Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

czwartek, 15 października 2015

Znalezione nad morzem

Szykuje się rozstanie z przyjaciółką. Ale tylko na jakiś czas. Zatem chyba trochę na zapas robi dla mnie te relaksacje. 
Byłam nad morzem. Sama. Liczyłam, że może zobaczę Go w tej relaksacji, ale nie... i dobrze... bo było mi dobrze. Miałam coś tu znaleźć... ujrzałam kępę wodorostów wyrzuconą przez morze, a w niej bursztyn. Był piękny, przytuliłam go do policzka, czułam przenikające skórę ciepło. 

Potem idąc dalej poczułam, że palce nóg o coś zahaczyły. To był złoty łańcuszek ze złotym serduszkiem. Miało proste zapięcie, w środku można było schować coś co jest drogie sercu... zdjęcie Tej osoby, czy jej pukiel włosów. Na końcu relaksacji ujrzałam, coś na piasku. To była kosmetyczna. Pomyślałam, że znajdę w niej kosmetyki, ale nie. Ktoś ukrył w niej sporych rozmiarów chustę. Była lekka,  różowa, z bardzo delikatnego jedwabiu. Doszłam do wniosku, że kosmetyczka miała stanowić zabezpieczenie przed piaskiem. Chusta była piękna, niepowtarzalna. Namalowane były  piwonie, ich różowe kwiaty i zielone liście wyraźnie odcinały się od  jasnego tła. Przypominały mi japońskie rysunki. Wpatrywałam się w nią  w zachwycie. Mogła chronić głowę od wiatru i słońca, mogłam ją owinąć wokół szyi, narzucić na ramiona, czy też okryć nią biodra przepasują się nią w pasie. 

poniedziałek, 5 października 2015

Trzy kamienie

Zasugerowała, aby to zapisać, zatem...
To była relaksacja.  Czasem przeprowadza ją dla mnie moja przyjaciółka. To działa, jestem spokojniejsza, lepszy mam wgląd w swoje sprawy. Tym razem było troszkę inaczej. Może, aby mnie bardziej zrelaksować, zaproponowała zabawę. Miałam sobie wyobrazić, że mam w ręku worek czy też sakiewkę, a w niej kamienie i trzy wyciągam dla niej. Wyraźnie zobaczyłam  niedużą sakiewkę uszytą z czerwonego aksamitu. Ten kolor przypominał mi kolor wina i był piękny. Widziałam na materiale misterne hafty złotą nitką i skręcony złoty sznurek służący do zamykania sakiewki. Wiedziałam też, że znajdują się w niej nie zwykłe kamienie, ale te z najwyższej półki. Najpierw wyciągnęłam czerwony kamień w kształcie wydłużonego stożka. Co było niezwykłe to w środku niego na tej okrągłej podstawie był ośmiokąt, od którego odchodziły ścianki do wierzchołka. To trochę wyglądało tak jakby wpierw utworzono piramidę z ośmiokątną podstawą a potem zalano ją w ostrosłup. Wiedziałam, że jednak ta bryła tworzona była z całości i zastanawiałam się przez chwile w jaki sposób tego dokonano. Była piękna, światło załamywało się w środku tworząc refleksy. Widziałam jak przyjaciółka siedzi na krześle a przed nią  na drewnianym stole jest ten kamień. Wpatruje się w niego i wtedy widzi oczami wyobraźni co dolega danej osobie, gdzie jest źródło problemu. Ta osoba siedział po drugiej stronie tego stołu. Zatem kamień ułatwiał kontakt z podświadomością. Co ciekawe to czerwone światło jakie ten klejnot dawał, nie męczyło wzroku. Było ciepłe, łagodne, kojące. Wiedziałam też, że kamień ma też inne zastosowanie, ale przyjaciółka używała go jedynie do diagnozowania. 
Potem wyciągnęłam owalny kamień z pięknym szlifem. Był w kolorze ciemnego indygo. W tej wizji bardzo się mojej przyjaciółce podobał i pragnęła by stanowił oczko w pierścionku. To miał być raczej reprezentacyjny pierścień wzorowany na dawnych królewskich wzorach. Prestiż, tradycja, dostojeństwo. Ostatni z wyciągniętych kamieni stanowił zwykły kryształ górski. Wyciągając go widziałam go jako biały a zaraz potem gdy podawałam przyjaciółce, stał się różowy. Był dla niej bardzo ważny, widziałam jak go tuli w dłoni, był tylko dla niej, nie na pokaz. Miał dużą wartość sentymentalną, ponieważ ten kawałek wypolerowanego kwarcu można by kupić za znikomą cenę.
Potem przyjaciółka poprosiła bym wyciągnęła trzy kamienie dla swojej córki.
Na początek wyciągnęłam pięknie oszlifowany diament. Lśnił i mienił się tęczowymi refleksami. Sprawił radość obdarowanej.. 
Potem był jasny błękitny kamień, większy od poprzedniego, bardziej owalny, który przyjęła z  dużym zaciekawieniem, widziałam przekrzywioną głowę córki, gdy się mu przypatrywała, paznokciem ostukiwała. Była w niej ciekawość sikorki. Ostatni był zgrabny, różowy i został przyjęty z niejakim zdziwieniem.
Potem przyszła kolej, bym wyciągnęła coś dla siebie. Najpierw był to gładki spory kamień, trochę jak te co znajduje się nad brzegiem morza. Ciemniej, zielonej barwy. Nie podobał mi się. Pomyślałam, że ja to mam szczęście. Zaczęłam płakać, a kamień, pod wpływem moich łez zaczął się rozpuszczać, w końcu nie było po nim śladu. Wtedy wyciągnęłam następny. Miał ten kształt co ten w kolorze ciemnego indygo, ale nie myślałam o tym by ubrać go w złoto czy srebro. Sprawił mi taką radość, że niemal płakałam ze szczęścia podskakując jak mała dziewczynka. Na koniec wyciągnęłam z sakiewki małą kulkę z kryształu górskiego. Wiele lat temu sprawiłam sobie śliczne kolczyki ze srebra. Miały kształt delfinka, który otaczał kryształową kulkę. Któregoś dnia, kiedy brałam prysznic, ta jedna z kuleczek wyleciała i zniknęła w otchłaniach rur kanalizacji. Teraz trzymałam te kulkę w dłoni. Oto odzyskałam coś dawno utraconego.

wtorek, 29 września 2015

Wilki i skarby ze śmietnika

To sen sprzed dwóch dni. Jestem niedaleko mojej szkoły podstawowej. Jestem chyba razem z córką na takim opuszczonym terenie, trawa, drzewa. Ludzie wyrzucają tam niepotrzebne rzeczy. Pojawia się młoda kobieta, ma ciemne włosy. Ona zbiera szkło. Ma nawet taki wózek do jego przewozu. Potem gdzieś to oddaje i dostaje pieniądze. Wpierw lekko się opierając, ale potem już bez oporów, zabieram się za zbieranie tego szkła. To jakieś stare butelki niemal wrośnięte w ziemię i różne odłamki. Oddaję to tej kobiecie. Chyba córka mi pomaga. W trakcie tego zbieractwa odkrywam coraz ładniejsze rzeczy, które ludzie wyrzucili. Śliczne wazony, kieliszki z cienkiego szkła. Naprawdę ładne i niezniszczone. Odkładam je na kupkę, a to co niepotrzebne daję tej zbieraczce. Będę miała pieniądze z tego szklanego złomu i kilka pięknych rzeczy do domu.
Potem sen się przenosi w całkiem inne miejsce. Oto widzę dwie postacie zawieszone nad urwiskiem. Jedną z nich jestem ja. Goniły nas wilki i uciekając w końcu tu się znaleźliśmy. Droga  bez wyjścia, jak w pułapce. Widzę z bliska nasze zaciśnięte  palce na krawędzi, są pokrwawione, pozdzierane. Zdaję sobie sprawę, że tak długo nie wytrzymamy. Podejmuję desperacką decyzję. Odwracam się i przytrzymując się traw i gałązek zaczynam szybko zjeżdżać w dól po stromych pionowych blokach skalnych. Ta druga osoba jeszcze się trzyma urwiska ale wkrótce dołącza do mnie. Trzymamy się za ręce w tym szalonym pędzie, który jednak kontroluję poprzez lekkie wyhamowywanie przy kolejnym chwycie za rośliny. Wilki nie dały za wygraną i biegną koło nas. Wiem, że te zwierzęta są lepiej przystosowane, ale ja mam wolne nogi i co któryś za blisko podleci, zostaje silnie kopnięty, zwija się w kłębek i odlatuje daleko w bok. Jesteśmy bezpieczni, docierając na sam dół, nagle sen przenosi nas do kuchni jakiejś restauracji. Rozglądam się.
Wczoraj miałam rozmowę, która do przyjemnych nie należała, przypomniałam sobie sen i... chyba w porę wyhamowałam. A potem zadzwonił ktoś w sprawie mojego ogłoszenia. Otóż znalazłam coś na śmietniku, co zabrałam, a teraz znalazł się na to amator. Akurat starczy na zakup nowego telefonu, bo ten który mam uczy mnie nienawiści do elektroniki. Zatem można będzie wkrótce powiedzieć, że mam nowiutki telefon ze śmietnika.

czwartek, 24 września 2015

O mężczyźnie i o radości

Nie mam ochoty na czynienie tu zapisków o snach, z drugiej strony coś zmusza mnie, by je tu umieszczać, jako coś istotnego, cennego, co nie może się zgubić, zatem...
Sen już dość dawny. Patrzę na młodego mężczyznę. Ma ciemne włosy, lekko falowane. Leży na łóżku, a przed nim leży jego synek. Tak na łyżeczki leżą, dziecko przytulone do ojca. wiem, że jest on ważny w życiu tego mężczyzny. Czuję to jego uczucie do dziecka. Czuję też własne uczucie do tego mężczyzny, jestem w nim zakochana, chcę też opiekować się jego synem. Potem widzę tego mężczyznę takiego wystrojonego, biała koszula, krawat, wiem, że to dla mnie zrobi chcąc wywrzeć jak najlepsze wrażenie, ale dla mnie to nienaturalne, to bardziej jak przebranie niż ubranie. Nie jest sobą. I daje mu do zrozumienia że to nie wzbudza mojego zachwytu. Nie chce by nie był sobą. I potem widzę go już dojrzalszego, w gronie jakiś mężczyzn. Nie wyróżnia się, jest skromnie ubrany, wiem, że jest prezydentem, ale zapamiętał lekcje ode mnie, by nie robić z siebie kogoś kim się nie czuje, by nie narzucać sobie stylu innych.
Sen, kiedy przebywałam na wsi. Mogłabym go zatytułować: 
"O odzyskaniu radości życia"
Jestem zdołowana, jest mi trudno, ciężko. Mocno czuję ten ciężar na duszy, to zapadlisko. Moja twarz z podkrążonymi oczyma. Smutek, beznadzieja. A potem nagle to wszystko mija jak ręką odjął. Widzę siebie, patrzę prosto sobie w twarz. Mam ładny makijaż typu smoky. W ogóle podobam się sobie. Uśmiecham się, a potem śmieję. Czym bardziej się śmieję, tym większa radość jest we mnie. A czym większa radość, tym bardziej się śmieję. Lekkość, cudowny smak życia.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Sny Wleniowe

Sen o ptaszkach łapanych w locie
Śniło mi się, że łapię w dłonie małe ptaszki. Robię o z łatwością i bardzo delikatnie. Ptaszki budzą moją miłość. Kiedy przelatują obok mnie bez trudu  ot tak biorę w dłonie, przytulam, delikatnie całuje i wypuszczam. Robię to cztery razy. Za każdym razem to jest mały ptaszek. Każdy jest inny. Są ładne, nie są pstre tylko w kolorach ziemi.
Olivia Charmaine

Sen o lisie w mieście

Jestem gdzieś w mieście. Idę na spotkanie z mężem. On jest gdzieś, w jakimś towarzystwie i nie myśli o mnie. jest ze mną chyba któryś z synów. Nagle dostrzegam lisa. Widzę go dokładnie. Ma letnie futro. Jest dzikim zwierzęciem, które jednak uczy się życia w mieście. Kiedy patrzę na jego pysk, uzmysławiam sobie, że już gdzieś to zwierzę widziałam. Przed lisem pojawia się mur. Wysoki, ceglasty. Zastanawiam się jak sobie ten zwierzak poradzi i wtedy ze zdziwieniem obserwuję, że wdrapuje się na tę pionową ścianę wbijając pazury w szpary między cegłami. Nie sprawia mu to trudności, po chwili znika po drugiej stronie muru.
foto Richard Peters
18.07.2015
Dzisiejszej nocy miałam sen nad ranem. Wpierw śniło mi się, że załatwiam mieszkanie. Podpisałam jakieś dokumenty, a teraz jestem trochę w rozterce, bo jak mogłam tak w ciemno podpisać umowę kiedy nie widziałam jeszcze mieszkania. Zatem idę zobaczyć gdzie mamy zamieszkać. To jest na Ostrowie Tumskim. Przepiękna okolica, a my mamy mieszkanie w ślicznej, odnowionej żółtej kamieniczce na rzeką. Mieszkanie jest mniejsze od obecnego i to troszkę mnie martwi. Mamy dwoje małych dzieci, więc myślę, że mogą być w jednym pokoju. Okolica nad rzeką jest malownicza i to dobre miejsce dla męża na łapanie ryb. Kiedy wracamy, z nim i chyba ze starszym synem, natrafiamy na plan filmowy. Kręcą film o wojnie. Pani reżyser to coś jak mama Nikodema - bardzo przejęta swoja rolą. Jakoś udaje nam się ten plan ominąć i wtedy dostrzegam lecące samoloty. Są niezbyt duże, czarne na tle zmierzchającego nieba. Dociera do mnie, że to atak bez uprzedzenia. Kiedy samolotów już nie widać, biegnę w stronę domu by ostrzec pozostałe dzieci. Gdzieś po drodze rozdzielam się z mężem i synem. Na chodnikach widzę małe grudki przypominające kawałeczki lawy czy kamyczki. One zaczynają dymić. Wpierw troszkę ale za chwile z wielką siłą.  Uświadamiam sobie, że to te czarne samoloty zrzuciły te czarne kamyki. To atak bronią chemiczna. Przy zetknięciu z podłożem z tych kamyków uwalnia się trujący gaz. Chodzi o wytrucie ludzi. Potem, bez żadnych strat, z łatwością zajmie się całe miasta, trupy zaś usunie. Pozostanie wszystko, domy, sprzęty, maszyny itd.
Biegnę, nie wiem czy zdążę. wiem, że trzeba w domu uszczelnić drzwi i okna, wentylację, tak by dym się nie dostał. Potem on się zneutralizuje. W ten sposób można jedynie ocalić życie, ale ja nie wiem czy zdążę.
19.07.2015
Sen niewyraźny o Zosi i katastrofie
Śniłam, że jestem z Zosią, którą czeka trudne doświadczenie, chyba operacja i pobyt w szpitalu. Zatem chcę jej, póki jest ze mną, umilić jakoś czas. W kiosku są zabawki, takie trochę tandetne. I dość drogie - 20 zł.
Zosia chce taką zabawkę, ale wiem, że się nią długo nie pobawi, to taka jednorazówka. I wtedy, taki podrostek, jakieś 11 lat, podchodzi, daje 100 zł, kupuje ostatnie 3 zabawki. Są we mnie sprzeczne uczucia, z jednej strony zastanawiam się czy nie odkupić jednej zabawki, a jednocześnie wiem, że to szmelc i nie chcę tego. Uświadamiam sobie że ten chłopiec nie zna wartości pieniędzy. Dla  niego one łatwo przyszły więc wydaje je na byle co.
Potem widzę  z daleka jakąś halę-targowisko. I zawala się tam dach. Dochodzi do katastrofy. Nad halą dostrzegam jakiś przedmiot. Myślą go naprowadzam, spada na halę i okazuje się być takim gigantycznym ochronnym spadochronem. Ja i mąż biegniemy na miejsce katastrofy, ale przedtem próbujemy się czegoś dowiedzieć z tv. To jakieś strzępki informacji, nic konkretnego. Na miejscu widzę połamane sprzęty, porozrywany materiał tego spadochronu. Nie widać ludzi. Uprzytamniam sobie, że przecież mogę zadzwonić na  komórkę córki. Okazuje się, że ona i Zosia są w domu i nic im się nie stało. Wtedy dociera do mnie, że mam złamaną nogę więc natychmiast sen przenosi mnie na wózek. Czekam w nim przed halą na męża. Gdzieś kołacz myśli, że jetem bezbronna na tym wózku, więc ktoś może mi zrobić krzywdę. wtedy sen tego kogoś naprowadza, a wtedy ja dochodzę do wniosku, że mam dosyć tego snu i się budzę 
21.07.2015
Wiele mi się śniło, ale najbardziej zapamiętałam scenę, gdy muszę gdzieś szybko podbiec. Robię to  sprawnie i bez wysiłku. Wtedy pojawia się w śnie myśl, że przecież jestem po złamaniu nogi i ledwo chodzę, a bieganie jest niemożliwe. Następnie w śnie dochodzę do wniosku, że skoro śni mi się sprawne bieganie to oznacza, że wszystko dobrze się zakończy i będę w pełni sprawna. Tak więc nie tylko jestem w śnie świadoma mego stanu zdrowia, ale jednocześnie w śnie tłumaczę sen.
Erica Hopper


niedziela, 5 lipca 2015

Perspektywa

Kiedy leżałam   w szpitalu, to użalałam się nad sobą, na zasadzie: jaka to ja biedna, poszkodowana przez los, itp. 
Którejś nocy  przywieźli na salę 70-letnią pacjentkę. Zadbana, pełna energii, elegancka, dobrze wychowana pani B. Rozpoznanie  usłyszała od  lekarza, który zjawił się przy jej łóżko. Potem, gdy zostałyśmy same, chwilę porozmawiałyśmy. Gdy dowiedziała się z jakiego powodu tu jestem, powiedziała z pełnym przekonaniem: Jak ja pani zazdroszczę! Wtedy nagle dotarło do mnie, że w porównaniu z nią, to faktycznie można mi pozazdrościć. I ucieszyłam się, że mój problem to jedynie złamanie trzech kości podudzia. Przede mną perspektywa bycia zdrową.
Pani B. miała patologiczne złamanie kości miednicy, które spowodował narastający guz. Okazał się złośliwym nowotworem z przerzutami. Żadnego leczenia, żadnej operacji, cierpienie, walka z bólem, brak nadziei.

sobota, 4 lipca 2015

Anfas i z profilu

Moja noga, a konkretnie podudzie, miało kolejną sesję zdjęciową. Wnętrze jest jakie jest, a ja we wtorek jadę umówić się na wyjęcie tego co do układu kostnego nie należy, a jedynie trzyma w należytym porządku. Podobno kolejka jest długa, więc może za rok się uda?
W środę wyjazd. Rehabilitacja, zero internetu, jeśli będę skazana li tylko na własne towarzystwo, to nim nie pogardzę. W końcu nigdy się ze sobą nie nudziłam. 
PS. Upał staje się nie do zniesienia.

środa, 10 czerwca 2015

Pożegnanie z Muminkami

Życie jest pełne niespodzianek... przynajmniej moje życie. A nieszczęścia nie chodzą w nim parami, ale... stadami... czuję się jak bezradny plankton skazany na miotanie przez potężne fale oceanu.
Od 26 kwietnia czyli od czasu wypadku, miałam tylko jeden sen. Był straszny i tak mocno w nim płakałam i ... nie mogę go tutaj zapisać. Ale gdy już byłam na granicy snu i jawy, czyli tuż przed wybudzeniem, miałam słowny przekaz. Wynikało z niego, że do tej wyśnionej tragedii nie dojdzie, bo...  podświadomie zrobiłam to co zrobiłam, czyli uległam wypadkowi. Wprowadziłam zasadniczą zmianę, która pociągnie inne i w ten sposób nie dojdzie do tego do czego miałoby dojść. Nie do końca to wszystko rozumiem, ale wynika z tego, że nie jestem jak ten plankton, że steruję swoim życiem choć nie jest to uświadomione.
Wczoraj pozbyłam się  gipsu  i bez żalu pożegnałam się z Muminkami i całą resztą. 


Pozostały rany do wygojenia i rehabilitacja. I tylko na tym się skończyło, choć na początku wyglądało to niewesoło i cały czas mówiono o konieczności przeszczepu skóry. To co trzeba będzie zrobić, to za rok powyjmować te całe  metalowe druty, które trzymają moje kości tak jak należy. W końcu nie odpowiada mi rola Robocopa;) Kończę kolejny antybiotyk, który jako jedyny pomógł na szpitalne zoo, które zakwaterowało się w moich płucach, po tym jak trzymano mnie przez kilka godzin w przeciągu. Szkoda, że personel szpitalny pozostał głuchy na moje prośby o to by ktoś mnie osłuchał, zatem wypisano mnie z 3-tygodniowym nieleczonym zapaleniem płuc. Bardzo osłabiona, ale już z nadzieją patrząca w przyszłość, wracam drobnymi kroczkami do zdrowia.

piątek, 8 maja 2015

Spełnienie

Piszę  na tablecie , to niełatwe.  Sen się spełnił. Od 26 kwietnia leżę  w szpitalu.  Pieszczotliwie nazywam to miejsce Hotelem Ortopedia. Operacja przebiegła  sprawnie i w ciągu  24 godzin od  wypadku.

środa, 25 marca 2015

Sny o trudnościach i niebezpieczeństwach

Obudziłam się po pierwszej w nocy ... dawno już tak nie miałam... trudno. Czas wątroby, mam nadzieję, że to przypadek sporadyczny i jutro nie będzie pobudki. Za to jest czas by w końcu zapisać te dwa sny sprzed bodaj trzech tygodni. Jeszcze zapamiętane, bo za chwilę rozpuszczą się w czaso-niepamięci. 
Sen o grzybach, ropuszkach i czarnej żmii
Jestem przy jakiejś drodze, za mną jest bodaj najmłodszy. Pobocze jest i taki rów - obniżenie terenu ciągnie się w wzdłuż tej drogi. Rośnie tam trawa a zaraz dalej są takie już zasuszone badyle... to chyba kukurydza. Zsuwam się do tego rowu, bo zauważam bardzo dorodne grzyby-twardzioszki przydrożne, mają spore kapelusze jak na te małe grzybki. W tym rowie jest też pełno małych ropuszek. Nie chcę im zrobić krzywdy i nie chce ich dotykać, więc myślę, że samo to, że mnie usłyszą spowoduje, że przemieszczą się w stronę tej kukurydzy. Zrywam pierwsze grzyby, gdy nagle dostrzegam ruszającą w moją stronę dużą czarną żmiję. Jestem tyłem do drogi i nie uda mi się w tej pozycji na nią dostać. Jestem na obniżeniu terenu, droga jest wyżej. Bezradna wołam rozpaczliwie syna by mi podał rękę i pomógł się wydostać. Budzę się przerażona.


Sen o drodze przez błoto
W rękach mam torby foliowe z zakupami. Musze przejść przez takie wiejskie podwórze. Kątem oka dostrzegam maszyny rolnicze. Podwórze jest całe w błocie. Rozglądam się, ale nigdzie ani skrawka wolnej od błota przestrzeni. Ruszam. Myślę o moich butach - zamszowych kozakach, które są i wygodne i i które bardzo lubię, szkoda mi tych wojasowych butów i zastanawiam się jak potem je doprowadzę do porządku. Czym ten zamsz wyczyścić? Jednocześnie pojawia się myśl, że dla dziecka taka droga byłaby niebezpieczna i nie poradziłoby sobie. 

Znowu jestem na tym podwórku i znowu sytuacja się powtarza. Tym razem dostrzegam krawędź, która jest wyżej i jest wolna od błota. Postanawiam tamtędy przejść, jednak tak cześć gruntu jest niestabilna, miękka od wody, pęka ziemia i obsuwa się pod moim ciężarem i zaraz runę w dół w przepaść. Budzę się wystraszona.

Dochodzi szósta rano i chyba pójdę odespać tę nieprzespaną noc.

piątek, 13 lutego 2015

Podróże i brak pamięci

Niewiele pamiętam ze snów, jedynie to, że coś śniłam. Ostatnio była podróż do Afryki. Nagle dowiedziałam się, że mam jechać. To jakaś zorganizowana wycieczka, jakieś biuro podróży, coś w tym stylu... i to dociera do mnie tuż przed wyjazdem... zabieram małą torbę, bardziej na zakupy niż do podróży. I trochę się martwię o pieniądze, nawet nie wiem ile dokładnie mam i czy tam, w tej Afryce będę mogła wybrać ze swojego konta pieniądze... praktycznie jadę tak jak stoję... na wariackich papierach to wszystko...
Afryka? Z czym mi się kojarzy? Czarny ląd. Niebezpieczny. Duże dzikie zwierzęta. Brud, muchy, choroby. Prymitywizm. Natura.



Dzisiejszej nocy też byłam w podróży. Gdzie?... nie pamiętam. Tyle, że to nie była Afryka.

piątek, 26 grudnia 2014

Strata i prezent

Sen przyśnił mi się jakieś dwa czy trzy dni przed 6 grudnia.W Mikołajki miałam spotkanie z przyjaciółką i kiedy siedziałyśmy przy stoliku w cukierni, opowiedziałam jej ten sen, bo ciągle byłam pod jego wrażeniem. Powiedziała, żebym koniecznie go zapisała, więc teraz to robię.
Moja pracodawczyni znalazła nową opiekunkę dla swojej córeczki. Nie mogłam zrozumieć dlaczego to zrobiła. Nie rozmawiała ze mną w ogóle na ten temat. Było mi bardzo przykro, byłam jeszcze w jej domu i widziałam tak jakoś z daleka małą jak kompletnie nie akceptowała nowej niani. Głośno i rozpaczliwie płakała, a nowa opiekunka była bezradna. Ta decyzja o zwolnieniu mnie nie wiedziałam czym była spowodowana, ale była ze szkodą dla dziecka.
W rzeczywistości w pracy są ze mnie zadowoleni i w żadnym razie nic nie zapowiada bym miała stracić zajęcie, ale... jakiś niepokój we mnie został zasiany. Okazało się, że to nie ja, ale przyjaciółka, której opowiedziałam mój sen, straciła za kilka dni niespodziewanie pracę. I tak jak to było tam pokazane, z wielką stratą dla podopiecznej - chorej, sparaliżowanej starszej kobiety. A ja przed świętami dostałam podziękowania za pracę i prezent. Właśnie  piję sobie z niego herbatkę. 
Zaś moja przyjaciółka teraz jest zadowolona, bo praca była bardzo wyczerpująca ze względu na pracodawczynię i jej okropne zachowania. Nawet nie wiedziała jak bardzo ją ta cała sytuacja wykańcza, dopiero niepójście do pracy spowodowało, że unormowało się u niej ciśnienie i  w ogóle uspokoiła się. A ta pracodawczyni już daje do zrozumienia, że chce powrotu do pracy mojej przyjaciółki, tyle, że ona już nie chce tam wracać.


Krwawnik

Z płucami już znacznie lepiej. Najbardziej pomogła herbatka z krwawnika. Jak zbierałam to zioło latem i jesienią to czułam jak bardzo będzie pomocne. Tyle, że nie przewidziałam, że akurat dla mnie. 
fot. Kinga

czwartek, 11 grudnia 2014

Na ranem

Są chore. Moje płuca. Kaszel mnie budzi. Wstałam przed piątą nie mogąc dalej spać. Taka trzeźwa, bez śladu snu na powiekach. Słucham tego, bo lubię opowieści. Ze szczęśliwym zakończeniem:

niedziela, 30 listopada 2014

Ponad tydzień;)

Jutro będzie tydzień i 20 tysięcy dni jak jestem na tym świecie.
Miałem sen tej nocy. Byłam opiekunką kilkuletniej dziewczynki i byłam wraz z nią na jakiś wczasach(?). Było kilka rodzin z takimi małymi dziećmi. Rodzice młodzi i znający się i wspólnie opiekujący się dziećmi, taka niby komuna. Ja się denerwowałam, bo zostawiłam tą małą, a potem  widziałam niefrasobliwość kobiety opiekującej się gromadką maluchów. 
Była pora kładzenia się spać. Na wspólnej dużej sali na materacach. Mąż jednej z kobiet położył się za mną, niby tak dla żartów, ale ja wiedziałam, że brakowało mu ciepła, takiej zwykłej czułości, bo jego partnerka była oschła i nie okazywał uczuć. Przytulił się do mnie, leżeliśmy jak łyżeczki, a on całował mnie w szyje i było nam razem bardzo dobrze.

niedziela, 9 listopada 2014

Szkło bolesne zamiast radości

Jeden ruch na klawiaturze i ten cały post zniknął. Nie do odzyskania. Pozostał jedynie tytuł. A nie tak zamierzałam. Chciałam jedynie wstawić króciutkie imię przy cytacie. Doszłam do wniosku, że widocznie podświadomie jednak chciałam coś radykalnie zmienić. Zatem.... jak wrócę, to będę post pisać, teraz jadę za miasto pochodzić po lesie z mężem i Dobrą, spotkać się ze znajomymi i popatrzeć na opuszczone i zrujnowane gospodarstwo, które wymyśliłam, że będzie kiedyś moim domem. cdn.
Wróciłam. Las był piękny, cisza, miękki mech. Po dwóch godzinach chodzenia z opuszczoną głową by dojrzeć czasem pojedynczego podgrzybka, siadłam na pniu by odsapnąć, a spojrzawszy w górę zachwyciłam się rozłożystym majestatycznym dębem. Listopadowe słońce przenikało przez liście, które z cichym szelestem opadały. Te brązowe i złotawe, zielonkawożółte nie poddawały się jeszcze jesieni i trzymały się gałęzi. Dałam się i ja przeniknąć promieniom czując jak opadają ze mnie szarobure smuteczki, a pozostaje zielonkawa nadzieja i żółtawa spoko-radość.
Teraz tylko ten fragment snu, żeby tytuł miał sens:
śniłam ciepłą kanikułę, byłam z rodziną, choć bardziej wyczuwałam ich obecność niż widziałam. Byłam na skarbie, w dole rzeka, sporo ludzi, a ja po drugiej stronie dojrzałam znajomą. Bardzo się ucieszyłam na jej widok i zaraz chciałam do niej iść. Zauważyłam, że z tej skarby w trawie biegnie taka dróżka jak ślizgawka, domyśliłam się, że została wyślizgana przez tych którym się spieszyło. Zjeżdżałam i ja na pupie i to było takie radosne, taka dziecięca radość mnie ogarnęła. W ogóle to jak dostrzegłam tę koleżankę, to też cieszyłam się jak dziecko. Byłam już przy rzece, to była raczej taka rzeczka-bród, z wodą najwyżej po kolana. I kiedy już miałam wejść do niej, nagle sen stał się świadomy i oczami wyobraźni zobaczyłam na dnie rozbitą butelkę. Zastanawiałam się, że gdy na nią nadepnę, to czy od razu poczuję ból, ile będzie krwi...

Obudziłam się i byłam w lekkim szoku. Dlaczego nie umiałam pozostać w tym beztroskim nastroju, tylko ŚWIADOMIE wprowadziłam katastrofę? Skąd we mnie ta niewiara, że życie może być radosne i ta korekta w stronę tragedii?