Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

piątek, 3 grudnia 2010

Bilans zysków

Wczoraj miałam terapię z moją psycholog. Żeby uprawiać profesję psycholog, myślę że trzeba mieć, oprócz oczywiście przygotowania, sympatię dla ludzi. Inaczej gie z tego wyjdzie. Widziałam w rejestracji TEGO psychiatrę i jeszcze mną lekko wstrząsnęło. Tiaa... nawet się zastanawiałam, czy do niego nie podejść i pewnej kwestii nie poruszyć, ale dałam spokój. Dobry jest w "terapii wstrząsowej", a ja potrzebuję ciepła a nie kubła zimnej wody, ba... wody? to nie bardzo była woda. Trudno, nie mam ochoty wchodzi do bagna, a inni pacjenci... w końcu każdy trafia na takiego lekarza, na jakiego sobie zasłużył;)))
Wydrapawszy się z tego psychicznego doła, mogłam spokojnie ocenić jego rozmiary i rozejrzeć się po okolicy. I zobaczyć... swoje sukcesy. A najważniejsze jest w tym, że:
  • zdrowe dzieci dobrze radzące sobie w świecie (czytaj szkoła, praca, rówieśnicy)
  • i spokój w domowych pieleszach
  • i to, że udało się: MAM PRACĘ! na czarno ale mam i od poniedziałku zaczynam :)
  • I to, że już nie odczuwam zmęczenia przy chodzeniu, że moje płuca wróciły do normy 
  • i że to co przeżyłam ostatnio jest dobrym przygotowaniem na przyszłość, by w podobnej sytuacji  lepiej sobie poradzić
  • do sukcesów zaliczyłam też tego bloga:)*
I to by było na tyle. Jeszcze coś, co właśnie pokazała mi w necie córa, a co mnie serdecznie ubawiło. To ja sobie tego rodzynka tu umieszczę:
Doktor zadaje dużo, długich i krępujących pytań dla zupełnie nie przygotowanego, nie w temacie kolegi. Męczony usiłuje zachować kamienną twarz.
Doktor: Niech mi Pan powie, jaki współczynnik korelacji wyszedł Panu przy porównaniu stężenia pyłu zawieszonego PM10 a prędkością wiatru?
Kolega: Pomidor.

czwartek, 2 grudnia 2010

Proces

Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania.
Tak więc dojrzewam. 

Rytuał

Przeczytałam TAM, racząc się herbatą z kubka z wielkim plastrem cytryny:


"Rytuały dają poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Myślę, że taka jest ich rola i po to powstały. I dlatego istnieją, wszędzie na całym świecie. I w kosmosie. Obcy też mają swoje obce rytuały."
Na dworze śnieg, powiem więcej: dużo śniegu i czuć, że zbliża się RYTUAŁ, który lubię - Święta Bożego Narodzenia. Przypomniał mi się ten sen, a z nim to oczekiwanie na prezent -niespodziankę.:))
Mój sen z lipca 2003 
Jestem na działce. Przychodzi sąsiadka Bożena z wnuczką i mówią, żeby im pomóc złapać papugę. Wleciała im do domu a potem uciekła przez okno. Widzę przed sobą małego, szarego ptaszka. Mam przeświadczenie, że to ten poszukiwany ptak. Widzę, że zaczyna się trochę zmieniać, staje się kolorowy. Aż w końcu widzę go jako sporą papugę, jest lekko napuszona na głowie, bardzo kolorowa i siedzi na słupie wysokiego napięcia. Jest nieosiągalna.
Jestem u rodziców. Ojciec mówi, że do ich domu wpadła papuga. To jest ta sama papuga. Wydaje mi się, że teraz łatwo ją będzie złapać. Okazuje się jednak, że okno w dużym pokoju jest otwarte. Pamiętam, że je zamykałam. Papuga jest już na zewnątrz, siedzi na podwórkowej akacji. Mówię do ojca, po co otwierał okno. Jest na mnie zły i mówi, że będzie w swoim domu robił co uważa. Odpowiadam, że w takim razie może się pożegnać z papugą. Zastanawiam się jeszcze czy nie wezwać specjalistów na pomoc, może Gucwińskich z Zoo.
Wyglądam przez okno. Jestem zaskoczona. Oto widzę kilka papug, które nie są tak jaskrawo ubarwione, przeważa zielony i niebieski, są duże i gładkie. A drzewo to nie akacja tylko świerk. Ale to co najbardziej mnie zdumiewa, to ich symetryczne ułożenie, od góry do ziemi zdobią choinkę, są jak właściwie nieruchome, potężne ozdoby. Wygląda to tak:
Rysunek wykonał dla mnie najmłodszy syn, ale nie pamiętam czy te ptaki nie były czasem głowami w dół...? 
Atmosfera w tym śnie, dzięki iglakowi, była właśnie taka spokojna i świąteczna. Czułam się zaskoczona przez ten obrazek zza oknem, ale i taka zauroczona. To było piękne. To był wspaniały prezent, sam ten widok, bo ja już absolutnie nie potrzebowałam łapać tych papug. 
Okna z mieszkania moich rodziców często są bohaterami snów moich, męża i dzieci. Papużki też, przynajmniej w moich snach.
Tu jeszcze jeden sen, ale w nim papużka symbolizuje coś innego. Sen jest z końca marca 2008.
Mała, żółta papużka
Nie pamiętam całego snu, tylko ten fragment:
…miałam żółtą, małą papużkę, chciałam, aby była bezpieczna. Schowałam ją do dość sporej klatki, ale był tam jeszcze jakiś duży, drapieżny ptak. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że coś może się stać, a na drugi dzień, papużka miał jedno oko, takie bardziej ludzkie, niż ptasie, całe czerwone, pokaleczone, nabiegnięte krwią i jedno ze skrzydeł obwisłe, bez piór... taką galaretowatą masę. Ktoś mnie oskarżał, ja płakałam, trzęsłam się, krzyczałam... papużka była biedna, rozżalona, kuśtykała…przepełniało mnie ogromne poczucie winy...
  Tiaa...Tak to jest, gdy zapominamy, że oprócz delikatności, tkliwości, empatii, ciepła i zrozumienia, dysponujemy też potężną mocą gniewu, zniszczenia i drapieżności.
Niech te Święta mają w sobie jak najwięcej z tego pierwszego. :)


środa, 1 grudnia 2010

Lustro

No to herbatka z plasterkami świeżego imbiru i zerknięcie na TEN blog. A tam:
"Smak goryczy powiększa mi wizja pięknej pogody i tych wszystkich szczupłych, zgrabnych, długonogich dziewczyn które wciąż rzucają mi się w oczy. Powiększają moje i tak znaczne kompleksy i nie poprawiają ogólnego samopoczucia. Niby wiem, że stare baby bywają i grube i niezgrabne, ale najgorszy jest fakt, że moja psyche, jakby nie dopuszczała do świadomości tego faktu. Wg. mojej psyche/duszy? wciąż jestem młoda, piękna i tak bardzo wiele bym chciała jeszcze od życia. I tak sobie toczymy malutką wojenkę, kiedy moje mdłe ciało odmawia posłuszeństwa mojej psyche (Psyche?) i nie zgadza się na jej ekstrawaganckie zachcianki."
Tiaaa... lustro:) Moje głęboko skrywane uczucia wypisał ktoś, ot tak, lekko:)))
Pamiętam jak dawała mi do zrozumienia niewerbalnie i słowem, że jestem jakaś niewydarzona, felerna. Kiedyś oznajmiła z taką pewnością w głosie i takim nawet.... ciepłem: Ja jestem taka stuprocentowa kobieta, a ty to taki mieszaniec, taki kundel. Z tą oczywistością w głosie, jakby zapowiadała prognozę pogody. Zaprogramowała mnie. Nie umiałam się sobą cieszy. Czułam się ze swoim ciałem taka niedoskonała, niedoskonałe zdało się wszystko. Pozwoliłam jej zabrać sobie radość bycia młodym, a teraz... co pozwalam...? Wyprosiłam za drzwi ze swego serca i dosłownie ze swego domu. A teraz...? 
Lubię patrzeć na nią, mówię że ładnie wygląda i TAK SIĘ DZIEJE. Pięknieje z dania na dzień. To magiczna matematyk, bo czym więcej daję, tym więcej mam. Zawsze byłam miłośniczką nauk ścisłych:).
Po to są dzieci, po to są córki... dodawać, a nie odejmować. Niech idzie w świat z takim dobrym mniemaniem o sobie, a nie zamienia się w wygłodniałego żebraka uczuć, gotowego za jedno słowo-komplement poświęcić się dozgonnie i trwać przy drzwiach, które nigdy dla żebrzącego się nie otworzą.

O! Nie tego chcę, ani dla siebie, ani dla nikogo. Ale czy żebraczka może dać światu królową? Hm... może, ale póki jest żebraczką, nie pomoże w tym, a jedynie ściąga będzie do tej samej roli. Więc...? Pytanie retoryczne:)) Dobrze jest tak czasem porozmawia z lustrem:D
 PS.Znaczeniowo karta ta najbliższa jest Magowi z Major Arkanów. Funkcję czarodziejskiej pałeczki Maga pełni tu Denar symbolizujący lustro, w którym Królowa ogląda świat i siebie w świecie.
Pozycja prosta: Wiara w siebie i w swoje siły. Umiejętność generalizowania. Syntetyczny umysł. Fascynacja światem, jego pięknem i magicznością. Znajomość tajemnic świata. Optymizm. Umiejętność współżycia z ludźmi. Kobiecość, praktycyzm i wdzięk. Piękno seksu, piękno miłości. Swoboda. Zaufanie.


wtorek, 30 listopada 2010

Pozytywna udręka

William James (psycholog), który walczył z depresją przez wiele lat, zarzucił próby sformułowania trafnego opisu tej choroby dając do zrozumienia, że jest to prawie niemożliwe. Napisał: 
”Jest to pozytywna i aktywna udręka, rodzaj psychicznego nerwobólu, całkowicie obcy w normalnym życiu”.

Wyłapywanie

Czytam tego bloga, choć tam niby nic takiego się nie dzieje, to ja wyłapuję z tej pogaduchy zdania, które nagle uzmysławiają mi coś istotnego o samej sobie. To:
"Nie lubię tego uczucia, kiedy muszę być matką swojej mamy. Jakoś mi nie pasuje. Ileś tam lat tresury i uzależnienia sprawiło, że trudno mi się przekwalifikować. Wszystko to sprawia, że okropnie potrzebuje kogoś kto by się mną zajął i zaopiekował." 
"Nie lubię szyb w oknach wystawowych. Nie cierpię kiedy nagle pojawia mi sie moje odbicie. Nie podobam się sobie i nic na to nie poradzę. Lepiej się nie oglądać, lepiej utrzymywać złudne wyobrażenia, że jakoś się wygląda, co najmniej tak, jak się czuję." 
Napisałam tam trzy czy cztery komentarze, i to na początku, czyli jakieś 3 lata wstecz. Ale już tego robić nie będę, za tłoczno, za dużo tam oczu. Nie. Nagle uzmysłowiłam sobie, że chęć bycia w zaciszu jest we mnie przemożna. Do gromady mnie absolutnie nie ciągnie, a jeśli już, to małej gromadki. Kameralności mi trzeba.

Porobiło się

Dziwnie się porobiło z tymi porami roku. Poszłam spać - było lato, obudziłam się następnego dnia - jesień. A teraz - nagle zima z kilkudziesięciocentymetrową warstwą śniegu. 
A gdzie gra wstępna?... a może faktycznie w tym przypadku niepotrzebna, bo i po co? Cieszmy się zimą, która zaskoczyła nie tylko drogowców.:)

Świetlana bajka

Na tym, co poprzednim blogu przeczytałam to:
czasem ktoś zgasi moją radość, niedbale, jakby gasił lampę. A potem się dziwi, że jestem jakaś inna. Moja radość z trudem się zapala. Brakuje mi światła. Tego w środku.
I taka refleksja mnie naszła. Dlaczego właśnie tak się dzieje? Pozwalam? Tak, pozwalam na to, tak jakbym zależała moje światło od kogoś. Czy tak jest? Czy tylko tak jest? Hm... jak z tym blogiem, gdy piszę wiedząc, że ktoś tu zagląda, to nie o wszystkim piszę, chowam cześć smutku, złości, a gdybym wiedziała, że sama tu jestem... SMUTEK zalałby wszystko. I lęk, i poczucie winy, tego nie dałoby się czytać. Tyle tego we mnie. To ja tę poranioną siebie chowam, ale jednocześnie pragnę by ktoś właśnie tę część mnie ogrzał swoim światłem i rozpalił we mnie blask, którego już nic nie zdoła zagasić. 
Widać ciągle wierzę w bajki...


poniedziałek, 29 listopada 2010

Pytanie retoryczne

Przeczytałam na jednym z blogów: "Trzeba było widzieć karcący, pełen oburzenia wzrok mojej matki i jej zaciśnięte usta." 
Czy wszystkie matki tak mają? Ja też...?
Córka stwierdziła, że nie zna nikogo, kto gdy jest zły, tak mocno zaciska usta...

Skoro przyszedł na to czas

Obejrzałam zdjęcia, na których jestem ja we wczesnym dzieciństwie. Dotarło do mnie, że niektóre fotki mają ponad 50 lat... To takie ćwiczenie, na nawiązanie kontaktu ze samą sobą, dorosłego z dzieckiem, tym którym kiedyś byłam i które nadal jest we mnie. Nie wiem co osiągnęłam, ale właśnie nastawiłam do pieczenia ciasto z wiórkami kokosowymi, miły zapach rozchodzi się po kuchni. I zauważyłam, że śpiewam, a już dawno tego nie robiłam. A śpiewam to:
Dlaczego to...? 

Żelazna konsekwencja

Dwa sny z wczesnego dzieciństwa. Bo choć ktoś mi powiedział, że to niemożliwe pamiętać do teraz sny gdy miało się kilka lat, to nie zmienia to faktu, że tak jest. Pamiętam je. Nabierają głębokiego znaczenia dla mnie ponieważ zapowiadały wydarzenia mające nastąpić za kilkadziesiąt lat. I najdziwniejsze jest to, że przyśniły się mi - dziecku. Wtedy sny jedynie co mogły zrobić, to sprawić bym je zapamiętała. Nie mogłam ich zrozumieć.
Sen pierwszy
Stoję na klatce schodowej przed drzwiami mojego mieszkania. Mam tak jak w rzeczywistości 5 lat. Nagle z góry, gdzie strych, dobiega głuche uderzenie. Wiem, że to schodzi po schodach lew. Oczami wyobraźni widzę to zwierzę. Jest potężne, majestatyczne. Grzywa lekko faluje, mięśnie grają pod skórą. Nie spieszy się. Stawia spokojnie łapy. Mnie paraliżuje strach. Pragnę się schronić. Drzwi do mieszkania są uchylone, widzę mamę, która też się boi. Zamyka drzwi przede mną i przekręca zamek. Szarpię za klamkę, burzę w drzwi, ale ona nie otwiera. Wiem, że stoi przy samych drzwiach, ale strach ją tak sparaliżował, że nie otworzy. Jeszcze przez chwilę dobijam się, w końcu daję spokój. Staję na wprost schodów i czekam na lwa. Boję się bardzo. Słyszę wyraźnie każde uderzenie potężnych łap. Buch, buch, buch… Mała dziewczynka i moc zaraz się zobaczą.
Budzę się… Serce bije jak zwariowane. Mam 5 lat i ten sen pozostanie we mnie już chyba do końca…

Kiedyś Róża, gdy przekazałam jej treść snu, powiedziała, że to dobrze, że nie uciekam schodami w dół.
Sen drugi
Podwórko przed domem tak jak w rzeczywistości, tuż przy śmietniku stoi duży tapczan moich rodziców, oni leżą w pościeli, nie zwracają na mnie uwagi, albo w ogóle mnie nie zauważają, są zajęci rozmową ze sobą, jakąś dyskusją, kłótnią…
Zza murów śmietnika wyskakuje śmierć, taka kostucha z kosą jak na obrazkach, jest żywa i chce mnie złapać, tak sądzę, uciekam, boję się, a rodzice nic nie widzą zajęci sobą. Kompletnie nie mogę na nich liczyć. Z tą śmiercią ganiamy się wokół tego wielkiego, zielonego tapczanu moich rodziców, na którym oni leżą i nie widzą co się wokół nich dzieje a ja, dziecko uciekam przerażona i samotna przed kostuchą. Boję się, że może nie starczyć mi sił.

S. napisała kiedyś do mnie:
...teraz zresztą na co innego zwracam uwagę, to są bardzo dawne sny, one wiedzą o różnych przyszłych sprawach na kilkanaście lat naprzód, ale to jest wcześniej niezrozumiałe, kiedy nie ma jeszcze nic rozpoznawalnego… no i ta ich żelazna konsekwencja:) 

niedziela, 28 listopada 2010

Droga do domu

Sen sprzed kilku lat.  
Jechałam samochodem, choć w rzeczywistości nie mam prawa jazdy. W tym śnie chciałam dojechać do domu. Moja matka jechała w przeciwnym kierunku i nakazywała mi też tak jechać. Nie chciałam. Kiedy ją mijałam, obejrzała się zła i wtedy zobaczyłam, że to twarz mojego znajomego - przyjaciela. Droga była dla mnie miejscami bardzo ciężka, wyboista, ale WIEDZIAŁAM, że podążam w dobrym kierunku. Czasem musiałam iść i co było dziwne, podnosiłam samochód tak jak spódnicę i szłam pieszo. W końcu dotarłam do znajomej ulicy, przy której stoi mój dom. Poczułam ulgę.  
Ten sen śnił mi się na wiele miesięcy przed śmiercią tego przyjaciela. Nigdy nie mieliśmy zatargu. Zmarł na raka w wieku 46 lat. Był świadkiem na moim ślubie.

piątek, 26 listopada 2010

To nie ptak

Gdzieś w głębi sprawy się łączą, dla jednej części mnie wszystko jest oczywiste, druga widzi tylko synchroniczność, ale nie umie tego powiązać, choć WIE. Niech zatem to dojrzewa, w końcu po coś jest ta inwentaryzacja:).
Sen pierwszy na tym blogu zapisany, o ptaszkach.
02 czerwca 2008 miałam sen: 
Kruczoczarne włosy.
Dostałam mail od G., w którym pisze o kruczoczarnych włosach. I ja zaraz włączam na chybił trafił You Tube a tam jest piosenka i ten tekst jest o tym. Jestem ucieszona i pisze o tym do niej i też mówię o tym chyba S. I takie zaskoczenie. I radość.
 A potem znalazłam to na jawie:
"To nie ptak"
W kolorowej sukience krząta się
Raz po raz odwraca głowę
Uśmiech śle
Mógłbyś przysiąc że
Widziałeś wczoraj skrzydła jej
Jak je chowała pod sukienkę
Lecz ona
To nie ptak czy nie widzisz?
To nie jest ptak
Ona to nie ptak
To nie jest ptak czy nie widzisz?
Kocham ciebie mówi każdy jej mały ruch
Lecz ty wśród kolorowych falban szukasz piór
Bo jesteś pewien że
Wczoraj widziałeś skrzydeł cień
Dlatego klatkę zbudowałeś
Lecz ona
To nie ptak czy nie widzisz?
To nie jest ptak
Ona to nie ptak
To nie jest ptak czy nie widzisz?
Tego dnia, gdy ciemność skradnie serce ci
Ona w oknie będzie śmiać się lecz przez łzy
Rozpuści czarność włosów i
Zmieniona w kruka skoczy by
Za chwilę oknem tym powrócić tu
lecz jako
Rajski ptak bo tak chciałeś
Jako rajski ptak
Rajski ptak
Jako rajski ptak bo tak chciałeś!
Całość słów tu:

A teraz czytam  "Malowanego ptaka", ale powoli. To jakby "szkło bolesne wbijać w oczy". Nie wiem, nie wiem co z tego wyniknie. Chcę zamknąć oczy, ale coś każe mi mieć je szeroko otwarte, a ja nie chcę...! W śnie jest radość, ale ja jej nie odczuwam na jawie. W piosence jest "będzie śmiać się lecz przez łzy", a ja już nie pamiętam kiedy i czy w ogółe tak się w życiu śmiałam?

czwartek, 25 listopada 2010

Mama i córka

To jest sen mojej córki z końca lipca 2003, znaleziony zapisek w jej zeszycie.
Sen o matce, dziecku i wampirze
Matka z dzieckiem były nad wodą. Ona miała kręcone, brązowe włosy i piwne lub zielone oczy. Miała dziewczynkę około 5 lat. Była całkiem inna jak jej matka. Miała proste, jasne włosy i niebieskie oczy. One się ze sobą bawiły, a na pobliskim drzewie siedział nietoperz - wampir. Usiadł dziecku na prawej ręce. A to dziecko zepchnęło go ręką i on uciekł. Matka zaczęła panicznie uciekać przed nim i kręciła się w kółko. Wcześniej były komunikaty w radiu o tych wampirach, że mogą mieć wściekliznę.

Na dole jest dopisek, że sen dotyczy mamy i babci. Czyli mnie i mojej mamy.

Antidotum

Otworzyłam „Jak mam do ciebie dotrzeć?”. Na chybił trafił. Książkę napisał terapeuta rodzinny Terrence Real. A to fragment dotyczący terapii małżeńskiej Racheli i Steva. Sprawa dotyczy ich córki Andrei i konfliktu jaki powstał z związku z nią między rodzicami. 
-Nie ważne kto ma rację - mówię do Racheli - liczy się to, że twój partner z ważnych dlań powodów, które otwarcie wyraża, jest w niewygodnym położeniu i prosi cię o pomoc. Masz prawo odrzuci jego prośbę, powiedzie, żeby sobie sam radził. Wolno ci podjąć taką decyzję, chociaż będziesz się musiała liczyć  z jej skutkami. Możesz wczuć się w jego stan i uszanować jego prośbę. Wybór należy do ciebie i zrobisz jak ci się podoba, Rachelo. Ale spór z nim prowadzi donikąd.

Rachela splata ramiona i zastanawia się przez chwilę.

-A właściwie dlaczego mam się dostosować do tego? – pyta

-Może nie powinnaś - opowiadam. -Nie wiem, ile to dla ciebie znaczy. Ale wygląda na to, że spokojniejsze ustalenie granic z Andreą nie kosztowałoby cię zbyt dużo.

-Nie rozumiesz - mówi do mnie Rachela. -Potrzebowałam długiej terapii, żeby nauczyć się przeciwstawiać Steve`owi. Całe lata dostosowywałam się do niego.

-Całe lata nadmiernie się do niego dostosowywałaś, jeśli dobrze usłyszałem – mówię. – Ale zdrowym antidotum na przesadną uległość wcale nie jest całkowite jej zaprzestanie.

Rachela w końcu odwraca się do męża, przygląda mu się uważnie i nagle się uśmiecha.

-Steven – mówi – gdybyś zawsze mówił do mnie tak jak przed chwilą, niczego bym ci nie odmówiła.

-Postaram się – poważnie mówi Steve.

Noc zimowa

Dzisiaj padał pierwszy śnieg. Może zima przyniesie jakąś korzystną zmianę w moim życiu? 
Przy okazji porządkowania pudła z pocztówkami, znalazłam swoje stare wiersze. Ten sobie tu umieszczę, bo ma ten klimat, który chcę zabrać ze sobą do krainy snów.

Czarny aksamit nad nami.
Noc jak cygańska królowa
przybrana cekinami.
Kruszą się ozdoby,
brokatem padają na śnieg.
Pochylają się nad nami latarnie jak
dobre ciotki, które przygniótł wiek.
Ktoś cicho rozmawia z gwiazdami...