Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

niedziela, 28 października 2012

Taniec śniegu czyli gawron prawdę ci powie, nie skłamie. I o nowych kozaczkach wśród staroci.

Wczoraj, czyli w sobotę, padał i padał pierwszy śnieg. We wtorek zauważyłam pierwsze gawrony. A w czwartek, przed wyjściem z pracy, spojrzałam w okno i ujrzałam jak majestatycznie tańczą w powietrzu taniec śniegu. Śniegu?!!! To nie możliwe - pomyślałam. W sobotę śnieg?! Coś się chyba tym ptakom pomyliło, bo wiadomo wszak, że po takim tańcu w ciągu trzech dni spadnie śnieg, a tu ciepła słoneczna jesień bogata w złoto. Więc jaki śnieg?! No cóż, ptaki widać wiedziały dobrze. Nie pomyliły się. W piątek wieczorem robiłam wraz z mężem zakupy spożywcze w supermarkecie i wstąpiliśmy do obuwniczego.  Bo wizja śniegu podziałała na mnie; nie miałam wszak zimowych butów. Co prawda wyprawę po kozaczki zaplanowałam na sobotę rano, ale jak już mamy sklep po drodze to czemu by nie wstąpić? Znalazła się jedna, jedyna para, która spełniała moje wszystkie oczekiwania i wymagania. Na przeszkodzie stał jeden drobiazg - nie miałam tylu pieniędzy przy sobie.
-Jutro po nie przyjadę.
-Nie mogę pani zaręczyć, że do jutra jeszcze będą - oświadczyła sprzedawczyni.
-Zadzwoń do syna, niech przeleje brakującą kwotę- podsuną pomysł mąż.
Za pięć ósma wieczorem zadzwoniłam. Przelewy realizowane są do ósmej. Zdążył. Zapłaciłam wirtualnymi pieniędzmi w duchu dziękując za współczesną technikę. W domu przymierzyłam raz jeszcze kozaczki. Zdały mi się jeszcze ładniejsze niż w sklepie. Potem spryskałam je płynem impregnującym. A w sobotę udałam się w nich na Targi Staroci. Propozycja wyszła od męża. Tyle, że nie przewidzieliśmy, że przy takiej okropnej pogodzie, targi będą na zewnątrz, a nie w Hali Stulecia. Nic nie kupiłam, jedynie pasłam oczy widokiem wysublimowanych wzorów na serwisach do kawy, złoceniami zabytkowych ram itp. Kwiaty  na filiżankach wyglądały zdziwione spod śniegu, a cukiernice zamiast cukru, musiały zadowolić się czymś co choć białe, cukrem nie było. Dzbanki, oprócz pokrywek, nosiły zgrabne śniegowe czapeczki. Zaś moje botki przeszły na placu targowym chrzest bojowy. Mimo chlapy i zimna nie przemokłam ani nie zmarzłam. Czego nie da się niestety powiedzieć o mężu. 

sobota, 27 października 2012

Jak Santiago

Mówiłam przyjaciółce: Jedź do sanatorium. Ale to było dalekie od niej. Potrzeba było wypadku, długiego leczenia, zwolnienia i w końcu teraz sam Ubezpieczyciel wysyła ją do uzdrowiska. Za kilka dni wyjeżdża nad morze.
Pomyślałam o sobie, że przecież ja mogłabym też skorzystać z takiego dobrodziejstwa i zregenerować się w jakimś sanatorium. Gdy tylko o tym pomyślałam, zaraz okazało się, że moi pracodawcy dają mi cały miesiąc urlopu w grudniu, bo wyjeżdżają do ciepłego, egzotycznego kraju. 
Załatwiłam więc szybko co miałam załatwić i dostałam do wyboru 7 miejscowości. Poprosiłam o  jeden dzień do namysłu. Potrzebny mi był. Przypomniałam sobie sen. Nie mój, ale kogoś z blogowiczów: 
śnił mi się Ciechocinek, uzdrowisko znane mi tylko z nazwy i z wielu opowiadań zachwyconej solną kuracją ciotki. Nie mam solonego pojęcia w jakim celu tam sennie powędrowałem ,ale chyba wolno mi pofantazjować na ten temat. Po mieście oprowadzała mnie nieznajoma kobieta, która opisywała zalety uzdrowiska, ale ostrzegła mnie, że jeśli nie nazywam się Ciechociński, to nie mam wielkich szans na znalezienie miejsca dla siebie. „Każdy kto tu przychodzi na leczenie ma takie nazwisko,” dodała z uśmiechem.
Sen jak sen, ale we mnie coś drgnęło. Mój wewnętrzny kamerton zaczął działać i napisałam tej osobie wtedy tak:
Hm… to oczywiście Twój sen, ale… opowiadając go światu niejako staje się on wszystkich, zresztą sny tak naprawdę nie mają właścicieli…:) Może takie moje skojarzenie. Ta kobieta zwraca uwagę na nazwisko czyli tez nazwę, coś do czegoś musi pasować. Ciechocinek to dla mnie uzdrowisko, takie pierwsze co przychodzi mi do głowy. A oto co znalazłam o pewnej nazwie wsi Ciechr, cytuję:
 
Po raz pierwszy z nazwą tej miejscowości spotykamy się w dokumencie królewskim Bolesława Śmiałego wystawionym dla klasztoru benedyktynów w Mogilnie z roku 1065. Nazwa wsi zapisana została w języku staropolskim, Cechre. Jak łatwo zauważyć współczesny zapis tej nazwy nie uległ daleko idącym przeobrażeniom. Pomiędzy pierwszymi dwoma literami przybyło "i" a końcową literę "e" zastąpiono literą "z". Tak, więc współcześnie zapisujemy tą nazwę w formie "Ciechrz".
Poszukując etymologicznego znaczenia tego słowa znajdujemy je w wyrazie "cieszyć" i wywodzącym się z niego wyrazie pocieszać, od nich ciecha jako człon wyrazów pociecha, uciecha z kolei dalsze wywodzące się z nich słowa to ucieszny, cieszyciel, czyli dzisiejszy pocieszyciel. Człon nazewniczy ciech- znajdujemy w imiennictwie, czyli imionach takich jak Wojciech, Sieciech, z którego Szwieciech – Wszeciech, czy nazwach miejscowych: Ciechanowiec, Ciechanów, Ciechocin, Ciechocinek, Cieszyn, w końcu i nasz Ciechrz. Zdawałoby się, że na tym można byłoby już zakończyć wywód nazwy miejscowej Ciechrz, gdyby nie ten pierwszy zapis z 1065 r. Cechre, który zdaje się odnosić do słowa "Cech" – "kompania (rzemieślników)", z niemieckiego Zeche, słowo również znaczące tyle samo, co "kompania". Dlatego też tą pierwotną nazwę należałoby odnieś właśnie do słowa Cech, czyli do określenia grupy mieszkańców pierwotnej osady Ciechrz, zajmującej się jakąś dziś bliżej nieznaną czynnością zawodową świadczoną na rzecz grodu książęcego lub pobliskich grodów, granicznego w Rzadkwinie (Rodequino) i zaporowego dla Kruszwicy w Stodolsku (Stodólnie).
Pomijając zmiany w pisowni przyjmijmy nazwę miejscową Ciechrz jako tą wywodzącą się od słowa Ciecha, czyli miejsca radosnego zamieszkałego przez takąż ludność. 

Hm... czy chodzi o osoby, które potrafią się cieszyć życiem i współpracować. To wtedy powstaje uzdrawianie? hm…
Dostałam wtedy odpowiedź:
wspaniale to zrobiłaś naprowadzając mnie na etymologię senną, co powinienem był zrobić sam, ale jakoś nie przyszło mi do łba. To było pocieszne pocieszenie od moich Przewodników którzy skorzystali z uczynności ezoterycznej gosposi. Przewodniczka we śnie była jasnym symbolem. Nazwisko znaczy że trzeba przestawić Ego na radość, pocieszanie i współpracę z “uzdrowiskiem mądrości ziemskiej -sól jest tu symbolem. Mnie się “Ciecho” kojarzył ze słowem “cichy”, bo ciecha i cisza mają wspólny źródłosłów.

Ta wymiana zdań odbyła się 2 grudnia 2008, a 2 grudnia 2012 mam być w uzdrowisku. 
Był taki pasterz, który poszedł za wskazówkami snu. Tyle, że ja nie do Egiptu pod piramidy, ale do Ciechocinka się wybiorę. O czym mam pamiętać, co jest ważne? Współpraca  i umiejętność cieszenia się życiem. Narzekanie zatem odpada;)

ps. obrazek stąd:

Wypadek

Październik zaczął się dla dwójki moich dzieci boleśnie. Patrzę na te ich kołnierze ortopedyczne i... (to się tak mówi, ale to właśnie tak jest)... serce mi się kraje. Podobno wypadki chodzą po ludziach... ten przyjechał. Od tyłu, gdy stali na czerwonych światłach.
Myślę o tym, że to jest jak przeszłość, która czasem wali w nas, gdy się tego kompletnie nie spodziewamy.

sobota, 6 października 2012

Okropny sen

Z 2 na 3 października miałam sen:
Jadę z mężem samochodem.To taki wóz terenowy i mąż prowadzi. Mamy na masce tego wozu jakieś swoje rzeczy i leży tam też małe dziecko zawinięte w kocyk czy becik. To dziewczynka. Wpierw to jakby nasze dziecko, potem to bardziej moja podopieczna. Jedziemy i to że dziecko tak wieziemy zdaje się być czymś normalnym. Zaczyna padać deszcz i martwię się, że to utrudnia jazdę, a potem zaraz myślę o dziecku, że zmoknie i wtedy wjeżdżamy na most. Tuż przed dziecko zsuwa się z maski samochodu i i w tym kocyku turla się w stronę rzeki. Mąż nie zauważa tego zajęty prowadzeniem samochodu i wjeżdża na most, a ja krzyczę, by się zatrzymał i jeszcze w biegu wyskakuję. Chcę jak najszybciej dobiec do dziecka, ale mam na sobie jakiś ciężki płaszcz, który utrudnia mi bieg, próbuję go zrzucić z siebie. Jestem przerażona i w duchu się ganię, że jak mogłam w ogóle tak to dziecko narazić, że przecież powinno być w samochodzie z nami. Boję się o nie i to jest dla mnie wprost nie do zniesienia, ta myśl, że wpadło do wody i się utopiło. I wtedy mam taką wizję-odczucie, że dziecko jest całe, że kocyk je ochronił i zatrzymało się w trawie na brzegu, nie wpadło do rzeki. Obiecuję sobie, że już NIGDY nie  narażę je na niebezpieczeństwo. 
Budzę się i  na głos mówię: Boże!!! Co za okropny sen! Czym budzę męża ze snu.
Potem w ciągu dnia opowiadam sen przyjaciółce, a ona przypomina mi swoją wizję, w której widzi mojego męża  w domu, ale jakby zewnątrz budynku w takiej windzie (balkonie?).
Tutaj zapisuję sen, który dzisiaj (17.01.2013) opowiedział mi rano najmłodszy, ponieważ pragnę sen zapisać, ale jednocześnie ukryć ten zapis. Przeszłość wydaje mi się do tego dobra. A tytuł dość adekwatny.
Widzę jak babcia truje ciebie. Rozkrusza tabletkę i wsypuje do jedzenia, które ty masz jeść. Do tego daje zapach papierosów do kwiatów, aby tata myślał, że palisz i się z tobą rozwiódł. Ja mówię ci o tej tabletce, a babcia tłumaczy, że dodała tylko witaminy i pokazuje taką tabletkę. Ona jest fioletowa. A ja mówię: babciu, tamta była inna, biała. Jest kłótnia, a przychodzi Mikołaj i ...ja już jestem bardziej z nim, nim zainteresowany i trochę jest nam niezręcznie, mi i jemu. Wolałbym aby nie był świadkiem tego co się w domu dziadków rozgrywa.



czwartek, 20 września 2012

Memento

fragment listu, mojego, z końca poprzedniego roku... niech tu zostanie jako memento...
Niedawno miałam sen. Opowiedziałam go Róży. Jest w nim taka scena, gdy w rękach trzymam swoje bagaże i czynię wszystko by były jak najlżejsze, a wtedy w pewnym momencie wiatr porywa je i wplątuje w cierniste krzewy. Gdy zaczynam je wyplątywać, okazują się być włosami mojej córki. Długimi i rudymi. Widzę głowę Róży, czuję jej ból, który tym co robię jej zadaję, a jednocześnie jeśli włosów nie wyplączę, będzie unieruchomiona, w niewoli. Nie będzie mogła się ruszyć.
 Nie chcę nikomu z Was zadawać bólu, choć nie wiem na ile mi się to uda. Nie taki mam cel. Ale rozumiem sen. Sprawianie by własny bagaż wydał się jak najlżejszy, bez znaczenia, do niczego dobrego nie prowadzi.

niedziela, 2 września 2012

Boso po trawie

 W czwartek  było ciepło, słonecznie. Swoją "pracę" zabrałam do Ogrodu Botanicznego;). Pomagała mi córka. Jest tam takie miejsce, gdzie można boso chodzić i biegać po trawie. Uzmysłowiłam sobie, że dość dawno tego nie robiłam w mieście. Bo i gdzie? 
Bardzo miło poczuć miękkość żywego dywanu pod stopami. A co dopiero biegać po nim czując wiatr we włosach i radość w duszy... Sama co prawda nie biegałam. Najwięcej biegała "praca" a ja pstrykałam fotki.


niedziela, 26 sierpnia 2012

Wyedukowanie



Znalazłam to stare zdjęcie gdzie pochylam się nad białą myszką, mam na nim jakieś 2 lata. I przypomniało mi się wczesne dzieciństwo, jakim byłam radosnym i ciekawskim dzieckiem. I własne dzieci.
Właśnie czytam kolejny raz książkę Terry Pratchetta o pewnym kocie  zwanym Maurycym i gromadce wyedukowanych gryzoni. Krótki cytat:
-Naprawdę umiesz mówić? Umiesz myśleć? - spytał burmistrz.
Ciemnybrąz spojrzał na niego z dołu. Miał za sobą długą, ciężą noc, której wolał nie pamiętać. A czekał go jeszcze dłuższy i trudniejszy dzień. Odetchnął głęboko.
-Mam propozycję - oświadczył. -Pan będzie udawał, że szczury potrafią myśleć, a ja obiecam udawać, że ludzie też potrafią.

Bez zapisu

Zasadniczo to był jeszcze jeden sen córki, który wyraźnie, bez specjalnych symboli pokazywał gdzie tkwi problem w rodzinie. Mało tego, pokazywał też kogoś nowego, kto w naszej rodzinie się pojawi. Wtedy w 2003 roku, gdy córka miała niecałe dwanaście lat, mogłam tylko zapamiętać ten fragment snu. Gdy upłynęło wiele lat, kiedy nastał dla mnie tak trudny czas, sięgnęłam po stare zapiski. I nagle wszystko zaczęło się układać w logiczną całość, zrozumiałam o czym mówią niektóre ze starych snów: moje, męża i dzieci. To był czas gdy bardzo mocno zdecydowałam się na radykalne zmiany, już po prostu dalej tak żyć nie mogłam. I wtedy niezrozumiałe z opowieści snów stało się rozpoznawalne. Córka z początku była nieufna, nawet nie chciała zajrzeć do notatek, ale przeczytam jej wtedy fragment tego snu i powiedziałam:
-Wiem, że ten ktoś kto przyjeżdża na rowerze w twoim śnie  to X, ale nie rozumiem dlaczego on ciągle jeździ na tym rowerze?!
-Mamo, nie mówiłam ci, ale to jego środek transportu, tylko taki uznaje, nawet mówią na niego Rowerzysta.
Przeczytała dalsze sny, a potem powiedziałam do córki, że ja z tej nie mojej roli wychodzę, i czy ona chce dalej tkwić w nie swojej? Powiedziała, że rozumie, i że także nie odpowiada jej to. Co było dalej to pisałam poprzednio: nastąpiła roszada i każdy przyjął właściwą rolę. Jestem wdzięczna snom i sobie, że mimo, że nie rozumiałam o czym do mnie mówią, zapisywałam. Zaufanie opłaciło się. Opłaciły się też ustawienia Hellingera. Myślę, że wszystko co stosowałam w leczeniu ciała, umysłu i duszy dało efekt synergii. Coś ułatwiło, przyspieszyło, naprawiło. Nie wiem jaka czeka mnie przyszłość, ale pojawiło się jakieś zaufanie. Do siebie? Innych? Do własnych możliwości i wiedzy? Udaje mi się coraz częściej poczuć, że życie ma słodki smak. To się chyba nazywa odzyskanie radości życia...

PS. Ze zrozumiałych względów nie zapisuję tu TEGO snu. Nie jest to miejsce dla niego. 

sobota, 25 sierpnia 2012

Wielki Sen czyli Mały Król i czerwony kwiat

Kiedyś S. napisała mi w komentarzu na starym blogu:.. to są bardzo dawne sny, one wiedzą o różnych przyszłych sprawach na kilkanaście lat naprzód, ale to jest wcześniej niezrozumiałe, kiedy nie ma jeszcze nic rozpoznawalnego...
Przekonałam się, że to tak właśnie jest. Co pozostaje? Zapisywać sny, by kiedyś je zrozumieć i umiejętnie wykorzystać zawarte w nich informacje. Tak utrwalone, w odpowiednim czasie  dadzą o sobie znać. Wtedy gdy nierozpoznawalne da się rozpoznać. Czasem jest tak, że daje się zmienić przyszłość. Coś co zapowiadał sen staje się już nieaktualne, bo wybrać można nową ścieżkę. Coś inaczej ustawić i... nieszczęście może stać się stopniem do szczęścia.
Tutaj umieszczam sen. Wielki Sen. Sporo tu jeszcze moich pytań bez odpowiedzi, ale jedna sprawa znalazła swój finał w postaci właśnie rozpoznania i podjęcia właściwych kroków ku zmianie na lepsze. Uff... udało się coś, co bez zawartych w tym śnie informacji nie byłoby możliwe. To sen mojej córki z sierpnia 2003 roku. Zapis jej opowieści:
Byliśmy na spacerze. Ja, ty i Kamil. Nadciągnęła czarna chmura jak wąż, który nie ma końca. Była nisko, wręcz dotykała dachów. Szybko pobiegliśmy przez most do dużego budynku. Tu były rzeczy o Bazyliszku: zabawki, figurki. Ten budynek był poświęcony smokowi Bazyliszkowi. Zanim weszliśmy to widzieliśmy, że opadła ta chmura na dach, a koniec miała w kominie. W budynku schroniliśmy się i było dużo osób. Ja, Kamil poszliśmy bardziej do środka, a mama została bliżej wyjścia. Później nas zawołała. Nagle okazało się, że Kamila nie ma, nie występuje w śnie. 
Pytasz się mnie o jakieś dobranie leków homeopatycznych, a z podziemi wychodzi babcia. Chciałam zejść do tych podziemi, bo nie wiedziałam co tam jest. Stoję przy ruchomych schodach, które się nie ruszają. Taki pan pokazuje co trzeba zrobić, aby te schody ruszyły. On schodzi, mówi, że to robi od lat. Teraz mówi, że ja mogę zejść. Poślizgnęłam się i wpadłam, ale ten pan mnie wyciągnął. Schody były zakręcone. Mama mnie zawołała i idziemy do domu.
Idziemy przez nowe osiedle. Mama zagląda do biblioteki. W bibliotece Kamil idzie do specjalnych regałów i przynosi książkę mówiąc, że taką książkę mamy w domu. Na okładce był ptak (nasza książka z wierszami dla dzieci z kogutem w czerwonych spodniach na okładce). Książka byłą stara, gruba, z twardą okładką. Mama poszła do tych regałów. Szukałam książek i niektóra mi się podobały. Bibliotekarki powiedziały, że to są regały gdzie trzeba mieć specjalną kartę i co miesiąc płacić za nią duże pieniądze. A my mieliśmy zwykłą kartę i pożyczyłaś z tego zwykłego regału jakieś książki. Wyszliśmy z biblioteki. Idziemy do domu. Na następny dzień zaczyna się tak, że ja jestem w domu Bazyliszka. Mama zostawiła mnie tam samą z częścią mojej klasy. Idę najpierw do tego pana od schodów. Okazuje się, że on kiedyś miał żonę. Byli szczęśliwi i nauczyli się przemieniać w piękne ptaki. I pewnego dnia lecieli obie i strzała trafiła w jego żonę. Odstraszył tego kogoś kto strzelał, ale jego żona już nie żyła. Przywiózł ją do tego domu. Pokazuje mi taką gablotę, w której jest ona jako ptak. On zna się na reiki, homeopatii, dziecku wewnętrznym. Wie to co ja wiem. Idę bo już jest zbiórka klasy. Idziemy do jednego pokoju - takie mini muzeum. Oglądamy figurki. Spotykam tego pana i on podarowuje mi wielki czerwony kwiat złożony z  pięciu płatków. Kwiat jest ogromny.
Później idziemy do kawiarenki. Każdy dostaje herbatę. Jest gorzka i można sobie posłodzić ile się chce. Ja nie słodzę, bo nie lubię cukru. Inni słodzą bardzo dużo. Ewa, kiedy wypiłam 1/2 swojej szklanki, dosypuje mi bez pozwolenia 3 łyżeczki cukru. Ponieważ jestem spragniona, piję jeden łyk ale od razu boli mnie brzuch, odstawiam szklankę. 
Nie przedstawię tu tłumaczenia snu, z resztą sporo tu jeszcze nierozpoznawalnego. 
Na chwilę zatrzymam się przy Bazyliszku. To legendarne stworzenie podobno wykluwało się z jaja złożonego przez 7-letniego koguta.

W śnie jest książka z kogutem na okładce. I to z pewnością starszym kogutem, bo nosi on spodnie:). Bazyliszek wyglądem przypominał ogromną jaszczurkę. Coś niby wąż, coś niby smok. Nazywany był też królem węży,( po łacinie regulus to mały król). Jego oddech miał zabijać, a jego wzrok powodował zamianę w kamienie żyjących. Natomiast jeśli znalazł się śmiałek z lustrem, to mógł uśmiercić gada. Wystarczyło by Bazyliszek dojrzał swoje odbicie w zwierciadle. W śnie jest takie miejsce i czas poświęcony smokowi Bazyliszkowi. A obecnie... mamy Rok Smoka. 

Pamiętam, że kiedy córka skończyła swoją relację ze snu, moje pierwsze pytanie brzmiało: kim jest ten mężczyzna, który daje ci wielki czerwony kwiat?
I pamiętam jej i moje kompletne zaskoczenie, gdy odpowiedziała. Ale to w niczym wtedy nie ułatwiło zrozumienia. Potrzeba było kilku lat by nastąpiło rozpoznanie. 
I udało się zmienić ustawienie (coś jak w ustawieniach Hellingera), tylko to dotyczyło autentycznych ludzi. Mojej rodziny. To dla mnie bardzo ważne i odkrywcze, bo nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że cała moja rodzina gra nie te role co powinna. Kiedy jednak sny naświetliły sytuację, to pierwszą po mnie osobą, która zrozumiała i zrezygnował z grania nie swojej roli,  była moja córka. A to pociągnęło już dalsze zmiany. W końcu każdy "wskoczył" na swoje miejsce.  Nie obyło się oczywiście bez  bólu i złości, ponieważ niektórym zamiana ról bardzo odpowiadała.;)) Co ważne, to taka zamiana ról nie jest czyś rzadkim. To zjawisko udało mi się uchwycić w wielu rodzinach. 
I na koniec jeszcze sprawa podziemi. Hm... jest w psychologii coś takiego co zwie się konfabulacją czyli –
"wspomnienie rzekome – to uzupełnianie luk pamięciowych opowiadaniem historii, które naprawdę nie zdarzyły się. W tych historiach osoba może błędnie określać czas lub miejsce zdarzenia, albo wręcz zmyślać całą historię, a zarazem jest przekonana, że podaje prawdziwe i poprawne dane. Słowo pochodzi od łacińskiego fabulari – mówić, bajać. Konfabulację można traktować jako naturalną czynność umysłu, służącą uzupełnianiu braków wiedzy. (...) Trzeba zaznaczyć, że nie wynika to ze świadomej tendencji do wprowadzenia kogoś w błąd. Osoba nie zdaje sobie sprawy z tego, że konfabuluje, robi to bezwiednie. W psychiatrii konfabulację traktuje się jako objaw zaburzeń zapamiętywania. W ciężkich zaburzeniach, na przykład w zespole Korsakowa, chory podaje nie tylko zmyślone, ale zupełnie nierealne fakty." Z tego co wyczytałam, to do konfabulacji dochodzi nie tylko u osób z zaburzeniami pamięci, ale i całkowicie zdrowych. Można "zaszczepić" też komuś fałszywe wspomnienia. Myślę, że do czegoś takiego może dochodzić, gdy np.wspomnienia są bolesne i umysł broni nas przed bólem, zacierając wspomnienie, a na jego miejsce podkłada inne. Pamiętam w swoim życiu taką sytuację. Moja córka postanowiła przekuć sobie uszy. Ja dwa lata wcześniej miałam taki zabieg. Wszystko zgrabnie zorganizowałyśmy, znajoma podesłała speca i kiedy moja córka pojawiła się u mnie w pokoju już po, doznałam szoku. Oto zobaczyłam sporo krwi, a przecież w mojej pamięci mój własny zabieg był czysty, bez czerwonych strużek na szyi. I kiedy pomagałam je wytrzeć, nagle z całą ostrością przypomniałam sobie, że przecież u mnie było identycznie. Też sporo krwi, którą trzeba było ścierać. A moja pamięć przechowywała całkiem inny obraz. Myślę, że to była taka obrona przed tym co niewygodne, budzi strach, nie chce się o tym pamiętać. I że taki proces może mieć miejsce u dzieci czy dorosłych kiedy coś staje się zbyt trudne do udźwignięcia, bolesne, bez wyjścia. Tworzy się inny obraz na to miejsce, w który się wierzy. 
Moja mama w śnie Róży widać często wchodzi i wychodzi z tych podziemi. Tak jak i też pan od czerwonego kwiatu. Coś ich łączy. Tym czymś jest jak teraz dostrzegam, dość bolesne dzieciństwo.
PS. Córka w tej relacji mówi o mnie czasem w drugiej - ty, a czasem w trzeciej osobie - mama. Nie zmieniałam tego.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Mały sen i Wielkie Czytanie

Od jakiegoś czasu  niewiele mi się śni, a jeśli nawet to niewiele pamiętam, pozostaje niewyraźna papka. Zapisuję za to w notesie sny innych. Ale niedawno miałam sen. Brak było właśnie wyraźnego obrazu, za to mocno odcisnęły się odczucia. Sen był krótki. Jestem z kimś. Nie widzę za bardzo z kim, wyczuwam jedynie obecność tej osoby. Jest proces poznawania, coraz lepszego rozumienia, porozumienia, takiego wzajemnego zjednoczenia. I taka wyraźna myśl w tym śnie, że to właśnie jest w życiu najważniejsze, że o to warto zabiegać, bo to przetrwa. Pozostanie na zawsze, nawet potem, po śmierci. To, choć teraz brzmi jak banał, ale w tym małym śnie tak tego nie odczuwałam. Raczej jako ważne, odkrywcze, warte zapamiętania i przekazania. Że nic nie daje takiego dobrego samopoczucie jak to, że ma się kogoś z kim świetnie się dogaduje. I ta radość płynąca ze wzajemnych kontaktów. Tak, to chyba te trzy słowa najlepiej oddają to co czułam: radość, swoboda, entuzjazm. I jeszcze lekkość.

Czytam "Zwierciadło".  Katarzyna Miller pisze:

Nie ma lepszych psychologów niż świetni pisarze.
Kiedyś czytałam by żyć. Wydawało mi się też, że żyję po to by czytać. Że nie ma nic ważniejszego niż spotkanie z wytworami ducha i umysłu ludzkiego w tej najszlachetniejszej formie. Dziś im bardziej żyję, tym mniej czytam, ale to (również) dzięki temu Wielkiemu Czytaniu niegdyś umiem teraz żyć.



poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Żona wyborowa

Czytam "Świat Wiedzy" z lipca 2012. A w nim artykuł o snajperach. Najlepsi potrafią czekać w bezruchu wiele godzin bez utraty koncentracji. Strzał oddać między dwoma uderzeniami własnego serca i przy tym nie mrugnąć. Jeśli strzał jest śmiertelny to ofiara go nawet nie usłyszy, bo pocisk ma prędkość trzykrotnie większą od dźwięku, zatem dociera do celu szybciej niż odgłos wystrzału. "Ofiary czują się jak zwierzyna na polowaniu: bezbronne i bez szans w obliczu wszechogarniającego przerażenia. Dobrze wymierzone trafienie sprawia, że całe odziały czują się niepewnie, a morale armii się obniża. Strzelcy wyborowi są po bombie atomowej, najbardziej przerażającą bronią współczesnej wojny". Bohater artykułu Chris Kyle jest najlepszy. Przeszedł szkolenie Navy SEALs i odbył wiele morderczych treningów. Brał udział w wojnie w Iraku. Działał w Faludży, gdzie rozegrały się największe bitwy i potem w Ramadi. Takie życie stało się jego żywiołem. Szacuje się, że w sumie zabił około 255 osób, kierując się zasadą: strzelaj bez ostrzeżenia i bądź bez litości. Wrogowie nazwali go Diabłem a  swoi Legendą. Ten człowiek - maszyna do zabijania, pewnie dalej brałby udział w bitwach, gdzie liczba ofiar rosłaby mu na koncie, gdyby nie to, że ... żona  zagroziła mu rozwodem, więc wrócił do Stanów Zjednoczonych, zaprzestał polowania na ludzi i rzucił służbę wojskową. Nawet dwie Srebrne i pięć Brązowych Gwiazd przyznanych przez Departament Obrony nie jest wstanie ciągnąć go z powrotem." Otworzył firmę i zajął się szkoleniem strzelców wyborowych dla amerykańskiej armii.



sobota, 30 czerwca 2012

Żółta kaczka


Ten sen nie jest mój. Zapisuję go tutaj, bo wart jest zapamiętania. Niesie treści dla każdego.
Sen o żółtej kaczce
Jestem widzem w programie telewizyjnym. Program wydaje mi się bardzo prymitywny, wszyscy inni są nim zachwyceni. Nie boję się wyrazić swojej opinii czym zaskakuję uczestników, bo przecież idea programu jest piękna. Każdy ma prawo kochać. Jestem z kolei ja zaskoczona, że o tym nie pamiętałam, bo na początku programu było to powiedziane. Wszak pomysł jest wspaniały, wykonanie, realizacja już mi się nie podoba. Ludzi ma łączyć miłość, która ma się objawiać we wspólnej nienawiści do wielkiej  żółtej kaczki; ma kształt pluszaka (coś jak Wielki Żółty Ptak z Muppetów). Ta kaczka jest przeciw kochaniu, według niej kochanie jest złe. Kiedy się budzę to jeszcze słyszę te słowa tłumu: to jest kaczka, która nie lubi miłości i dlatego jej nienawidzę.
Nie mam tutaj w zwyczaju interpretować snów, ale tym razem pozwolę go sobie przepuścić przez własne sito skojarzeń.
Branie udziału w programie telewizyjnym to inaczej branie udziału w życiu jakiejś społeczności. To życie śniąca ocenia na dość prymitywne, prostackie. I wyraża to werbalnie. Inni zaś mają całkiem odmienne zdanie, wszak przyświeca im wspaniała idea - każdy ma prawo kochać,(można dodać, że każdy jest wart miłości). Tylko idea miłości zamienia się w zjednoczoną nienawiść do czegoś co ma odmienne zdanie. Nikt nie analizuje, nie docieka dlaczego, co się stało żółtej kaczce.  Nikt nie stosuje wobec niej tej wzniosłej doktryny o kochaniu. Oto w prosty sposób wzniosła idea przeistacza się w swoje przeciwieństwo, które obejmuje wszystkich, oprócz śniącej. Jednoczy społeczność nie miłość a nienawiść. Jakież to tragiczne. A żółta kaczka? Cóż, to coś w sumie niegroźnego, to pluszak, dzieciństwo. Może się nasuwać refleksja, że proces takiego ogłupiania rozpoczyna się w dzieciństwie, by rozwinąć się w pełni bez oporów już w dorosłym życiu.

środa, 27 czerwca 2012

Tranzyt?


 6 czerwca poszłam wcześnie rano na plażę by przyjrzeć się tranzytowi Wenus. Czy to co wtedy sfotografowałam, to widok tej planety? Coś widać, ale...