Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

czwartek, 11 listopada 2010

Pomoc

Oto w jaki sposób dziecko wewnętrzne mojej córki pomagało nam na co dzień.
Mój młodszy syn miał wtedy 8 lat (teraz ma prawie szesnaście) i właśnie wtedy od jakiegoś czasu zaczęły ropieć mu oczy. Ropa wydostawała się w miejscach, gdzie rosną rzęsy. Przemywanie niewiele dawało. Syn wyglądał przez to zaropienie tak biednie, niechlujnie, choć nic go nie bolało. Poprosiłam córkę, aby zobaczyła swoim wewnętrznym okiem, co to takiego się dzieje. Orzekła, że w głowie, tuż nad okiem jej brata, wewnątrz, umiejscowił się grzybek. I gronkowiec złocisty. Pokazała palcem to miejsce. Hm... poszłam z dzieckiem do pediatry, który oczywiście przepisał mi antybiotyk. Córka powiedziała, że antybiotyk początkowo pomoże, ale później będzie jeszcze gorzej, bo grzyb chroni gronkowca. Razem współpracują. To pomyślałam, że spróbuję zastosować homeopatię, wtedy już coś się znałam. Wybrałam Mercurius solubilis (rtęć) w niewysokiej potencji. Konsultowałam się z przyjaciółką, która to była moim pierwszym nauczycielem na ścieżkach homeopatii. Któregoś dnia zadzwoniła, informując mnie, że mentalnie przebadała mojego synka i ten grzyb korzeniami sięga dziecku od oka do... śledziony. Oniemiałam. 
Zaraz poprosiłam córkę, nic jej nie mówiąc, aby przyjrzała się bratu i powiedziała mi gdzie kończą się korzenie tego grzybka. Pokazała na sobie tak do pasa. To mnie przeraziło, bo jakoś wcześniej nie docierało do mnie, że to może być taki olbrzym i widziałam to jako coś malutkiego.
Po jakimś czasie podawania Mercuriusa jedno oko było zdrowe, ale to drugie dalej ropiało. Lek co miał zrobić, zrobił. Czas było zastosować coś innego. Sięgnęłam po  lek homeopatyczny Chamomillę (rumianek), bo syn stał się też trochę nerwowy.
Z początku była poprawa. Uspokoił się, ale potem zaczęły się "schody". Po podaniu leku miałam w domu aniołka, a gdy lek przestawał działać, w syna wstępował demon.
Wpadłam na pomysł, aby z pomocą córki i jej dziecka wewnętrznego z tym grzybem porozmawiać. I tu niespodzianka. Prawdziwy dżentelmen. Spokój, opanowanie, dobre maniery. To w pewnym momencie większą przyjemnością było mieć kontakt z tym pasożytem, niż z własnym dzieckiem, które dostawało ataków szału. Spytałam córki co tak naprawdę się dzieje, bo nie rozumiem, wiem tylko, że lek nie działa tak jak bym oczekiwała - albo jest bardzo dobrze, albo bardzo źle z synem. Taka amplituda nas i jego wykańcza. Tym bardziej, że nigdy nie było wcześniej z jego strony takich agresywnych zachowań. Wtedy córka rozrysował mi na kartce co dzieje się w środku ciała jej brata. Otóż można powiedzieć, że grzyb wytworzył taki strumyczek, którym płynie do niego pokarm. Kiedy podawałam Chamomillę, kranik zostawał zamknięty i grzyb był głodny, więc w momencie kiedy lek przestawał działać, grzyb ze zdwojoną mocą domagał się pokarmu. Płyną już nie strumyk do niego, ale strumień. I w krótkim czasie brakowało przede wszystkim witamin z grupy B, a wiadomo, że zapasów organizm z nich nie potrafi robić, więc syna organizm był tych witamin pozbawiony i całkowicie siadał układ nerwowy. I taka wytworzyła się huśtawka. Trzeba było coś zmienić w terapii. Nie można było tego kranika do końca zamykać. Świetnie pasował do mojego syna lek Apis (pszczoła). To z resztą do dziś jest u niego taki lek wiodący. Ale potrzebny był jeszcze jeden. Córka, która prawdę mówiąc nie znała wtedy leków homeopatycznych jeszcze dobrze, podpowiedziała, że to jest lek ze zwierzęcia. Zaczęłam wymieniać: Moschus (piżmowiec), Mephitis (tchórz), Bufo rana (ropucha), Lachesis (grzechotnica-wąż), Asteria rubens (rozgwiazda), Lac caninum (mleko suki) To nie ten. Cantharis (mucha hiszpanska), Sepia, (mątwa) Calcarea carbonica (muszle ostryg). Żaden z nich. W końcu leków pozyskiwanych ze zwierząt jest w homeopatii o wiele mniej niż z roślin, ale nam się nie udawało trafić. Poprosiłam, aby coś bliższego opowiedziała mi o tym zwierzęciu.
-Jak wygląda?
-Ma cztery kopytka.
-Kopytka? To ssak więc... ale...
-Ma też rogi.
-Rogi?

Oczami wyobraźni zobaczyłam jakiegoś egzotycznego jelenia. Boże, nie znam takiego leku, co to może być?!
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz