Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

środa, 8 stycznia 2014

Motylek, niebieski pumeks i grudniczek

Mało mi się śni, a jeśli to zaraz sny wyparowują z pamięci. Tylko jeden cały czas jest ze mną, ale niech na razie jest w głowie, tu nie mam odwagi go publikować. Jedynie tytuł snu: Kanapka.
Ale, ale pisząc i wspominając Widuna w ostatnim poście, przypomniałam sobie sen zapisany w zeszycie pod datą 13 czerwca 2008::
Znalazłam klawisz na klawiaturze komputera oznaczony małym znaczkiem w kształcie motylka. Właśnie mam na ekranie list do S., a po naciśnięciu tego klawisza tekst jest skracany i jakoś tak formatowany, że staje się milszy i przystępniejszy. Jestem tym ucieszona, biegnę do S. i chcę jej o tym opowiedzieć, ale ona jest czymś bardzo zaaferowana, zajęta, nie zwraca na mnie specjalnie uwagi.
Tutaj zaś zostawiam sen Widuna z września 2012, bo dla mnie jest on wart zapamiętania:
Znalazłem we śnie nieznaną planetę, która nazywała się Niebieski Pumeks. Mój przewodnik pokazał mi ruchome schody, które prowadziły w głąb ziemi. Tam właśnie gnieździł się ten Niebieski Pumeks, wulkaniczna, skalista wioska planetarna. Celem mojej podróży była jedyna rzeka planety, w której mogłem utopić ból moich stawów. Wylądowałem na szczycie szaro-niebieskiej skały, gdzie stary człowiek z trzema uczniami pokazał mi z dumą wielki sześcian z kolorowych papierów ze skrzydłami i śmigłem z czterech ptasich piór. “To jest nasze leciadło”, powiedział i kazał dwóm chłopakom wejść do sześcianu. Cztery pióra zaczęły wirować hałaśliwie, leciadło uniosło się w powietrze i spadło u stóp góry. Starzec potrząsnął siwą głową ze smutkiem, gdy mu powiedziałem, że musi znaleźć większe pióra na śmigło. “Pterodaktyle mieszkają nad Rzeką Bólu,” powiedział. “Ale stamtąd nikt nie wraca.” “Gdzie jest ta Rzeka, bo ja chcę utopić w niej moje bóle?” Starzec poprowadził mnie na brzeg skały i wskazał na porowatą, niebieskawą drogę w dolinie. “Nikt nie wie, gdzie jest Rzeka, ale wielu z nas poszło po tej drodze i nikt nie wrócił.” W tej chwili pojawił się koło mnie mój przewodnik i ostrzegł mnie, że ruchome schody zmienią kierunek lada moment i muszę się spieszyć, jeśli chcę wrócić na ziemię. Powrotna podróż trwała krótko. Obudziłem się z mniejszym bólem, którego cząstki zostały widocznie na Pumeksie. PS. pumeks to wulkaniczna piana, porowata i bardzo lekka, używana od starożytności w zabiegach kosmetycznych do ścierania skóry. Ma wiele innych zastosowań.
PS.Na razie grudniowi i styczniowi bliżej do wiosny. Ciepło i ani powietrze, ani ziemia nie pachną zimą. Mój grudniczek oddałam przyjaciółce, bo u mnie remont generalny i kwiatki nie mają się gdzie podziać, więc tu tylko zdjątko sobie zostawiam na pamiątkę.

wtorek, 7 stycznia 2014

Ścichapęk

Bardzo lubię ten jego awatar-motylek. Dowiedziałam się dzisiaj, że 3 stycznia zmarł i że miał ponad 90 lat. Nigdy nie dałabym mu tyle czytając jego bloga.  Zostawiam sobie tu jeden z jego wpisów ze snem. Ciekawa była ta nasza rozmowa na komentarzach, ze snów zeszliśmy wtedy na temat Aniołów. Teraz na pewno On wie na ich temat więcej i lepiej niż ja. 
Dla Ciebie Stefanie mój pierwszy sfotografowany motyl, niech leci do Ciebie:

niedziela, 29 grudnia 2013

Przed snem

Przed snem słucham:
Jak bym wiedziała czym jest
To szczęście co rzadko zdarza się
Gdyby ból obcy był mi
Za ból mój miły dziękuję ci

Choć uciekałam
Zawsze wracałam
Z przypływem morza łez
Trudno kochać
Lecz... Lecz trudniej jest
Nie kochać wcale cię

Czy usłyszałabym szept
Jakim to miłość wyznaje się
Gdybym nie znała słów złych
Za te złe słowa dziękuję ci

Choć uciekałam
Zawsze wracałam
Z przypływem morza łez
Trudno kochać
Lecz... Lecz trudniej jest

Nie kochać wcale cię

http://www.youtube.com/watch?v=0WrAvwViyLc

sobota, 28 grudnia 2013

Lekkość bytu

Sen sprzed kilku dni nad ranem:
Jest jakiś kataklizm, wojna, moje mieszkanie zbombardowane, zniszczone, zrujnowane, zgliszcza... myśl kieruję w stronę piwnicy, że tam mam jeszcze jakieś swoje rzeczy, że coś pozostało, ale zaraz wiem, widzę, że to też ulega zagładzie, wybijają rury, woda z fekaliami zalewa wszystko. Nie mam nic. Ani nikogo. Jestem sama. I nagle taka myśl, że już o nic nie muszę się martwić, zabiegać, szukać, pilnować. Wolność i lekkość. Jakby zdjęto ze mnie ciężar.
Obudziłam się i pierwszą myślą było, że to sen o śmierciCzy dosłownie?... Zbiegło się to z remontem i koniecznością wyniesienia wszystkiego z salonu; mebli, ubrań, książek itd. Jak w to obrosłam, ile tego. Pomyślałam, że po remoncie wiele z tego już tu nie wróci. Zrobię ostrą selekcję.
Są we mnie dwie tendencje, by gromadzić, obrastać w rzeczy, te wszystkie "przydasie"  a z drugiej strony taki minimalizm, ograniczenie to minimum. Jakby Moje Ja to były dwie istoty o całkiem różnych zapatrywaniach.
Teraz nie mogę sobie przypomnieć czy sen był przed czy po obejrzeniu filmu z  Sophie Marceau i Monicą Bellucci "Nie oglądaj się".

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Delikatne okruchy

Sen o pocałunkach jeszcze we mnie krąży, choć już zasnuty delikatną mgiełką oddzielającą mnie od tego stanu szczęśliwości. Szkoda. Wpadają w oko, ucho i ręce małe okruchy czegoś, co gdzieś tam do snu nawiązuje. 
Zaproszenie do telewizyjnego teatru. Oglądamy "Udręka życia", która na pewno mnie nie dręczy. Seniuk z Gajosem śpiewa: "Bo deszcz pada na świecie, a noce są zimne. I nie można przeżyć tego życia bez przytulenia".
Syn przynosi stare "Zwierciadło", a tam wywiad z Seniuk i czytam takie zdanie: "Ja byłam zawsze bardzo krytykowana przez moją mamę, bardzo przeżywałam brak jej akceptacji. Dlatego chwale córkę, a jeżeli krytykuje, staram się to robić tak, żeby jej nie dotknąć, bo wiem jakie to bolesne."
Podnoszę na ulicy zardzewiały kapsel Tymbarka, oczyszczam  napis w środku, czytam: CAŁUSEM KURZ Z UCZUĆ ZRZUĆ.
Wczoraj wieczorem obejrzałam film o sile jednego pocałunku - "Delikatność".


We mnie deszcz, deszcz...słońce cudne zaś za oknami. Dobra pogoda by je umyć z kurzu.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Pocałunki

Sen z ostatniej nocy:
Jestem opiekunką kilkuosobowej grupy dzieciaków. Rocznikowo to szkoła podstawowa, w przedziale 9-11 lat. To niby kolonie, wycieczka, łono natury. Jest ze mną też jakiś chłopak. Rozkwita między nami uczucie, ja jestem w tym śnie w wieku tego chłopaka. Gdzieś na dnie duszy była we mnie obawa przed męskością, brak zaufania, ale tu żywo odczuwam, że jestem kochana, że jest to prawdziwe uczucie. Co chwilę całujemy się i sprawia nam to ogromną radość. Jest tak jak czasem widzi się na filmach, że para się całuje a kamera krąży i ma się wrażenie, że to ta para tak się obraca. A w śnie to my się tak obracamy, to z radości, z poczucia szczęścia, które nas rozpiera. Pojawia się przed nami porośnięta zieloną trawa  spora skarpa. Jedno czy dwoje dzieci zbiega w dół, widać ścianę sporego zagajnika w oddali. Chłopak jest zaniepokojony, ostrzega, że z tego lasu mogą wybiec dziki. Trochę mam obawy, ale wypada mi małe okrągłe lusterko i toczy się w dół, więc zbiegam po tej trawie za nim, mam w sobie jeszcze to uczucie radości, które dodaje mi skrzydeł i odwagi. Gdy jestem na dole zastanawiam się jak bezpiecznie dzieciaki zabrać do góry, rozglądam się za innym, mniej stromym wejściem.
Z całego snu najbardziej przemówiło do mnie to jak bardzo odczułam to pierwsze zakochanie, pełne siły i delikatności, jak mnie ono uwzniośliło, jak było piękne. Jak bardzo spragniona byłam pocałunków.

piątek, 22 listopada 2013

W jaskini

Prawie co wieczór w czasie choroby rozmawiałam z przyjaciółką przez telefon, a potem ona robiła dla mnie relaksację. Coraz szybciej wchodziłam w te stany wyciszenia. Ostatnio przeżyłam coś, wizje jakby innego życia, może swojego wcielenia? Przyjaciółka zaproponowała w medytacji podróż w głąb jaskini. To akurat nie było miejsce do którego miałam szczególną ochotę się udać, ale ruszyłam za jej głosem i nagle znalazłam się w oświetlonej ogniem grocie. Było przyjemnie. Byłam wyrostkiem, trudno mi powiedzieć nawet czy chłopakiem czy dziewczyną, raczej dziewczyną i przyglądałam się z zainteresowaniem  jak kobieta  zszywa kawałki skóry. W tym wszystkim najważniejsza była ta atmosfera spokoju, zaufania, bezpieczeństwa. W tym plemieniu wszyscy byli  wielką rodziną, dzieci chowały się wspólnie. To taka komuna gdzie zasada "każdy pracuje według możliwości i dostaje według potrzeb" była na porządku dziennym. Było mi dobrze. Gdy przyjaciółka spytała czym mam coś co należy do mnie, zobaczyłam zabawkę, małego niby jelonka zrobionego z korzenia. Wiązało się to z bardzo miłym wspomnieniem, to zrobił jakiś mężczyzna utalentowany artystycznie, i to było specjalnie dla mnie, gdy byłam mała. I że byłam dla niego kimś ważnym, że mnie bardzo lubił. Leżałam przy ognisku, bawiłam się jelonkiem, który podskakiwał na mojej dłoni i myślałam o tym, że mogłabym dać go małemu dziecku, bo sama już nim przestałam być. Najbardziej z całej wizji było dla mnie ważne to odczucie wspólnoty i to bezpieczeństwo, spokój. Nikt nikogo nie krytykował, nie popędzał, każdy wiedział co ma robić i robił to z przyjemnością, zaangażowaniem.
Za kilka dni przyjaciółka wróciła do tej wizji i poprosiła bym zobaczyła siebie już jako dorosłą osobę. Od razu zobaczyłam starą, wychudzoną kobietę. Jej piersi to były jakby spłaszczone dwa woreczki skóry. Była lekko zgarbiona, taka przykurczona. Już chyba nie bardzo mogła jeść, albo niewiele. Był w niej smutek, pragnienie odejścia i takie osamotnienie w grupie. Miała opiekę, ale nie było głębszych relacji. Ci, których znała w młodości, z którymi miała silne związki, odeszli. Teraz, mimo, że się nią opiekowano, to czuła się wyobcowana. Samotna w grupie, niepotrzebna. Chciała umrzeć i to się stało wkrótce. Jej ciało leżało w płytkim grobie, na boku. Było przykryte kilkuwarstwową stertą płaskich kamieni. Czułam w tym momencie, że wszystko jest tak jak ma być. Przyjaciółka zasugerowała bym spojrzała wstecz, do czasów młodości. Widziałam jak pracuję razem z grupą mężczyzn. Jestem niewysoka, ale mam sprężyste, silne ciało. Wybieraliśmy ryby z takich prymitywnych sieci. Czułam się przy tym bardzo dobrze. Tam kompletnie nie było tego osamotnienia. Była radość, poczucie dobrze wykonywanej pracy, która daje satysfakcję. Dobrze się czułam we własnym ciele. I czułam, że jestem lubiana. Kiedy przeniosłam się do swej starości, zdałam sobie sprawę, że nie miałam dzieci, chyba byłam bezpłodna i że mimo poprawnych stosunków z grupą, zabrakło tych bardzo osobistych, jakie ma się z najbliższymi. 

środa, 20 listopada 2013

W drodze na stację

Dawno nie pisałam, bo chorowałam i pisanie to  nie było "to co tygryski lubią najbardziej". Z resztą  czułam się tak źle, że na nic nie miałam ochoty. Zapamiętałam jeden sen z tego okresu.
Śpieszę się na pociąg. Jestem z małą dziewczynką. Dziecko gdzieś pobrudziło sobie całe rączki czymś bardzo klejącym. Jestem zdenerwowana, bo to ostatnia rzecz jakiej bym sobie mogłabym życzyć w podróży. Idę szybko ciągnąc małą i szukając gdzieś po drodze źródła wody. Idziemy przez jakieś stare podwórka, domy zniszczone, nieremontowane i tacy niezbyt przyjemni mieszkańcy. Szarpie małą i to jest wszystko na granicy już bólu. Mówię do niej podniesionym głosem. Z jednej strony wiem, że to małe dziecko i ma prawo do błędów, z drugiej moje zdenerwowanie i złość biorą górę i nie umiem wyluzować. Jest z nami moja przyjaciółka, obok jakby krok w tyle, widzę ją kątem oka. Ona wie to co ja, rozumie, ale nic nie mówi, jakby bała się mojej reakcji. Nie wtrąca się, bo to MOJE dziecko. Przyjaciółka ma ciemne ubranie i jest przygaszona, smutna. W końcu znajduję jakiś kran, myje małej rączki i już zwracam się do niej spokojnie coś tłumacząc, ale w środku jestem na siebie zła, nie lubię siebie za to zachowanie pełne złości i agresji... Ta dziewczynka jest podobna do mnie, gdy byłam mała. Idziemy szybko na stację. Nie mamy żadnych bagaży.

niedziela, 20 października 2013

Cudnie

Moich snów nie pamiętam, budzę się i nic. Za to codziennie wysłuchuję opowieści o snach przyjaciółki, długich, barwnych, ciekawych. Mam wrażenie, że śni za nas obie. Za to w weekendy, kiedy zamykam wieczorem oczy, widzę pełno grzybów, skutek tego co robię za dnia.
Szukam w lesie podgrzybków, prawdziwków, maślaków, zajączków i opieńków.  

Cudna ta jesień.
Nasuszyłam kwitów wrzosu, jest z tego dobra herbatka lecząca nerki. Akurat na zimę. Nawiązałam nowe znajomości, ciekawych ludzi poznaję. I odkryłam opuszczone gospodarstwo, miejsce, gdzie chciałabym w przyszłości zamieszkać. 

sobota, 21 września 2013

Włamywacze

Śniło mi się ostatnio, że do mojego mieszkania jakieś ktosie chcą się włamać. Prawie na całej wysokości drzwi były takie małe, okrągłe jasne zamki i niektóre z nich włamywacze próbowali otworzyć. Pilnowałam dzielnie tych drzwi przekręcając zamki, a wtedy zauważyłam, że zamaskowani mężczyźni chcą wykorzystać uchylone okno. Ujrzałam ciemną postać  i obudziłam się. Byłam już lekko zmarznięta, bo okno faktycznie było uchylone, a noc zimna. Momentalnie sen stał się dla mnie jasny: ci włamywacze to jakieś zarazki, zamki to mój układ immunologiczny, mieszkanie to mój organizm. Zamknęłam okno, dodatkowo przykryłam się kocem i chwaląc własną podświadomość, zasnęłam. Obudziłam się rześka, zdrowa i wypoczęta.

wtorek, 17 września 2013

Mgliście

Wraz z chłodem jesieni w duszy zaczyna pojawiać się nostalgia. Za czymś tęsknię i nie potrafię sama sobie odpowiedzieć za czym. Tak zawsze się dzieje o tej porze roku. Trochę jestem podobna do wędrownego ptaka, który w podnieceniu szykuje się do odlotu do ciepłych krajów. Tyle, że ja się nigdzie nie wybieram, a jednak czegoś pragnę, jakiejś zmiany. To jest niewyraźne, mgliste.
foto z ostatniej leśnej wędrówki w poszukiwaniu grzybów

sobota, 14 września 2013

Kilka fotek

Pada za oknem, chlupie w rynnach, plumka. W domu cisza, wszyscy jeszcze śpią. Wklejam kilka moich fotek, niech przypominają o słońcu, zapachu ogniska i pięknych widokach.





Summa summarum

Ostatnie dni lata przesiąknięte zapachem jesieni. Snów mniej, albo mniej zapamiętuję. Za to częściej śnię na jawie. Takie króciutkie obrazy-wizje. Czasem dokładnie pokazujące przyszłość, czasem używające do tego symboliki.
Mąż złapał coś, albo to zaczep. Ciągnie, zmaga się z oporem na końcu wędki. Zobaczyłam suma. Dokładnie to widziałam, że będzie to ryba i sum, szybko aparat by uwiecznić chwile i ... wielkie rozczarowanie, bo ryby nie było. Za tydzień pojechał beze mnie i było, jak powiedział dokładnie tak samo, to samo zmaganie, ta sama pogoda, tyle że był kilku kilogramowy sum. Więc zdjęcie byłoby dokładnie takie samo.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Zamiast wyszywanki


Wyjechaliśmy w piątek późnym popołudniem, a w niedzielę po śniadaniu deszcz wygonił nas do domu. Zdążyliśmy zwinąć namiot i prawie całą resztę rzeczy, nim ostrzegawcze pomrukiwania nadciągającej burzy sprowadziły ulewę. Ale było w sumie dobrze, nawet siedzenie w samochodzie i obserwowanie kropli wody przez zaparowane szyby niosło spokój, którego tak ostatnio potrzebuję i dostaję też sporo.
Zapomniałam zabrać mojej wyszywanki, kolorowe nitki muliny i kanwa zostały w domu.


Za to w tym szybkim i improwizowanym pakowaniu, zabrałam stary zeszyt z zapiskami. Więc w końcu zaczęłam go nad wodą przeglądać, a tam notatki z pobytu w Ciechocinku i ciechocińskie sny. Najdziwniejsze dla mnie było, że te sny całkiem zapomniałam, i gdyby nie zapisanie ich, z pewnością nigdy już bym do nich nie wróciła pamięcią. Tu zostawiam pierwszy, z pierwszej nocy na nowym miejscu.
Sen z 2 na 3 grudnia 2012
Jestem nad jakąś bardzo zimną wodą. Na środku jest coś niby wyspa. Ktoś musi na nią popłynąć.  Mąż chce to zrobić. Jestem z niego dumna, że to robi. Inni gdzieś go obserwują, a ja go w myślach zachęcam i wspieram, bo czuję, że ta woda go trochę przeraża. Skacze i dopływa do wyspy. Ja po pewnym czasie szykuję dla niego coś ciepłego do jedzenia i koc. I idę przez tę wodę, która sięga  mi zaledwie do pół łydki. W śnie to jest jakieś normalne, nie budzi mego zdziwienia, że mąż płynął w głębokiej, zimnej wodzie, a ja ją przechodzę. Dochodzę do wyspy. Tam jest coś jak szałas i mąż siedzi w kucki trochę przerażony i zmarznięty (czuję, że on czuje się osamotniony). Daję mu koc i jedzenie i myśl mi przelatuje, że trzeba to było przynieść szybciej.
Jakie to dziwne, że ten sen wyśniony ponad pół roku temu, dokładnie symbolizuje to co dzieje się w naszym małżeństwie, i ma też podpowiedź: kto w porę daje, ten dwa razy daje.