Leczenie się ze współuzależnienia bardzo przypomina proces dojrzewania. 

sobota, 30 czerwca 2012

Żółta kaczka


Ten sen nie jest mój. Zapisuję go tutaj, bo wart jest zapamiętania. Niesie treści dla każdego.
Sen o żółtej kaczce
Jestem widzem w programie telewizyjnym. Program wydaje mi się bardzo prymitywny, wszyscy inni są nim zachwyceni. Nie boję się wyrazić swojej opinii czym zaskakuję uczestników, bo przecież idea programu jest piękna. Każdy ma prawo kochać. Jestem z kolei ja zaskoczona, że o tym nie pamiętałam, bo na początku programu było to powiedziane. Wszak pomysł jest wspaniały, wykonanie, realizacja już mi się nie podoba. Ludzi ma łączyć miłość, która ma się objawiać we wspólnej nienawiści do wielkiej  żółtej kaczki; ma kształt pluszaka (coś jak Wielki Żółty Ptak z Muppetów). Ta kaczka jest przeciw kochaniu, według niej kochanie jest złe. Kiedy się budzę to jeszcze słyszę te słowa tłumu: to jest kaczka, która nie lubi miłości i dlatego jej nienawidzę.
Nie mam tutaj w zwyczaju interpretować snów, ale tym razem pozwolę go sobie przepuścić przez własne sito skojarzeń.
Branie udziału w programie telewizyjnym to inaczej branie udziału w życiu jakiejś społeczności. To życie śniąca ocenia na dość prymitywne, prostackie. I wyraża to werbalnie. Inni zaś mają całkiem odmienne zdanie, wszak przyświeca im wspaniała idea - każdy ma prawo kochać,(można dodać, że każdy jest wart miłości). Tylko idea miłości zamienia się w zjednoczoną nienawiść do czegoś co ma odmienne zdanie. Nikt nie analizuje, nie docieka dlaczego, co się stało żółtej kaczce.  Nikt nie stosuje wobec niej tej wzniosłej doktryny o kochaniu. Oto w prosty sposób wzniosła idea przeistacza się w swoje przeciwieństwo, które obejmuje wszystkich, oprócz śniącej. Jednoczy społeczność nie miłość a nienawiść. Jakież to tragiczne. A żółta kaczka? Cóż, to coś w sumie niegroźnego, to pluszak, dzieciństwo. Może się nasuwać refleksja, że proces takiego ogłupiania rozpoczyna się w dzieciństwie, by rozwinąć się w pełni bez oporów już w dorosłym życiu.

środa, 27 czerwca 2012

Tranzyt?


 6 czerwca poszłam wcześnie rano na plażę by przyjrzeć się tranzytowi Wenus. Czy to co wtedy sfotografowałam, to widok tej planety? Coś widać, ale...

piątek, 22 czerwca 2012

Sny znad Bałtyku

Nad morzem miałam sny. Trzy zapamiętałam i zapisałam. W tej kolejności jak się pojawiały.
Sen o pocałunku w usta
Jestem w jakimś bloku, mieszkaniu (ale nie przypomina ten blok  tego, gdzie mieszkam w rzeczywistości). Jest Nergal. Mieszka tu, ale się ukrywa. To jest czas jak w stanie wojennym. Ludzie są prześladowani za przekonania.  Nergal ma już dosyć ukrywania się i wrócił do siebie. Jest wychudzony, twarz bardziej pomarszczona niż w rzeczywistości. Mówi do mnie, że się postarzał. Ja zaprzeczam temu i mówię, że to na skutek przemęczenia tak wygląda. Jestem pełna podziwu dla niego, że się nie poddaje, jest wierny własnym przekonaniom, nieugięty, uparty, stanowczy w poglądach. Jednocześnie jest mi go szkoda, czuję taką tkliwość, chęć pomocy. Pojawiają się prześladowcy. Ukrywam Nergala pod jakimś kocem, a gdy jest po wszystkim, szpicle sobie poszli, widzę smutek i to zmęczenie na jego twarzy. I na dowód, że jest mi bliski, że popieram jego i jego poglądy, całuję go w usta. W tym momencie uświadamiam sobie z całą jasnością, że choruje on na AIDS. Ale zaraz dociera do mnie, że "tak" się nie zarazę przecież. I wiem, czuję to, że ten pocałunek to dla niego coś bardzo ważnego, oznacza że ktoś w pełni solidaryzuje się z nim. Znika osamotnienie. Ma wsparcie, zrozumienie. Mąż jest gdzieś w tym śnie, ale jedynie wyczuwam jego obecność,  i wiem, że ma on świadomość, że moja znajomość z Nergalem to głębokie uczucie przyjaźni, serdeczności, bez podtekstu erotycznego. Moim zadaniem jest też nie dopuścić do jakichkolwiek obaw u męża.
Po obudzeniu zastanawiałam się o co chodzi z tym Nergalem. Kogo dla mnie symbolizuje? Dziwne, bo w rzeczywistości nie ma we mnie kompletnie takich uczuć do niego jakie miałam w tym śnie. No i choroba jest, ale inna. Niech więc na razie sen "dojrzewa", przyjdzie czas na zrozumienie.
Sen o spódnicy
Czuję się w tym śnie taka gruba, niezgrabna, brzydka. Jest we mnie uczucie zniechęcenia i niechęci do samej siebie. Jest smutek, depresyjność. Mam spódnicę w tym śnie. Jest ładnie uszyta, z dobrego materiału, taka dla bizneswoman. Klasyk. To rozmiar 38-40. Nie ma mowy abym w nią weszła. Wisi na wieszaku. Ale któregoś dnia ją przymierzam a ona leży na mnie jak ulał. Trudno mi w wręcz w to uwierzyć. Ale smutek mnie nie opuszcza i mimo osiągniętego celu, bo mieszczę się w końcu bez trudności w tę piękną spódnicę, to ta niechęć do siebie pozostaje.

Sen o niesieniu pomocy
Jestem nad morzem. Na plaży. Z niej obserwuję co dzieje się na morzu. Ktoś wypłyną za daleko (to chyba kobieta?). I w nerwach ten ktoś zgłupiał-zamiast płynąć do brzegu, zapamiętale płynie w kierunku pełnego morza. Na pomoc wyruszył wiele osób. Widzę jedynie na wodzie w oddali ich głowy. Wiem, że ten kto dogoni i zawróci tę "ogłupiałą" osobę, będzie się potem zmieniał z innymi. Wrócą wszyscy. Obserwuję to dość zdenerwowana, trzymając kciuki za udaną akcję. Jest we mnie taka duma z ludzi, z ich solidaryzowania się w niesieniu pomocy. I że to wypływa z ich głębokiego jestestwa, ta bezwarunkowa pomoc. Bez namawiania, bez namysłu, taka oczywista.

czwartek, 21 czerwca 2012

Morze

W przeddzień naszego wyjazdu morze było tak spokojne, niby ogromne jezioro, wody i niebo zlewały się, miałam wrażenie, że to jakiś zjawiskowy obraz ze snu... Nie wiem czy moje zdjęcie to oddaje, ten klimat wyciszenia, nierealności...


The Wildwood

Wróciłam kilka dni temu. Byłam tam gdzie chciałam być. Z mężem. W drodze powrotnej udało się coś jeszcze - poznać osobiście kogoś kogo znało się tylko z Internetu. Teraz uczę się "obsługi" otrzymanego prezentu. Pierwsza karta jaką z niego wyciągnęłam z myślą o własnym małżeństwie to była ta:


sobota, 2 czerwca 2012

W Dzień Dziecka

Skończyłam TEN list. W Dzień Dziecka. A o dziecku w nim przede wszystkim mowa. O mnie. Jutro list trafi do adresata. Zamykam pewien rozdział. I wyjeżdżam nad morze. Wielka Droga przede mną. A potem  już będę oglądać wielką wodę.





poniedziałek, 21 maja 2012

Rybitwy

Dobrze by było umieścić TEN sen... z drugiej strony dla kogoś kto sny rozumie, byłabym jak naga. Wszystko staje się widoczne, tylko że musiałby ta osoba jeszcze dobrze znać mnie, moją sytuację życiową, inaczej niewiele zrozumie. Bez zadania odpowiednich pytań, ma się do dyspozycji jedynie zapis pewnego szyfru. Ale sen potrafi przemówić też na innym poziomie, takim dostosowany do tego komu go się opisuje. I nagle całkiem nowe pokłady przemawiają dotykając uwrażliwionych miejsc słuchacza. Sama wielokrotnie doświadczyłam tego,  gdy ktoś mi opowiadał swój sen. Więc... może następnym razem, bo sen długi, nawet bardzo i jeszcze nie mój tylko córki, więc o zgodę wypada spytać.
Wczoraj pojechałam z mężem za miasto. Ognisko, mały czajniczek z gotującą się wodą na cappuccino i herbatę,  rozłożone wędki, delikatna i soczysta zieleń, leniwe rozmowy i głosy ptaków. Do tego co jakiś czas któryś skrzydlaty się pokazywał. Trzciniak wydawał z siebie niesamowicie silne dźwięki jak na takiego małego ptaszka. I co rusz oblatywał  swój teren. Widziałam też pierwszy raz bączka. Ślicznie ubarwiony ptak w moich ulubionych zdecydowanych, ciepłych brązach. I na koniec obserwowałam ptaka, którego wpierw pomyliłam z mewą. Ale był delikatniejszy, wysmukły o innym locie i przepięknie rozwidlonym ogonie. Potem dołączyły do niego jeszcze trzy identyczne. Takie jasne, doskonałe. Jak niektóre sny. W domu sprawdziłam w atlasie. To były rybitwy.


sobota, 19 maja 2012

Ukłony, gratulacje i udręka

 Zaskoczył mnie nowy interfejs, dawno nie byłam na swoim blogu, bo... nie muszę się tłumaczyć, ale... to co muszę napisać, to list, (chyba bardziej pisze on mnie;) Jezu, to trudne jak diabli, a przyrzekłam sobie, że póki tego nie zrobię, "nie oddam gotowca do rąk własnych", to na blogach pisać nie będę. No i wychodzi, żem niesłowna. Ach :(  
Sny zapisuję teraz w zeszycie cienkopisem. A tutaj składam im, tym co tworzą sny, głęboki ukłon. Udało się, warto było od ponad dziesięciu lat prowadzić zapiski. Zagadka rozwikłana. Gdyby nie sny i to że były zinwentaryzowane, to nie wiem jak trafiłabym na rozwiązanie. Więc sobie też pogratulować mogę wytrwałości i sumienności, tego że choć niewiele rozumiałam   wtedy z tego co oznaczają sny, to jednak zapisywałam, wierząc, że warto. Bo warto! Odmieniam coś, puściłam na właściwe tory. Uff... już dobrze. Za dwa tygodnie wyjeżdżam na trzytygodniowe wakacje, nad morze. Już w styczniu czułam, że muszę, że muszę nad morze. Że to balsam, lek dla mojej duszy, ciała i umysłu. Jak to zrobić, gdy nie ma się pieniędzy i urlopu? Od czego jest się wszak "wiedźmą"?;) Znalazły się pieniądze, znalazł się urlop, ba i coś jeszcze, ale o tym szaa...


PS. Od jakiegoś czasu ktoś z uporem czyta u mnie to:
No to muszę powiedzieć, że pozytywna udręka w wydaniu li tylko udręki jest mi obecnie dobrze znana. Wierzę przy tym, że jak w końcu "urodzę" ten list i będzie on miał dla mnie satysfakcjonujący wygląd, to moja udręka się skończy choć nie mogę zagwarantować to temu, do kogo list adresuję... może jego udręka się właśnie zacznie?... oby miała jak najbardziej pozytywny wydźwięk...  w pozytywnym znaczeniu.

sobota, 12 maja 2012

Demon i miłość

Nie zdając sobie sprawy z tego, że nie mamy cienia, ogłaszamy, iż ta część naszej osobowości po prostu nie istnieje. A wówczas część ta przechodzi do królestwa nieistnienia, które w ten sposób się powiększa, przybierając niesamowite rozmiary. Jeśli nie potrafimy przyznać, że posiadamy takie cechy, wówczas po prostu karmimy nimi diabła. Ujmując sprawę w kategoriach medycznych stwierdzamy, że każda właściwość psychiczna posiada pewną wartość energetyczną, jeśli zaś uznajemy, iż wartość taka nie występuje, to zamiast niej pojawia się diabeł. Jeśli przepływającą obok naszego domu rzekę uznajemy za nieistniejącą, wówczas woda zaczyna przeciekać, zalewa nasz ogród, a kamienie i piasek pod naszym domem zaczynają się przemieszczać, podmywając mury. (…).
Jeśli pragniemy pozbyć się nieodpowiadających nam cech w ten sposób, że po prostu im zaprzeczymy, wówczas znika nasza świadomość tego, kim właściwie jesteśmy; własnymi ustami stwierdzamy, że nasze istnienie zanika, a diabły, które karmimy własną krwią, coraz bardziej obrastają w sadło.
Objaśnia Jung – Analiza marzeń sennych, seminaria 1928-1930
To tyle Jung, a w "Tybetańskiej księdze życia i umierania"   Sogial Rinpocze przytacza słowa Szantidewy i pisze dalej:
Skoro wszelkie zło,
Lęki i cierpienia tego świata
Wyrastają z lgnięcia do własnego ja,
Na cóż mi ów wielki demon?
 "Wtedy zrodzi się w nas postanowienie, by demona tego, naszego największego wroga, zniszczy. Wraz z jego śmiercią znikną wszystkie przyczyny cierpienia i rozbłyśnie nasza prawdziwa natura- w całym przepychu swej przestrzeni i dynamicznej szczodrości. Nie ma większego sojusznika w walce ze śmiertelnym wrogiem lgnięcia do własnego ja niż praktyka współczucia".
 Tia..... No właśnie: na cóż ten wielki demon? t A tak w ogóle to demon źle się kojarzy, a anioł? Może ten demon to ten sam anioł tylko wściekły? W szale? Bez rozeznania? Działający na oślep? 
To może  współczucie dla tego diabła, od tego zacząć. Jeśli już tak ćwiczyć się w tej miłości;). A konkretnie to :
Poznać i zrozumie, a nie walczyć i niszczyć. Wtedy może całkiem ciekawej odpowiedzi się człowiek doczeka, na to pytanie: Na cóż mi ten wielki demon?:)
Przypomnę sen Kamila:
Sen o pięknym koniu

Byłem zwierzęciem. Byliśmy my, czyli zwierzęta na wolności. Było nas dużo różnych gatunków. Bardzo długo tak żyliśmy. Nagle przyjechali ludzie i zaczęli nas dawać do klatek. Były one ułożone jedna na drugiej.  I ja byłem w klatce z moją rodziną. Nie byliśmy wtedy jednym gatunkiem. Byliśmy różni. Mieliśmy najmłodszego braciszka i to był chyba miś. I mama spytała się tych ludzi, czy może zejść po tych klatkach, bo musi się napić. I pozwolono jej. Naprawdę ona chciała uciec. Ale nie sama. Wzięła nas i zaczęliśmy schodzić. Klatki były na świeżym powietrzu. Ale coś się działo, nie wiem co i musieliśmy wrócić. Weszliśmy z powrotem do klatek. Mama chciała  pójść z innej strony, ale było zbyt stromo. Tu pojawił mi się obraz, że jesteśmy żółwiami i stoimy jeden na drugim. Mama powiedziała, że to jest zbyt ryzykowne i mały nie chciał iść. Wszystkich nie mogła wziąć i poszliśmy w trójkę, jak te żółwiki piętrowo na mamie, a najmłodszy został. To była prawdziwa ucieczka. Większość zwierząt uciekła, część została.

Uciekliśmy na działki, ale były dzikie, opuszczone przez ludzi. Opuścili ten teren, wygnani przez tych, co wcześniej nas złapali. Byliśmy tam kilka lat. Papugi powiedziały mi o skarbie, który jest w takim starym zameczku, zarośniętym jak w dżungli. Przyszedł do mnie pewien mężczyzna i chciał żebym mu pomógł zdobyć ten skarb. Ja się zgodziłem i znaleźliśmy ten skarb. Nagle zrozumiałem, że coś jest bardzo niebezpiecznego w tym domu i uciekłem zostawiając tego człowieka. Ten mężczyzna już stamtąd nie wyszedł. To chyba była pułapka.

Przeżyliśmy parę lat na tych działkach i postanowiliśmy wrócić. Coraz mniej przypominaliśmy zwierzęta, a coraz bardziej ludzi. Wróciliśmy do tych klatek, ale nie byliśmy w klatkach. Nie miałem żadnego uczucia, po prostu znudziło się nam i postanowiliśmy wrócić. Inne zwierzęta też wracały. Te zwierzęta, co nie uciekły i były w klatkach, zostały sprzedane. I zostało tylko jedno zwierzę. Nikt go nie chciał kupić. To był właśnie nasz brat. Był to piękny czarny koń z piękną grzywą. Był dziki. Był naszym bratem, ale o tym nie wiedział.  Ludzie go zwali Błyskawicą. Był piękny, ale nie dał się oswoić. Tylko ja pamiętałem i wiedziałem, że to nasz brat. Miałem wyrzuty sumienia, że go zostawiliśmy.
I cudowny sen, którym na komentarzu podzieliła się ze wszystkimi Kundzia:
kiedy przeczytalam Twój wpis, nie wiedziec czemu przypomniał mi się jeden sen: jestem w swoim mieszkaniu i szukam czegoś czym będę mogła się bronic przed BESTIĄ. Czekałąm na tę niby bestię wiedziałam ze się zbliza kiedy się pojawiła, najpierw gonił(a) mnie po domu.Chowałam się w róznych miejscach dziwnych, az postanowiłam uciec na balkon, na przeciwko stoi blok tez z balkonami, wtedy ku mojemu zdumieniu zauwazyłam ze neimal na kazdym balkonie siedzi oswojone stworzenie-smok, włochacz czy wilkołak, ludzie stawiali im miski z woda i jedzeniem, ktos swojego potwora czesał, a kto inny uczył go podawac łapę....byłam zszkokowana i zaskoczona, obudziłąm sie w momencie gdy otwierały się drzwi balkonu. Wstyd się przyznac ale oglądając trenera smoków miałam w niektórych momentach łzy w oczach.
Pozdrawiam Cię Mirabelko...przesyłam całuski i światełko.

~Kundzia (kolowa pucharow), 2010-06-14 07:46
Ostatnio wyjechałam za miasto z mężem i najmłodszym synem. Pogoda dopisała i atmosfera też. Miałam ze sobą książkę Hanny Krall. Zapytałam czy mogę im przeczytać "Dybuka", a potem spytałam syna co myśli o naszym dawnym spotkaniu z dybukiem. Trzeba przyznać, że od kilku lat syn odciął się od pewnych spraw i odnosiłam wrażenie, że nie chce o tym rozmawiać, bo ani nie podejmował sam rozmów, a ewentualne ignorował. Tym razem jednak odrzekł, że praktycznie nic nie pamięta i żebym przypomniała mu, co wtedy się wydarzyło... Słuchał z zainteresowaniem, czasem coś, jakiś urywek sobie przypominał, czasem było to jedynie uczucie, a gdy w pewnym momencie przerwałam opowieść, bo akurat trzeba było zająć się zdejmowaniem upieczonych kiełbasek z ogniska, ze zniecierpliwieniem oczekiwał na ciąg dalszy historii. Gdy skończyłam i powiedziałam, że chciałabym to opublikować na blogu, ale się waham, bo sprawa jest i delikatna, i dotyczy wielu osób. Odrzekł, że najlepiej byłoby, abym napisała o tym książkę, a on chętnie ją zilustruje. Dawno o tym myślałam, a Canada w piękny sposób zainspirowała mnie do tego, dowodząc niezbicie, że pomysł mama pisze a dziecko ilustruje potrafi się wspaniale sprawdzić. Ale dla mnie w tym wszystkim najważniejsze było, że syn się otwarł, że reakcja męża już nie była taka jak dawniej. Była ciekawość. Pojawiło się zrozumienie, ufność, aprobata. Strach i niechęć gdzieś znikły. Fajnie…Po prostu fajnie. Rozmawiałam potem o dziecku wewnętrznym, które zamieszkuje splot słoneczny, a potem o mieszkańcu czakry korzenia, którego najczęściej widzi się pod postacią zwierzęcia: psa, konia, ptaka, węża, jaszczurki itd. 
I spytałam Kamila czy pamięta jak z tymi istotami rozmawiał, jak je malował? Pamiętał niektóre wydarzenia, choć upłynęło sporo czasu. Szczególnie jeden z tych demonów utkwił w jego i mojej pamięci, miał na imię Pik. Polubiłam go choć z początku było bardzo trudno, bardzo. Jest taka scena w Avatarze, gdy Jake Sully ma na Pandorze jako avatar dosiąść ni to ptaka ni smoka. Pyta jak pozna, który to jego. Dostaje odpowiedź, że to ten, który zechce go zabić. Tak właśnie jest z demonami, że początki znajomości są bardzo trudne. Mojego demona  Kamil kiedyś narysował. Przypominał ptaka, choć skrzydła nie pozwalały wznieś mu się w powietrze, to jednak nawet spadając z największej wysokość nigdy nie doznawał uszczerbku, a umiał sobie poradzić. Wtedy okazywało się, że potrafi posłużyć się skrzydłami. Czasem wyobrażam go sobie pod postacią konia. Albo psa.
Jest nieufny, bardzo łatwo go zranić, ale kiedy w końcu uwierzy i zaufa jest najradośniejszą istotą na świecie.  
Kiedy współgra czakra korzenia i splotu słonecznego to wspaniale zaczyna funkcjonować czakra sakralna i wtedy człowiek staje się pełen twórczych możliwości. A pomarańczowy to wszak kolor przyjaźni.
W starym czasopiśmie National Geographic przeczytałam krótki artykuł, który chyba najlepiej oddaje idee tego jak czuję to wszystko. Otóż jest dziki koń mongolski zwany takhi, który praktycznie wyginął w 1969 roku. To inaczej koń Przewalskiego, jedyny dziko żyjący koń. Władze Mongolii objęły ochroną takhi. We współpracy z ogrodami zoologicznymi na świecie udało się odbudować populację tych zwierząt. W 1992 wypuszczono około 200 osobników na wolność. Jeden z członków Międzynarodowej Grupy Miłośników Koni Przewalskiego mówi: To zdumiewające, jak szybko się adoptują. Pierwsza zima była surowa, mimo to poprawił się wygląd zwierząt. To prawdziwe święto, kiedy wypuszczamy je na wolność. Każdy chce być tym, który otwiera im bramę.
Charles C. Finn - Nie pozwól abym cię zwiódł

Nie pozwól abym cię zwiódł
Niech nie zwiedzie cię moja twarz.
Noszę bowiem tysiąc masek - masek, których boję się zdjąć,
a żadna z nich nie jest mną.

Udawanie jest sztuką, która stała się moją drugą naturą.
Ale ty nie daj się oszukać.
Zaklinam cię na Boga, nie pozwól się oszukać.


Sprawiam wrażenie, że jestem pewny siebie,
Że jestem radosny i nie mam problemów,
Ani na zewnątrz, ani w środku mnie,
Że pewnoć siebie jest moim imieniem, a opanowanie moją zabawą,
Że wody są spokojne, a ja panuję nad wszystkim
I że nikogo nie potrzebuję.

Ale nie wierz mi, proszę.
Z wierzchu moja dusza wydaje się gładka,
ale ta powierzchnia jest moją maską,
która wciąż się zmienia i bezustannie skrywa wnętrze.

W środku jednak nie ma ukojenia.
W środku ukrywa się mój umysł - zagubiony, zalękły, samotny.
Ale ja to ukrywam.
Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział.
Przeraża mnie myśl, że moja bezsiła i strach zostaną odkryte.

To dlatego szaleńczo tworzę swoje maski by się za nimi skryć;
Nonszalancka, wymyślna fasada,
Która pomaga mi udawać - chroni mnie przed spojrzeniem,
które Wie.

Ale takie spojrzenie jest moim wybawieniem.
Moim jedynym wybawieniem. I gdzieś, głęboko, ja to wiem.
Jest tak, jeśli podąża za tym akceptacja, jeśli podąża za tym miłość.

To jest jedyna rzecz, która upewni mnie w tym,
w czym ja upewniam siebie -
Że jestem czegoś wart.

Ale ja tobie tego nie mówię. Nie śmiem. Obawiam się tego.
Obawiam się, że z twoim spojrzeniem nie przyjdzie akceptacja i miłość.
Boję się, że będziesz mi miała za złe, że będziesz się ze mnie śmiać,
I że zobaczysz moje wnętrze i mnie odrzucisz.
Tak więc gram moją grę - w desperacji.
Z maską pewności siebie na zewnątrz i drżącym dziecięciem wewnątrz.

I tak zaczyna się parada masek, a moje życie staje się linią frontu.
Mówię do ciebie o niczym, słodkim tonem płytkiej pogawędki.
Mówię wszystko, ale to wszystko jest niczym,
Gdyż nie mówię nic, co byłoby wszystkim,
Nie mówię o tym, jak coś wewnątrz mnie roni łzy;
Więc kiedy zaczynam moją grę, nie daj się oszukać moim słowom.
Posłuchaj uważnie i spróbuj usłyszeć to, czego nie mówię.
Co chciałbym być w mocy powiedzieć,
Co muszę powiedzieć, aby przetrwać, ale powiedzieć nie mogę.
Nie chcę się ukrywać, naprawdę!
Nie chcę tej gry zewnętrznych złudzeń, którą gram - gry pozowania.

Chciałbym raczej być szczery i spontaniczny - być sobą,
Ale musisz mi pomóc. Musisz wyciągnąć do mnie rękę,
Nawet jeśli zdaje ci się, że to jest ostatnia rzecz jaką chcę.
Tylko ty możesz zerwać z moich oczu
tą zabójczą kurtynę duszącej śmierci.
Tylko ty możesz przywołać mnie do życia.

Za każdym razem kiedy próbujesz zrozumieć,
i dlatego że naprawdę tak chcesz,
Mojemu sercu rosną skrzydła - bardzo małe skrzydła,
kruche, ale jednak skrzydła.
Z twoją czułością i współczuciem i twoją mocą zrozumienia
Możesz tchnąć we mnie życie.
Chcę żebyś to wiedziała.
Chcę żebyś wiedziała jak jesteś dla mnie ważna,
Jak możesz, jeśli zechcesz, być stwórcą osoby, którą jestem.


Błagam cię - chciej to zrobić. Tylko ty możesz zburzyć ten mur
Za którym ja drżę; tylko ty możesz zdjąć moją maskę.
Tylko ty możesz uwolnić mnie od mrocznego świata paniki i niepewności,
Od mojej samotnej osoby.
Nie omiń mnie obojętnie.
Proszę... nie omijaj mnie obojętnie.

To nie będzie dla ciebie łatwe;
Długie skazanie na bezwartościowość tworzy grube mury.
Czym bardziej się do mnie przybliżysz,
tym mocniej będę walczyć w zaślepieniu.

Gdyż walczę przeciwko tej samej rzeczy, za którą tęsknię.
Ale mówią, że miłość jest silniejsza nisz mury,
a w tym moja cała nadzieja.
Spróbuj, proszę, zburzyć te mury stanowczymi dłońmi,
Ale muszą być one łagodne,
bo dziecko w środku jest bardzo wrażliwe.


  

sobota, 14 kwietnia 2012

Pułapka na drodze i wolość dla kota.

W sobotę przed Wielkanocą pojechaliśmy  za miasto by na ognisku upiec sobie to co dobre na obiad.  Było bardzo wietrznie, zimno. Słowem pogoda nie zachęcała do długiego przebywania na łonie natury.  Młodszy powiedział do mnie, że znalazł jakieś zwierzątko niedaleko i to chyba kot i chyba nie żyje. W spróchniałym drzewie wśród zeszłorocznych liści zwinięty leżał czarny kot. Wyglądał jakby spał, ale jego ciało było nieruchome. Popatrzyłam na zwierzę... potem na drzewo i wtedy ono przypomniało mi sen, który miałam tej nocy.

Idę drogą, taka asfaltówka za miastem, na poboczu drzewa.  Róża gdzieś z przodu i jakby po drugiej stronie? Nie jestem pewna, ale nagle to pobocze drogi jest takie w jednym miejscu zdradliwe,  powierzchnia pochylona w dół, po niej się zsuwam na sam brzeg pobocza i zatrzymuję na drzewie. Jedynie ono nie pozwala na dalsze zsuwanie do głębokiego rowu, ale nie bardzo jest jak się z tej pułapki wydostać, bo okazuje się, że drzewo w dużej części jest spróchniałe, w każdym momencie może zawieść.  Wołam córkę na pomoc, ale ona jest gdzieś dalej i nie bardzo się kwapi  z pomocą, czuję, że jest na coś zła, zdenerwowana. Postanawiam pomóc sobie sama poprzez mocne odepchnięcie się od tego drzewa  by znaleźć się znów na drodze. Jedyny mankament w tym by wybrać w miarę mocne miejsce, które nie jest spróchniałe.
Pułapka tego rodzaju już była w moim śnie, tyle że w domu, a nie na drodze:
Co zaś do kota, czarnego. Kiedyś pewien mały czarny kotek zawitał w moim śnie. To był początek sierpnia 2010.

Nie pamiętam całego snu, ale to było w jakiejś starej kamienicy, coś jak ten pierwszy dom, gdzie jako małe dziecko mieszkałam. Jestem z kimś, chyba z mężem w tym domu na dole, na klatce schodowej jest mały, cały czarny kotek, taki wielkości dłoni. Łapię go, trochę się z nim bawię, nie jest dziki, choć pragnie abym go za bardzo nie męczyła. Jest łatwy do złapania, bo na grzbiecie ma przywiązany dziecięcy plastykowy samochodzik. To taka kolorowa ciężarówka. Z dwa razy bawię się z tym kotkiem, gdy nagle dociera do mnie, że tak jest mu ciężko i że nie bardzo może uciec gdyby chciał, jest łatwy do złapania. To po prostu zniewolenie dla tego małego, kociego dziecka. Biorę kotka na ręce i dokładnie to widzę jak przecinam te sznurki krępujące ciało i trzymające zabawkę.  Chcę by zwierzątko było wolne. Po obudzeniu przychodzi mi do głowy, że to jest jak w tej scenie z „Jak wytresować smoka”, kiedy chłopiec przecina krępujące ciało sznury na ciele smoka. Notabene ten smok przypomina mi czarnego kota.
http://www.youtube.com/watch?v=vJE_6-DS8F4&feature=related

Wkręt

Dla tych co lubią się pośmiać z rana (dostałam link od najmłodszego):

http://www.cda.pl/video/3521070/Genialny-wkret

piątek, 13 kwietnia 2012

Czara goryczy

Sen Róży 4.04.2012 przez nią opowiedziany:

W tym śnie ja tobie opowiadam mój sen a potem ty mi. Ale twojego już nie pamiętam.

Ten w śnie to: ja jestem na obozie, wycieczce czy turnusie (coś w ten deseń).  Już od samego początku  mi się coś zaczyna nie podobać. Czuję się nieswojo. Szybko się wyjaśnia dlaczego, zaraz po przyjeździe mówią nam, że jesteśmy gorsi od innych. Oprowadzają nas po pokojach i te czyste wysprzątane są dla katolików, a dla niewierzących są w nieładzie i mówią, że nie zdążyli i że sami musimy pokoje wysprzątać.  Już od początku w śnie jestem niezadowolona z tej wycieczki, żałuję, że tu jestem.  To z pokojami przelało czarę goryczy, wybucham, zaczynam krzyczeć na tę kobietę: to jest już szczyt, to jest jawna dyskryminacja, że wręcz trudno mi w to uwierzyć. A ona jest zdziwiona i tłumaczy, że przecież to się mogło zdarzyć, że nie zdążyli. A tak w ogóle dlaczego nie jestem katoliczką, i dlaczego ulegam tej tendencji. Ona myśli, że tak jak niektórzy, odeszłam od katolicyzmu, bo taka jest moda wśród młodych.

Mówię do niej, że pochodzę z rodziny która od pokoleń mieszka w Polsce. Mój pradziadek narażał życie na wojnie.  Ani ja nie byłam ochrzczona, ani moja matka, ani mój dziadek.

Ty rozumiesz i popierasz mnie. Potem opowiadasz mi swój sen, którego nie pamiętam, wiem jedynie że opowiadasz też o sytuacji, która budzi twój silny sprzeciw i emocje są w tym twoim śnie takie same.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Sposób

Tłumaczenie z niemieckiego:
Co musi zostać powiedziane

 Dlaczego milczę, zbyt długo milczę o tym,
co oczywiste i przećwiczone w grach symulacyjnych,
na których końcu my, którzy przeżyliśmy,
jesteśmy tylko przypisami.

Chodzi o rzekome prawo do uprzedzającego uderzenia,
które mogłoby unicestwić
ujarzmiony przez zarozumialca
i regularnie zmuszany do owacji naród irański,
dlatego że na jego terenie
prawdopodobnie powstaje bomba atomowa.

Ale dlaczego zabraniam sobie
wypowiedzieć nazwę innego kraju,
w którym od lat - choć w tajemnicy -
powiększa się arsenał nuklearny,
lecz poza wszelką kontrolą, bo nikt nie jest do niego
dopuszczany?

Powszechne przemilczanie tego faktu,
które sprowokowało również moje milczenie,
odczuwam jako ciążące kłamstwo
i przymus, którego nie można zlekceważyć
pod groźbą kary;
oskarżenie o "antysemityzm" słyszy się często.

Ale teraz, gdy mój kraj,
raz po raz wzywany i odpytywany
przez własne zbrodnie,
które są nieporównywalne,
wysyła do Izraela z przyczyn wyłącznie ekonomicznych,
choć zręczny język przedstawia to jako zadośćuczynienie,
kolejną łódź podwodną, której specjalnością
jest wystrzeliwanie wszystko pustoszących głowic
tam, gdzie rzekomo istnieje
jedna bomba atomowa
(dowodem na jej istnienie jest tylko obawa)
- teraz mówię to, co musi zostać powiedziane.

Dlaczego do tej pory milczałem?
Bo sądziłem, że moje pochodzenie,
związane z nigdy nie dającą się usunąć skazą,
zabrania mi wypowiedzieć tę oczywistą prawdę
wobec państwa Izrael, wobec którego mam
i będę miał dług wdzięczności.

Dlaczego dopiero teraz, w podeszłym wieku
i u schyłku mojego pisania, mówię,
że mocarstwo atomowe Izrael
zagraża i tak już kruchemu pokojowi na świecie?
Dlatego, że musi zostać powiedziane to,
na co jutro już może będzie za późno;
i dlatego że my, Niemcy, wystarczająco już obciążeni,
moglibyśmy stać się dostawcami zbrodni,
którą łatwo przewidzieć, a więc naszej współwiny
nie dałoby się zamaskować
zwykłymi wymówkami.

I przyznaję: przerywam milczenie,
dlatego, że dość już mam
obłudy zachodu; poza tym można mieć nadzieję,
że wielu wyzwoli się z milczenia,
zmusi sprawcę widocznego niebezpieczeństwa
do rezygnacji z przemocy
i będzie nalegać, by rządy Izraela oraz Iranu
zgodziły się na swobodną i nieprzerwaną kontrolę
izraelskiego arsenału nuklearnego oraz irańskich urządzeń atomowych
przez którąś z międzynarodowych organizacji.

Tylko w ten sposób można pomóc wszystkim,
Izraelczykom i Palestyńczykom,
więcej, wszystkim ludziom żyjącym obok siebie i nienawidzącym się w tym
okupowanym przez szaleństwo regionie,
a w końcu też i nam samym.

4 kwietnia 2012   Günter Grass

niedziela, 1 kwietnia 2012

Śliwki

Mam do napisania chyba najtrudniejszy tekst. List. Bo to ma być taka kropka nad i. Zakończenie czegoś, pewnego etapu. A wyglądało wszystko tak niewesoło. Pomogli przyjaciele, ci z reala i wirtualni. Pomogły bardzo ustawienia, astrologia, psychoterapia, choroby, wizje i sny. Te, która śniły się mi i innym. Zrodziło się zrozumienie, a za nim odpowiednie wnioski i działanie. Coraz mocniej ufam sobie.
Przyjaciółka zobaczyła "śliwki" pod oczami tej osoby, po przeczytaniu ode mnie listu. Przystopowało mnie. Pęcznieje to we mnie nie znajdując ujścia. A przecież inni wypowiedzieli się w moim imieniu, więc...
Psycholog wysłuchawszy moich obaw, powiedziała:
Siniaki pod oczami to nic takiego, wygoją się. 
Kiedy więc TO urodzę, a bezboleśnie się nie da, wszystko inne zda mi się łatwizną...


poniedziałek, 19 marca 2012

Ta kobieta

Wiosenne sny coraz mocniej do mnie przemawiają . Ten sen nie mi się kiedyś przyśnił, ale znam tę kobietę ze snu co demoluje dom. Niech sen tu zatem pozostanie:
http://bez-sennosc.blog.onet.pl/Sen-XXVIII-Feniks,2,ID313297078,n

niedziela, 18 marca 2012

Marcowe sny cd

Sen z 17 marca 2010, zapamiętany fragmentarycznie.
Jestem na zajęciach z jogi. Coś wspominać chcę instruktorce o moim niedomaganiu, ale z lekkim zdziwieniem zauważam, że mogę wykonać ćwiczenia, których przedtem nie potrafiłam. W siadzie prostym z rozłożonymi nogami robię skłony i bez problemu czołem dotykam podłogi. Jestem bardziej giętka niż myślałam. Po bólu nogi i powłóczeniu nie ma śladu. Nie ma się na dobrą sprawę na co skarżyć.
Jestem w jakimś domu, coś jak górskie schronisko, kilka pomieszczeń-pokoi. Ale to okazuje się być mieszkaniem mojej instruktorki jogi. Taki dom otwarty, są jacyś jej znajomi. Ja wcześniej znajduję jakiś ozdobny futerał, jakby z laki, bardzo ładny, a potem chyba taki miecz (nóż?) samurajski, ale jest on taki mniejszy. Ale w śnie to uważam za normalne. Ten futerał jest od tego miecza. A Basia jest smutna, zaaferowana, czegoś szuka w tym domu, a jednocześnie próbuje zająć się gośćmi. Kiedy orientuję się, że to co zgubiła to jest to co ja znalazłam, bez namysłu oddaję. Nie ma we mnie żalu, choć wcześniej cieszyłam się ze znaleziska. Teraz widzę jaką ulgę odczuwa moja instruktorka. Daje mi to i zadowolenie i radość. 
Zastanawiam się, czy gdzieś już tego snu  nie umieściłam, ale jeśli nawet to co?