać. Nagle okazuje się, że są ze sobą bardzo szczęśliwi. W pewnym momencie czuję, że jestem tą kobietą. Śmieję się i krzyczę ze szczęścia. To trochę jak scena z brzydkiego kaczątka, które stało się łabędziem. Odmłodniałam. Jestem w zaawansowanej ciąży. Wiem, że każde z nas ma jakieś dzieci i teraz czas je sprowadzić. Jednocześnie chcemy wziąć ślub. To już 8 miesiąc ciążyć. Widzę starszego księdza w jakimś budynku. Idę do niego. Staruszek siada na schodach. Mówię, że chcę wziąć ślub. Odpowiada, że chętnie udzieli go, tylko trzeba uzgodnić datę. Pytam, czy coś stoi na przeszkodzie, żeby udzielił nam ślubu teraz. Jest zdziwiony, ale odpowiada, że nie. Mówię, że jeśli jest zmęczony, może siedzieć na tych schodach i udzielić nam tego ślubu siedząc.

Sen dotyczy mnie i mojej przyjaciółki  - ona jest tym mężczyzną. (W śnie chodzi o to, że się uzupełniamy, tworzymy harmonię, że są oba pierwiastki: męski i żeński). Sen zapowiada niespodziewaną i owocną współpracę (ciąża symbolizuje efekt tej współpracy), która da nam szczęście. I to wtedy, gdy już w to obie nie będziemy wierzyć. Pozwoli też nasz pomysł wspomóc ekonomicznie nasze rodziny. Co ciekawe w tym śnie,choć zajmuję się tylko tytułowymi znaczeniami,to ja nigdy nie brałam ślubu kościelnego i do korzystania z jakikolwiek posług kościelnych, sakramentów to mi w realu daleko. Ale w śnie chodzi o związek duchowy, coś ważnego, co należy też przypieczętować. Na trwałe złączyć.

Sen trzeci

Rozmawiam w grupie kobiet. To, z jaką w prawą udaje mi się poprzez uważne słuchanie każdej odkryć z czym ma problemy, daje mi sporą satysfakcję. Jednocześnie uważam, aby żadnej nie urazić i też sama odkrywam własne zahamowania, problemy. Słowem, to te kobiety niejako naprowadzają mnie i pomagają rozwiązać moje wewnętrzne supełki. W pewnym momencie jedna z kobiet znanych mi, zwierza się jak mając męża i czteroletnią córeczkę zdecydowała się na drugie dziecko. Ale „zafundowała” je sobie nie z mężem, tylko z innym mężczyzną. Od momentu poczęcia ciągle się starannie myła, brała prysznice. Chciała być taka czysta. I śniło jej się, że ta córka z małżeństwa wpadła do wody i tonęła. Ale widać, sny się nie sprawdzają, bo nic takiego się nie stało, i tak naprawdę nie ma co w nie wierzyć - o tym mnie przekonuje.

Idziemy grupą. Ja na przedzie pcham wózek, to jest niby to drugie dziecko, ale ja pcham pusty wózek. Jakoś tak wynika, że ja mam się tą młodszą opiekować. Jest nadbrzeże. Droga staje się wąska, z jednej strony wysoki mur, a z drugiej stroma przepaść i głęboka woda. Nagle widzę tę starszą dziewczynkę jak biegnie. Ktoś krzyczy jej imię. Mała mnie mija i taka niezbiegnięta wpada do wody. Jak spławik zanurza się i wypływa. Tonie. Dociera do mnie, że właśnie ten sen się ziszcza. Bez namysłu skaczę w dół, aby ratować dziecko. Mam na sobie ubranie i adidasy. Zdaje sobie sprawę, że to utrudni mi pływanie, ale nie ma czasu na zdejmowanie butów. Każda sekunda jest ważna. Czuję się odpowiedzialna za tą dziewczynkę. Budzę się. Dociera do mnie kto jest jej matką i że dziecko skoczyło, bo podświadomie chciało sprawdzić czy jest kochane.

W tym śnie dzieci są faktycznie dziećmi, niczego nie symbolizują. Chodzi o zobrazowanie pewnej sytuacji by w symboliczny sposób pokazać pewne nieuświadomione dążenia dziecka. No i tego by snom ufać, zawierzyć. Gdyż dzięki nim jesteśmy w stanie coś przewidzieć, przygotować się lub zapobiec.

Sen czwarty

Mam podjąć pracę opiekunki u Katie Holmes i Toma Cruisa w Ameryce. Jestem u nich w domu. Mają dwie dziewczynki, jakieś 2 i 4 latka. Z tą starszą łatwo nawiązuję kontakt. Pokazuje mi, że zepsuła się jej lalka, oderwana jest główka. Widzę wyraźnie lalczyne niebieskie oczy, rude włoski. Współczuję i mówię do dziewczynki, że to się jakoś da naprawić. Młodsza jest nieufna. Wiem, że niełatwo będzie nawiązać z nią kontakt i przełamać lody. Za to Katie okazuje się bardzo miłą, młodą kobietą. Wychodzi też na jaw, że ma polskie korzenie, o czym opinia publiczna nie wie. Mówi bardzo dobrze po polsku. Odczuwam, że jest lekko pogubiona w małżeństwie. Jest szczera, ufna, bezpośrednia, łagodna. Tom wychodzi, gdzieś idzie do jakiejś knajpy, baru(?)


Zastanawiam się, jak to się dzieje, że przecież pracownicy zatrudnieni u ta wysoko postawionych ludzi są siłą rzeczy dopuszczeni do ich sekretów, poufnych spraw i że łatwo o przecieki. Dociera do mnie, że w sytuacji, gdy nie jest się ostrożnym i nie trzyma się dla siebie takich wiadomości, to jest takie niepisane prawo, że nikt już takiej osoby u siebie nie zatrudni. Jest spalona. Wiem, że Katie i Tom chcą mnie zatrudnić, bo jestem w swoim fachu dobra, chcą też abym uczyła ich dzieci języka polskiego. Jednocześnie ja będę się codziennie uczyła angielskiego. Jest już dla mnie miejsce na jakimś kursie.

Zapowiedź przyszłej pracy, to jakie będą dzieci, pracodawcy. Sen wybrał parę wysoko postawioną w hierarchii, symbolizują status społeczny, a dla mnie zawarta jest tam dobra rada. Czyli język za zębami. Co też robię i nie piszę dalej.

Sen piąty, nie jest mój, ale mam zgodę na publikowanie go

Niedawno śniło mi się, że urodziłam dziecko. Nie potrafię jednak interpretować snów, zwłaszcza swoich. Jak napisała kiedyś Kinga w jednym z komentarzy na skasowanym blogu, ciężko jest być własnym psychoanalitykiem. Pewne sny jednak pozostawiają w moim umyśle trwały ślad. Tak jak rzeczony sen o dziecku. Śniło mi się, że byłam w ciąży i urodziłam dziecko. Byłam na to kompletnie nieprzygotowana, nie miałam dla niego ubranek, pieluszek ani mleka. Nie wiedziałam co mam zrobić byłam kompletnie zaskoczona tym faktem, poród przebiegł jednak niesłychanie lekko. Pozostawiłam dziecko w szpitalu, wróciłam do domu z moim tatą, miałam mnóstwo jakich rzeczy do zrobienia i każdego dnia zapominałam odebrać moje dziecko ze szpitala. Gnębiło mnie wielkie poczucie winy.

 Mogę przedstawić jak ten sen rozumiem. To mój filtr, moje skojarzenia. 

Sen przedstawia sytuację w jakiej jest śniąca.

Dziecko to symbol w tym śnie. Rodzić można owszem dzieci, ale też pomysły. To coś nowego co stworzyliśmy. Pomysł, idea, umiejętność, nasz talent, coś co jest naszym dziełem. Śniąca ma zdolności, potencjał, bo poród dziecka jest bardzo łatwy. Ale to dla niej samej zaskoczenie. W śnie nie tylko brak przygotowania, ale i akceptacji na to by to "dziecko" przyjąć, zaopiekować się nim, czuwać nad rozwojem. Zostaje porzucone, i choć się o nim myśli i ma się poczucie winy, coś blokuje, jakaś "niedojrzałość", niewiara w siebie. Upływa dzień za dniem, sprawa za sprawą, a po "dziecko" się nie wraca.

Obecność ojca sugeruje, że sama śniąca potrzebuje opieki, jest jak dziecko, niesamodzielna. Brakuje jej męskiego pierwiastka. Jednocześnie ojciec śniącej  nie wspiera jej w tym by zabrała „dziecko” do domu. 

Sen to list od siebie dla siebie. Co z nim zrobi śniąca, to już jej sprawa. Tak jak i to, co przyjmie z mojej interpretacji. Mam nadzieję, że nie uraziłam jej.* Bo nie to było moim celem.