Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Sny Wleniowe

Sen o ptaszkach łapanych w locie
Śniło mi się, że łapię w dłonie małe ptaszki. Robię o z łatwością i bardzo delikatnie. Ptaszki budzą moją miłość. Kiedy przelatują obok mnie bez trudu  ot tak biorę w dłonie, przytulam, delikatnie całuje i wypuszczam. Robię to cztery razy. Za każdym razem to jest mały ptaszek. Każdy jest inny. Są ładne, nie są pstre tylko w kolorach ziemi.
Olivia Charmaine

Sen o lisie w mieście

Jestem gdzieś w mieście. Idę na spotkanie z mężem. On jest gdzieś, w jakimś towarzystwie i nie myśli o mnie. jest ze mną chyba któryś z synów. Nagle dostrzegam lisa. Widzę go dokładnie. Ma letnie futro. Jest dzikim zwierzęciem, które jednak uczy się życia w mieście. Kiedy patrzę na jego pysk, uzmysławiam sobie, że już gdzieś to zwierzę widziałam. Przed lisem pojawia się mur. Wysoki, ceglasty. Zastanawiam się jak sobie ten zwierzak poradzi i wtedy ze zdziwieniem obserwuję, że wdrapuje się na tę pionową ścianę wbijając pazury w szpary między cegłami. Nie sprawia mu to trudności, po chwili znika po drugiej stronie muru.
foto Richard Peters
18.07.2015
Dzisiejszej nocy miałam sen nad ranem. Wpierw śniło mi się, że załatwiam mieszkanie. Podpisałam jakieś dokumenty, a teraz jestem trochę w rozterce, bo jak mogłam tak w ciemno podpisać umowę kiedy nie widziałam jeszcze mieszkania. Zatem idę zobaczyć gdzie mamy zamieszkać. To jest na Ostrowie Tumskim. Przepiękna okolica, a my mamy mieszkanie w ślicznej, odnowionej żółtej kamieniczce na rzeką. Mieszkanie jest mniejsze od obecnego i to troszkę mnie martwi. Mamy dwoje małych dzieci, więc myślę, że mogą być w jednym pokoju. Okolica nad rzeką jest malownicza i to dobre miejsce dla męża na łapanie ryb. Kiedy wracamy, z nim i chyba ze starszym synem, natrafiamy na plan filmowy. Kręcą film o wojnie. Pani reżyser to coś jak mama Nikodema - bardzo przejęta swoja rolą. Jakoś udaje nam się ten plan ominąć i wtedy dostrzegam lecące samoloty. Są niezbyt duże, czarne na tle zmierzchającego nieba. Dociera do mnie, że to atak bez uprzedzenia. Kiedy samolotów już nie widać, biegnę w stronę domu by ostrzec pozostałe dzieci. Gdzieś po drodze rozdzielam się z mężem i synem. Na chodnikach widzę małe grudki przypominające kawałeczki lawy czy kamyczki. One zaczynają dymić. Wpierw troszkę ale za chwile z wielką siłą.  Uświadamiam sobie, że to te czarne samoloty zrzuciły te czarne kamyki. To atak bronią chemiczna. Przy zetknięciu z podłożem z tych kamyków uwalnia się trujący gaz. Chodzi o wytrucie ludzi. Potem, bez żadnych strat, z łatwością zajmie się całe miasta, trupy zaś usunie. Pozostanie wszystko, domy, sprzęty, maszyny itd.
Biegnę, nie wiem czy zdążę. wiem, że trzeba w domu uszczelnić drzwi i okna, wentylację, tak by dym się nie dostał. Potem on się zneutralizuje. W ten sposób można jedynie ocalić życie, ale ja nie wiem czy zdążę.
19.07.2015
Sen niewyraźny o Zosi i katastrofie
Śniłam, że jestem z Zosią, którą czeka trudne doświadczenie, chyba operacja i pobyt w szpitalu. Zatem chcę jej, póki jest ze mną, umilić jakoś czas. W kiosku są zabawki, takie trochę tandetne. I dość drogie - 20 zł.
Zosia chce taką zabawkę, ale wiem, że się nią długo nie pobawi, to taka jednorazówka. I wtedy, taki podrostek, jakieś 11 lat, podchodzi, daje 100 zł, kupuje ostatnie 3 zabawki. Są we mnie sprzeczne uczucia, z jednej strony zastanawiam się czy nie odkupić jednej zabawki, a jednocześnie wiem, że to szmelc i nie chcę tego. Uświadamiam sobie że ten chłopiec nie zna wartości pieniędzy. Dla  niego one łatwo przyszły więc wydaje je na byle co.
Potem widzę  z daleka jakąś halę-targowisko. I zawala się tam dach. Dochodzi do katastrofy. Nad halą dostrzegam jakiś przedmiot. Myślą go naprowadzam, spada na halę i okazuje się być takim gigantycznym ochronnym spadochronem. Ja i mąż biegniemy na miejsce katastrofy, ale przedtem próbujemy się czegoś dowiedzieć z tv. To jakieś strzępki informacji, nic konkretnego. Na miejscu widzę połamane sprzęty, porozrywany materiał tego spadochronu. Nie widać ludzi. Uprzytamniam sobie, że przecież mogę zadzwonić na  komórkę córki. Okazuje się, że ona i Zosia są w domu i nic im się nie stało. Wtedy dociera do mnie, że mam złamaną nogę więc natychmiast sen przenosi mnie na wózek. Czekam w nim przed halą na męża. Gdzieś kołacz myśli, że jetem bezbronna na tym wózku, więc ktoś może mi zrobić krzywdę. wtedy sen tego kogoś naprowadza, a wtedy ja dochodzę do wniosku, że mam dosyć tego snu i się budzę 
21.07.2015
Wiele mi się śniło, ale najbardziej zapamiętałam scenę, gdy muszę gdzieś szybko podbiec. Robię to  sprawnie i bez wysiłku. Wtedy pojawia się w śnie myśl, że przecież jestem po złamaniu nogi i ledwo chodzę, a bieganie jest niemożliwe. Następnie w śnie dochodzę do wniosku, że skoro śni mi się sprawne bieganie to oznacza, że wszystko dobrze się zakończy i będę w pełni sprawna. Tak więc nie tylko jestem w śnie świadoma mego stanu zdrowia, ale jednocześnie w śnie tłumaczę sen.
Erica Hopper


niedziela, 5 lipca 2015

Perspektywa

Kiedy leżałam   w szpitalu, to użalałam się nad sobą, na zasadzie: jaka to ja biedna, poszkodowana przez los, itp. 
Którejś nocy  przywieźli na salę 70-letnią pacjentkę. Zadbana, pełna energii, elegancka, dobrze wychowana pani B. Rozpoznanie  usłyszała od  lekarza, który zjawił się przy jej łóżko. Potem, gdy zostałyśmy same, chwilę porozmawiałyśmy. Gdy dowiedziała się z jakiego powodu tu jestem, powiedziała z pełnym przekonaniem: Jak ja pani zazdroszczę! Wtedy nagle dotarło do mnie, że w porównaniu z nią, to faktycznie można mi pozazdrościć. I ucieszyłam się, że mój problem to jedynie złamanie trzech kości podudzia. Przede mną perspektywa bycia zdrową.
Pani B. miała patologiczne złamanie kości miednicy, które spowodował narastający guz. Okazał się złośliwym nowotworem z przerzutami. Żadnego leczenia, żadnej operacji, cierpienie, walka z bólem, brak nadziei.

sobota, 4 lipca 2015

Anfas i z profilu

Moja noga, a konkretnie podudzie, miało kolejną sesję zdjęciową. Wnętrze jest jakie jest, a ja we wtorek jadę umówić się na wyjęcie tego co do układu kostnego nie należy, a jedynie trzyma w należytym porządku. Podobno kolejka jest długa, więc może za rok się uda?
W środę wyjazd. Rehabilitacja, zero internetu, jeśli będę skazana li tylko na własne towarzystwo, to nim nie pogardzę. W końcu nigdy się ze sobą nie nudziłam. 
PS. Upał staje się nie do zniesienia.

środa, 10 czerwca 2015

Pożegnanie z Muminkami

Życie jest pełne niespodzianek... przynajmniej moje życie. A nieszczęścia nie chodzą w nim parami, ale... stadami... czuję się jak bezradny plankton skazany na miotanie przez potężne fale oceanu.
Od 26 kwietnia czyli od czasu wypadku, miałam tylko jeden sen. Był straszny i tak mocno w nim płakałam i ... nie mogę go tutaj zapisać. Ale gdy już byłam na granicy snu i jawy, czyli tuż przed wybudzeniem, miałam słowny przekaz. Wynikało z niego, że do tej wyśnionej tragedii nie dojdzie, bo...  podświadomie zrobiłam to co zrobiłam, czyli uległam wypadkowi. Wprowadziłam zasadniczą zmianę, która pociągnie inne i w ten sposób nie dojdzie do tego do czego miałoby dojść. Nie do końca to wszystko rozumiem, ale wynika z tego, że nie jestem jak ten plankton, że steruję swoim życiem choć nie jest to uświadomione.
Wczoraj pozbyłam się  gipsu  i bez żalu pożegnałam się z Muminkami i całą resztą. 


Pozostały rany do wygojenia i rehabilitacja. I tylko na tym się skończyło, choć na początku wyglądało to niewesoło i cały czas mówiono o konieczności przeszczepu skóry. To co trzeba będzie zrobić, to za rok powyjmować te całe  metalowe druty, które trzymają moje kości tak jak należy. W końcu nie odpowiada mi rola Robocopa;) Kończę kolejny antybiotyk, który jako jedyny pomógł na szpitalne zoo, które zakwaterowało się w moich płucach, po tym jak trzymano mnie przez kilka godzin w przeciągu. Szkoda, że personel szpitalny pozostał głuchy na moje prośby o to by ktoś mnie osłuchał, zatem wypisano mnie z 3-tygodniowym nieleczonym zapaleniem płuc. Bardzo osłabiona, ale już z nadzieją patrząca w przyszłość, wracam drobnymi kroczkami do zdrowia.

piątek, 8 maja 2015

Spełnienie

Piszę  na tablecie , to niełatwe.  Sen się spełnił. Od 26 kwietnia leżę  w szpitalu.  Pieszczotliwie nazywam to miejsce Hotelem Ortopedia. Operacja przebiegła  sprawnie i w ciągu  24 godzin od  wypadku.

środa, 25 marca 2015

Sny o trudnościach i niebezpieczeństwach

Obudziłam się po pierwszej w nocy ... dawno już tak nie miałam... trudno. Czas wątroby, mam nadzieję, że to przypadek sporadyczny i jutro nie będzie pobudki. Za to jest czas by w końcu zapisać te dwa sny sprzed bodaj trzech tygodni. Jeszcze zapamiętane, bo za chwilę rozpuszczą się w czaso-niepamięci. 
Sen o grzybach, ropuszkach i czarnej żmii
Jestem przy jakiejś drodze, za mną jest bodaj najmłodszy. Pobocze jest i taki rów - obniżenie terenu ciągnie się w wzdłuż tej drogi. Rośnie tam trawa a zaraz dalej są takie już zasuszone badyle... to chyba kukurydza. Zsuwam się do tego rowu, bo zauważam bardzo dorodne grzyby-twardzioszki przydrożne, mają spore kapelusze jak na te małe grzybki. W tym rowie jest też pełno małych ropuszek. Nie chcę im zrobić krzywdy i nie chce ich dotykać, więc myślę, że samo to, że mnie usłyszą spowoduje, że przemieszczą się w stronę tej kukurydzy. Zrywam pierwsze grzyby, gdy nagle dostrzegam ruszającą w moją stronę dużą czarną żmiję. Jestem tyłem do drogi i nie uda mi się w tej pozycji na nią dostać. Jestem na obniżeniu terenu, droga jest wyżej. Bezradna wołam rozpaczliwie syna by mi podał rękę i pomógł się wydostać. Budzę się przerażona.


Sen o drodze przez błoto
W rękach mam torby foliowe z zakupami. Musze przejść przez takie wiejskie podwórze. Kątem oka dostrzegam maszyny rolnicze. Podwórze jest całe w błocie. Rozglądam się, ale nigdzie ani skrawka wolnej od błota przestrzeni. Ruszam. Myślę o moich butach - zamszowych kozakach, które są i wygodne i i które bardzo lubię, szkoda mi tych wojasowych butów i zastanawiam się jak potem je doprowadzę do porządku. Czym ten zamsz wyczyścić? Jednocześnie pojawia się myśl, że dla dziecka taka droga byłaby niebezpieczna i nie poradziłoby sobie. 

Znowu jestem na tym podwórku i znowu sytuacja się powtarza. Tym razem dostrzegam krawędź, która jest wyżej i jest wolna od błota. Postanawiam tamtędy przejść, jednak tak cześć gruntu jest niestabilna, miękka od wody, pęka ziemia i obsuwa się pod moim ciężarem i zaraz runę w dół w przepaść. Budzę się wystraszona.

Dochodzi szósta rano i chyba pójdę odespać tę nieprzespaną noc.

piątek, 13 lutego 2015

Podróże i brak pamięci

Niewiele pamiętam ze snów, jedynie to, że coś śniłam. Ostatnio była podróż do Afryki. Nagle dowiedziałam się, że mam jechać. To jakaś zorganizowana wycieczka, jakieś biuro podróży, coś w tym stylu... i to dociera do mnie tuż przed wyjazdem... zabieram małą torbę, bardziej na zakupy niż do podróży. I trochę się martwię o pieniądze, nawet nie wiem ile dokładnie mam i czy tam, w tej Afryce będę mogła wybrać ze swojego konta pieniądze... praktycznie jadę tak jak stoję... na wariackich papierach to wszystko...
Afryka? Z czym mi się kojarzy? Czarny ląd. Niebezpieczny. Duże dzikie zwierzęta. Brud, muchy, choroby. Prymitywizm. Natura.



Dzisiejszej nocy też byłam w podróży. Gdzie?... nie pamiętam. Tyle, że to nie była Afryka.

piątek, 26 grudnia 2014

Strata i prezent

Sen przyśnił mi się jakieś dwa czy trzy dni przed 6 grudnia.W Mikołajki miałam spotkanie z przyjaciółką i kiedy siedziałyśmy przy stoliku w cukierni, opowiedziałam jej ten sen, bo ciągle byłam pod jego wrażeniem. Powiedziała, żebym koniecznie go zapisała, więc teraz to robię.
Moja pracodawczyni znalazła nową opiekunkę dla swojej córeczki. Nie mogłam zrozumieć dlaczego to zrobiła. Nie rozmawiała ze mną w ogóle na ten temat. Było mi bardzo przykro, byłam jeszcze w jej domu i widziałam tak jakoś z daleka małą jak kompletnie nie akceptowała nowej niani. Głośno i rozpaczliwie płakała, a nowa opiekunka była bezradna. Ta decyzja o zwolnieniu mnie nie wiedziałam czym była spowodowana, ale była ze szkodą dla dziecka.
W rzeczywistości w pracy są ze mnie zadowoleni i w żadnym razie nic nie zapowiada bym miała stracić zajęcie, ale... jakiś niepokój we mnie został zasiany. Okazało się, że to nie ja, ale przyjaciółka, której opowiedziałam mój sen, straciła za kilka dni niespodziewanie pracę. I tak jak to było tam pokazane, z wielką stratą dla podopiecznej - chorej, sparaliżowanej starszej kobiety. A ja przed świętami dostałam podziękowania za pracę i prezent. Właśnie  piję sobie z niego herbatkę. 
Zaś moja przyjaciółka teraz jest zadowolona, bo praca była bardzo wyczerpująca ze względu na pracodawczynię i jej okropne zachowania. Nawet nie wiedziała jak bardzo ją ta cała sytuacja wykańcza, dopiero niepójście do pracy spowodowało, że unormowało się u niej ciśnienie i  w ogóle uspokoiła się. A ta pracodawczyni już daje do zrozumienia, że chce powrotu do pracy mojej przyjaciółki, tyle, że ona już nie chce tam wracać.


Krwawnik

Z płucami już znacznie lepiej. Najbardziej pomogła herbatka z krwawnika. Jak zbierałam to zioło latem i jesienią to czułam jak bardzo będzie pomocne. Tyle, że nie przewidziałam, że akurat dla mnie. 
fot. Kinga

czwartek, 11 grudnia 2014

Na ranem

Są chore. Moje płuca. Kaszel mnie budzi. Wstałam przed piątą nie mogąc dalej spać. Taka trzeźwa, bez śladu snu na powiekach. Słucham tego, bo lubię opowieści. Ze szczęśliwym zakończeniem:

niedziela, 30 listopada 2014

Ponad tydzień;)

Jutro będzie tydzień i 20 tysięcy dni jak jestem na tym świecie.
Miałem sen tej nocy. Byłam opiekunką kilkuletniej dziewczynki i byłam wraz z nią na jakiś wczasach(?). Było kilka rodzin z takimi małymi dziećmi. Rodzice młodzi i znający się i wspólnie opiekujący się dziećmi, taka niby komuna. Ja się denerwowałam, bo zostawiłam tą małą, a potem  widziałam niefrasobliwość kobiety opiekującej się gromadką maluchów. 
Była pora kładzenia się spać. Na wspólnej dużej sali na materacach. Mąż jednej z kobiet położył się za mną, niby tak dla żartów, ale ja wiedziałam, że brakowało mu ciepła, takiej zwykłej czułości, bo jego partnerka była oschła i nie okazywał uczuć. Przytulił się do mnie, leżeliśmy jak łyżeczki, a on całował mnie w szyje i było nam razem bardzo dobrze.

niedziela, 9 listopada 2014

Szkło bolesne zamiast radości

Jeden ruch na klawiaturze i ten cały post zniknął. Nie do odzyskania. Pozostał jedynie tytuł. A nie tak zamierzałam. Chciałam jedynie wstawić króciutkie imię przy cytacie. Doszłam do wniosku, że widocznie podświadomie jednak chciałam coś radykalnie zmienić. Zatem.... jak wrócę, to będę post pisać, teraz jadę za miasto pochodzić po lesie z mężem i Dobrą, spotkać się ze znajomymi i popatrzeć na opuszczone i zrujnowane gospodarstwo, które wymyśliłam, że będzie kiedyś moim domem. cdn.
Wróciłam. Las był piękny, cisza, miękki mech. Po dwóch godzinach chodzenia z opuszczoną głową by dojrzeć czasem pojedynczego podgrzybka, siadłam na pniu by odsapnąć, a spojrzawszy w górę zachwyciłam się rozłożystym majestatycznym dębem. Listopadowe słońce przenikało przez liście, które z cichym szelestem opadały. Te brązowe i złotawe, zielonkawożółte nie poddawały się jeszcze jesieni i trzymały się gałęzi. Dałam się i ja przeniknąć promieniom czując jak opadają ze mnie szarobure smuteczki, a pozostaje zielonkawa nadzieja i żółtawa spoko-radość.
Teraz tylko ten fragment snu, żeby tytuł miał sens:
śniłam ciepłą kanikułę, byłam z rodziną, choć bardziej wyczuwałam ich obecność niż widziałam. Byłam na skarbie, w dole rzeka, sporo ludzi, a ja po drugiej stronie dojrzałam znajomą. Bardzo się ucieszyłam na jej widok i zaraz chciałam do niej iść. Zauważyłam, że z tej skarby w trawie biegnie taka dróżka jak ślizgawka, domyśliłam się, że została wyślizgana przez tych którym się spieszyło. Zjeżdżałam i ja na pupie i to było takie radosne, taka dziecięca radość mnie ogarnęła. W ogóle to jak dostrzegłam tę koleżankę, to też cieszyłam się jak dziecko. Byłam już przy rzece, to była raczej taka rzeczka-bród, z wodą najwyżej po kolana. I kiedy już miałam wejść do niej, nagle sen stał się świadomy i oczami wyobraźni zobaczyłam na dnie rozbitą butelkę. Zastanawiałam się, że gdy na nią nadepnę, to czy od razu poczuję ból, ile będzie krwi...

Obudziłam się i byłam w lekkim szoku. Dlaczego nie umiałam pozostać w tym beztroskim nastroju, tylko ŚWIADOMIE wprowadziłam katastrofę? Skąd we mnie ta niewiara, że życie może być radosne i ta korekta w stronę tragedii?

wtorek, 4 listopada 2014

Listopadowo

Na poczcie informacja, że dawno na blogu nie pisałam. Faktycznie, cały październik minął a ja nic. Bo... piszę, ale gdzie indziej. Mam już 70 stron i dziesięć rozdziałów. Książka nabiera kształtów. W końcu ją urodzę. A co do tych co to już urodziłam, to cała trójka chorowała, każde na coś inszego. Lekarze, pogotowia, szpitale. Teraz już, mam nadzieję, z górki. W połowie listopada zaś planuję wyjazd do Łodzi. Ustawienia rodzinne i spotkanie z internetową przyjaciółką, gdzie znajomość z internetu przeniosła się do realnego świata. I dobrze. W moim mieście dziś listopadowe słońce w całej krasie.

piątek, 19 września 2014

Środek zimy na koniec lata

To sen sprzed jakiś 2 tygodni, zapamiętałam jedynie z niego fragment. 
Dokądś się wybieram. Jest jakiś mężczyzna, jakby mi pomagał? Spoglądam przez okno i widzę, że wszystko: drzewa, drogi, pola, przykryte są śniegiem. Odnoszę wrażenie, że to nie jest początek zimy, ale że już trwa ta pora roku dłuższy czas. Jak to się stało, że nie zauważyłam, że to już zima?! Pytam sama siebie w myśli. Jest moje duże zdziwienie, ale nie daję po sobie poznać zaskoczenia. Przed tym mężczyzną udaję, że przecież dobrze wiem o zimie. 
Po przebudzeniu to zdziwienia, to odczucie zaskoczenia były we mnie bardzo żywe.

poniedziałek, 1 września 2014

Sny spod namiotu

Zapomniałam choć tak dobrze go pamiętałam. Jeden z trzech snów  spod namiotu.  Był drugi. Więc teraz właśnie tak myślałam i myślałam i dedukowałam: Zaraz... ten pierwszy to był o dzieciach i drugi też...  i tam było  przed wojną a w tym... o kurcze, wiem! przypomniałam sobie!!! Wreszcie! A mówiłam, że od razu trzeba zapisywać, mówiłam? No to masz nauczkę.
Skończyłam wewnętrzny monolog. A teraz od początku.
Nie było tak całkiem odlotowo - bezmózgowo jak to chciałam. Kłopoty to niestety jedna z moich specjalności. W trudnych sytuacjach moje myślenie staje się racjonalne i szuka skutecznych rozwiązań. I się udało, choć musiałam w połowie urlopu przyjechać do domu na dwa dni. Za to potem już luz. Nawet deszczowe chmury przepływające co jakiś czas nie zepsuły mi humoru. Tylko sny dziwne, straszne... 
Sen pierwszy o likwidacji dzieci
To okres jakby przedwojenny, ulice takie brukowane, stare tramwaje. Moje dziecko, najmłodszy syn chodzi do przedszkola. Jest to już jakby czas wojny choć nikt o tym nie mówi. Dzieci mają iść do likwidacji i o tym też się nie mówi, każdy to wie, całe staranie idzie w tym kierunku by maluchy do końca się nie zorientowały, że idą na stracenie. Ma być spokojnie, mają być do końca pod opieką swych przedszkolanek. Przyjmuję to tak normalnie. Jestem zajęta, pomagam motorniczej z tramwaju, bo zmienili trasę w związku z remontem ulicy. Wiem jak trzeba jechać, ale nagle orientuje się, że coś jest nie tak. To nie tedy, tylko gdzieś dużą bramą pod budynkiem prowadzą tory. I wtedy widzę te dzieci jak idą parami i tę uśmiechnięta wychowawczynię. Znam ją z reala, to moja imienniczka i właśnie gdy widzę te dzieci nagle z całą mocą sobie uświadamiam, że zaraz moje dziecko wraz z innymi zginie. Jestem zaskoczona sama sobą. No bo jak mogłam tak to przyjąć, nic nie robić? Tak się obojętnie zgodzić?! Jak!!!? Ochujałam?! Pośpiesznie szukam mojego synka, nie widzę go, tylko inne dzieci. Jest taka myśl, smagnięcie, że te dzieci trzeba ratować ale skupiam się na odszukaniu mojego. Wiem tylko, że jak go znajdę, to pryskam z nim w najbliższą bramę i że ludzie mi pomogą, ukryją nas. Jestem przerażona, że nie mogę go odszukać i budzę się. Nagle uświadamiam sobie, że syn ma 20 lat, jest dorosły, że to nie wojna... oddycham z ulgą, ale to, że tak mogłam pozwolić, że z taką uległością i takim łatwym pogodzeniem się nic nie przeciwdziałałam przedtem...że to do mnie nie podobne.. sen straszny... ciągle nie mogę zrozumieć samej siebie z tego snu...
Sen drugi o stracie dzieci
Wojna, obserwuję jakąś grupkę ludności cywilnej ukrywającej się w górach. Kto z kim walczy? Coś jest o Turkach, Rosjanach... dobrze nie wiem. Nagle jestem jedną z tych ukrywających się kobiet. Odkryli nas. Odczuwam jej strach, bezradność, a potem... wielki ból. Straciła troje dzieci. Zostały zastrzelone. Mówię po rosyjsku z rozpaczą w głosie do któregoś z tych co nas złapali: моих детей. I następuje taka dziwna sytuacja. Ból, prawdziwy dogłębny ból powoduje, że oprawca nie chce krzywdzić. Rodzi się w nim empatia,  potrzeba pomocy, zaradzenia nieszczęściu. Przyprowadzają jakiegoś przerażonego chłystka, który te dzieci zastrzelił. Chcą po zabić. Ja dalej mówię po rosyjsku, że to bez sensu jeśli on zrozumiał, co uczynił. Jego śmierć nie jest potrzebna. Nagle łapię się na tym, ze mówię po rosyjsku, dlaczego nie po polsku? Mówię więc po polsku, a wtedy czuję szacunek. Jestem jako Polka postrzegana inaczej niż Rosjanka.
W tym śnie mam takie wspomnienie kobiety, która utraciła nagle wszystkie, całą piątkę swych dzieci. Było jej zdjęcie przedstawiające ją w tym bólu w jakiejś gazecie, wiele lat temu. Potem szukałam tego zdjęcia i znalazłam w necie:
http://wyborcza.pl/5,75539,3892960,World_Press_Photo__galeria_nagrodzonych_zdjec_z_52.html?i=26 
Sen trzeci o rekinach
Jestem w tym śnie ze znajomymi, rodziną... to nie jest takie wyraźne... jesteśmy w morzu, bawimy się... mój mąż zabawia się z niedużym rekinem, tak żartuje, że moglibyśmy być dla niego kolacją... po pewnym czasie dostrzegam w wodzie dużego rekina, potem następnego i następnego. Są duże i małe, ustawione w szeregu, za nimi tworzy się następny równy szereg i jeszcze jeden. Dociera do mnie, że one poczuły się zaproszone na kolację, którą stanowimy my. Rozglądam się, za czymś co może stanowić ochronę. Jest stół czy biurko w tym morzu, na które można by wskoczyć.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Wakacje

Wyjeżdżam. Za godzinę lub dwie. Domem stanie się namiot. Ma być słońce, wiatr i jasne chmury. Drzewa nasycone zielenią i ich pląsające odbicie w wodzie jeziora. Ptaki w trzcinach. Rozgwieżdżone niebo. Dym z ogniska i pachnąca nim z rana gorąca kawa. Spokój. I totalne lenistwo. Słowem: dwa tygodnie odmóżdżenia. 

Tak tam wygląda słoneczny ranek

niedziela, 27 lipca 2014

Pracowakacje i zakochanie

Zostałam zaproszona. Wyjechałam w piękne tereny Jury Krakowsko-Częstochowskiej by tam kontynuować swoja pracę.  Słoneczna pogoda, widoki, spacery, zwiedzanie. I praca.

Codzienny widok po wyjściu z domu

Moja "praca" na spacerze

"praca" na jagodach

Powrót z sadu
 "Praca" pracowicie pomagała zbierać fasolkę na obiad




Odrestaurowany zamek w Bobolicach

Ten dopiero w w trakcie odbudowy

Widok z Góry Zborów

Zakochałam się w tych dziko rosnących bodziszkach, czyż nie są pełne uroku?